Jako ostatni żegnałem delegację

Z Andrzejem Klarkowskim, socjologiem, psychologiem społecznym, doradcą
prezydenta Lecha Kaczyńskiego w kwestiach społeczno-gospodarczych, rozmawia
Paulina Jarosińska

Jak zapamiętał Pan prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
– Lech Kaczyński był człowiekiem, który realizował swoją wizję – wizję Polski.
Nie był on typem polityka, który kalkuluje, jest wyrachowany i nastawiony na to,
aby maksymalizować swoje poparcie. Przede wszystkim pragnął realizować swoje
cele. Nie szedł na łatwiznę – zarówno wtedy, gdy był prezydentem Warszawy, jak i
przez całą swoją, tragicznie przerwaną kadencję na urzędzie prezydenta RP.
Wystarczy w tym miejscu przywołać jego zaangażowanie w to, aby Polska była
liderem w regionie.
Bardzo ważnym i cennym dla mnie doświadczeniem były spotkania lucieńskie
organizowane przez prezydenta, których zasadniczą cechą było to, że ścierały się
podczas nich bardzo różne światopoglądy, opinie – często zupełnie odmienne od
poglądów prezydenta. Na tych spotkaniach odbywały się bardzo rzeczowe rozmowy.
Ciekawym doświadczeniem były również spotkania eksperckie u Lecha Kaczyńskiego.
Spora część problemów, które dziś się rozwijają, była już sygnalizowana kilka
lat temu w gronie doradczo-eksperckim prezydenta – chociażby wielkość zadłużenia
i konsekwencje z niego płynące już wtedy były szacowane.
Jak wiemy, niezwykle istotna była dla niego polityka historyczna. Miał znakomity
zespół, który pomagał mu wyszukiwać cichych bohaterów i zapomniane osoby, które
służyły naszej Ojczyźnie. To był często "wyścig z czasem", bo przecież były to w
większości osoby wiekowe. Czasem zdarzało się nawet, że trzeba było jechać do
jakiejś maleńkiej miejscowości, żeby wręczyć order czy medal któremuś z
zapomnianych bohaterów. Zdarzało mi się wielokrotnie jeździć w imieniu
prezydenta w takie miejsca.

Potrafi Pan wskazać takie cechy osobowości prezydenta, które umknęły
dziennikarzom lubującym się w wyolbrzymianiu jego najdrobniejszych potknięć?

– Z racji, że zdarzało mi się dość często jeździć w teren w imieniu prezydenta
czy mu towarzyszyć, mogłem zauważyć jego niedocenianą cechę: to był prezydent
prostych ludzi. Właśnie oni niezwykle go cenili, on był blisko nich. Zawsze po
takich uroczystościach podchodziły do mnie różne osoby i pytały, jak się czuje
pan prezydent, dlaczego tak go atakują i dlaczego my jako urzędnicy kancelarii
nie bronimy go przed tymi atakami… Ludzie to naprawdę przeżywali, i dlatego
nie dziwię się reakcji społecznej po katastrofie.
Uderzyła mnie jeszcze jedna cecha prezydenta, którą obdarzony jest również
Jarosław Kaczyński. Otóż Lech Kaczyński miał znakomite zdolności poznawcze i mam
tu na myśli znakomitą pamięć i umiejętność operowania liczbami, cytatami z
głowy. Zawsze byłem pod wrażeniem tej cechy. Zdarzało się, że prezydent potrafił
mi po kilku latach przypomnieć jakąś moją wypowiedź, o której ja sam już
zapomniałem. Te wszystkie luźne wspomnienia uświadamiają mi, jaką ogromną stratę
ponieśliśmy wszyscy, tracąc prezydenta Lecha Kaczyńskiego i całą elitę, która
zginęła w Smoleńsku. Nie ma możliwości, by uzupełnić te puste miejsca…
Powstała ogromna wyrwa. Jako Naród ponieśliśmy wielkie straty i niewątpliwie to
zdarzenie ma swoje konsekwencje, jeśli chodzi o nasze miejsce we współczesnym
świecie, w Europie.

Z relacji ministrów Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego wynika, że od początku
była prowadzona gra, aby wyrugować go z uczestnictwa w obchodach katyńskich, a
potem aby je zmarginalizować. Czy do Pana docierały takie sygnały?

– Z perspektywy mojej pracy nie miałem bezpośrednio do czynienia z takimi
sygnałami, ale ich nie wykluczam. To jest kwestia rozmów, dokumentów,
informacji, procedur. Na pewno relacje Andrzeja Dudy i Jacka Sasina są rzetelne.
Pozostał niesmak atmosfery, która wówczas panowała. Dla mnie kwintesencję
stanowiła wypowiedź jednego z przedstawicieli instytucji odpowiedzialnych za
organizację tamtej wizyty, jakoby była to "wizyta prywatna". To najlepsze
podsumowanie tego, z czym mieliśmy do czynienia przez kilka miesięcy przed 10
kwietnia. Wiele osób powinno się wstydzić swoich wypowiedzi i za nie przeprosić.
Jeśli chodzi o nagonkę, to proszę zauważyć, że ona trwała od początku
prezydentury i miała na celu obniżenie autorytetu głowy państwa. Utarły się
jakieś nowe standardy, bardzo szkodliwe dla demokracji, a mianowicie, polegające
na tym, że nie istnieje coś takiego jak szacunek dla majestatu głowy państwa.
Katastrofa była tragicznym finałem tego długotrwałego procesu… W przypadku
Lecha Kaczyńskiego umniejszanie rangi głowy państwa było o tyle bolesne, że był
to jeden z najbardziej kompetentnych polityków w ostatnim dwudziestoleciu i
najlepiej przygotowana osoba do urzędu prezydenckiego, jeśli chodzi o jego
predyspozycje urzędnicze, intelektualne i moralne. Nie wiem, czy prędko kogoś
takiego znów będziemy mieli w polityce.

Znał Pan listę osób wchodzących 10 kwietnia w skład delegacji katyńskiej?
– Nie znałem, natomiast wiedziałem, że jest bardzo dużo chętnych z ważnych
instytucji. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to będzie bardzo godna i bardzo
podniosła uroczystość. Kilka tygodni przed wizytą sam chciałem lecieć do Katynia
z prezydentem, ale gdy zauważyłem, ilu jest chętnych, w tym przedstawicieli
Rodzin Katyńskich i ludzi, dla których Golgota Wschodu ma wyjątkowy, bo osobisty
wymiar, zrezygnowałem ze starań. Dopiero gdy pojechałem na lotnisko, zobaczyłem,
kto na pewno poleci… Obecność niektórych osób bardzo mnie zaskoczyła.
Spotkałem na dworcu lotniczym Barbarę Mamińską, odpowiedzialną za politykę
historyczną, która przywitała mnie z uśmiechem i zaczęła opowiadać, jak ważna
jest ta wizyta. Pamiętam też prezesa Sławomira Skrzypka, który trzymał w ręku
dwie walizki z pamiątkowymi monetami. Miały być wręczone tego dnia odznaczonym w
Katyniu.

Jak dla Pana rozpoczął się ten dzień?
– Wstałem bardzo wcześnie, na lotnisku byłem już około 6.10. Wylot był, z tego,
co pamiętam, o godzinie 7.23. Od wczesnych godzin porannych byłem na lotnisku i
czekałem na delegację. Gros czasu spędziłem w poczekalni. Na samej płycie byłem
może 10-15 minut. Kiedy wszyscy wsiedli do samolotu, podszedłem do trapu, żeby
tam czekać na przyjazd prezydenta. Czekałem wówczas razem z gen. Andrzejem
Błasikiem, a niedaleko samolotu chodził kapitan Arkadiusz Protasiuk. Został mi w
pamięci jego uśmiech… Czekaliśmy, jak mówiłem, około 15 minut, w międzyczasie
przyjechał jeszcze trochę spóźniony minister Mariusz Handzlik, który również
pozostał na trapie, żeby przywitać prezydenta. Pamiętam, że panowie (mam tu na
myśli gen. Błasika i ministra Handzlika) gawędzili sobie o samolotach, o tym,
które są dobre i które powinny być wykorzystywane przez wojsko.

O której godzinie przyjechał gen. Błasik?
– Dokładnie nie pamiętam, ale wydaje mi się, że kiedy przyjechałem na dworzec
lotniczy, to już na miejscu była cała generalicja. Mogli przyjechać już dużo
wcześniej. Poza tym ten dworzec ma specyficzną strukturę – żeby wszyscy mogli
się w nim pomieścić, musieli się polokować w różnych salonikach. Chciałem
porozmawiać chwilę z Krzysztofem Putrą i zorientowałem się, że wszyscy
marszałkowie byli w saloniku na górze. Generalicja natomiast była w innym
miejscu. Tam cały czas była rotacja, różne osoby zmieniały swoje miejsca,
chciały ze sobą porozmawiać, ktoś kogoś spotkał po wielu latach, więc ruch,
proszę sobie wyobrazić, był bardzo duży. Ja również chciałem porozmawiać ze
swoimi znajomymi, nie miałem możliwości spotkać wszystkich, a tym bardziej
słyszeć każdej rozmowy. Nie odnotowałem żadnych niezwykłych czy dziwnych
zdarzeń. Nie słyszałem, żeby ktoś krzyczał, nie widziałem, żeby ktoś zasłabł,
zemdlał czy żeby gdzieś była jakaś napięta atmosfera. Nastrój był podniosły i
godny, ale nie wyczuwało się żadnego podminowania. Raczej nutę ekscytacji i
oczekiwanie na odlot.

Jak wyglądały chwile oczekiwania na wylot?
– Pamiętam wiele sytuacji i obrazów… Utkwił mi w głowie m.in. obraz, gdy na
lotnisku były rozdawane baretki – guzik katyński i rozetka. Ja miałem wpięte to
do trenczu. Przyjechał minister Handzlik i podbiegł do mnie, złapał mnie za
klapę i mówi, że musi mi zabrać moją baretkę, bo swojej nie dostał w pośpiechu.
Po drodze rozmawialiśmy jeszcze chwilę o strojach oficjalnych. W głowie
pozostają takie fotografie: rozmów, incydentów, spotkań. Ludzie zbierali się w
grupkach i ożywieni rozmawiali ze sobą, wymieniali się planami. W głowie
dźwięczą mi jeszcze moje rozmowy z ks. Romanem Indrzejczykiem, z Izą
Tomaszewską. Dobrze pamiętam też, jak wpadł na dworzec Przemek Gosiewski, który
wyglądał na bardzo zabieganego. Ola Natalli-Świat mówiła o tym, że po powrocie
czeka ją ciężkie seminarium. Grażyna Gęsicka, która była przecież szefem klubu
parlamentarnego PiS, wydawała się zdenerwowana jakimś sobotnim artykułem. Wciąż
mam w głowie głosy, twarze ludzi, tych, których dobrze znałem, i tych, których
znałem słabiej… Gdy wchodziłem do dworca lotniczego, był tam taki niesamowity
tłok, że ludzie odpowiedzialni za kontrolę pasażerów błyskawicznie ich
odprawiali. Pamiętam, jak hala odlotów zapełniała się tłumem ludzi.
Duchowieństwo wszystkich ordynariatów polowych, generalicja w mundurach
reprezentacyjnych, pozostali goście również w odświętnych strojach. Czułem się
trochę wyobcowany, ponieważ byłem jedyną osobą, która nie leciała, nie licząc
osób odpowiedzialnych za organizację, tych, które m.in. wręczały baretki.
Widziałem, jak niektórzy spotykają się po kilkunastu latach, rozmawiają,
wymieniają wrażenia, ale również rozmawiają o codziennych sprawach. Witałem
wszystkich, którzy wchodzili, spotkałem swoich znajomych. Rozmawiałem w sumie z
trzydziestoma dziewięcioma osobami.

Rozmawiał Pan tego dnia z prezydentem?
– Właściwie nie. Pan prezydent wraz z ochroną przyjechał w ostatniej chwili i
zamieniliśmy właściwie jakieś zdawkowe zdania. Miałem takie wrażenie, że
wicemarszałek Jerzy Szmajdziński czekał w saloniku do ostatniej chwili na
prezydenta. On jako jeden z ostatnich wszedł do samolotu. Ochrona prezydenta i
jego przyjazd nie odbiegał w niczym od standardów. Lech Kaczyński był bardzo
skupiony, jak go znałem, to sądzę, że myślał o swoim przemówieniu. I pani Maria,
która takim lekkim krokiem wbiegała po schodkach i witała nas uśmiechem.
Pamiętam tę jej niesłychaną pogodę ducha. Z każdym się witała. Prezydent, jak
mówiłem, był bardzo skoncentrowany. Generał Błasik złożył prezydentowi
standardowy meldunek. Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, ale ja nie lubiłem
latać tym samolotem…

Dlaczego?
– Z prozaicznej przyczyny. Kiedy latałem z prezydentem, zawsze zapraszał mnie do
saloniku i prowadził ze mną rozmowy na tematy merytoryczne, wymagające ode mnie
koncentracji i kompetencji. A w tym tupolewie po prostu nie da się rozmawiać.
Panuje tam straszny hałas. Zawsze miałem wrażenie, że nie jest to maszyna
pierwszej jakości, choć nie jestem osobą kompetentną w tym zakresie. Dziwiłem
się, że jest to rządowy samolot. Trudno normalnie prowadzić w nim konwersacje. W
dniu wylotu delegacji do Katynia patrzyłem na ten samolot i pomyślałem sobie, że
jest on trochę jak takie używane auto przygotowane na giełdę. Owszem – świecił
się, był odmalowany, ale po przyjrzeniu się widać było, że ta farba jest
nierówna. Miałem poczucie, że to nie jest do końca porządna maszyna. Moi koledzy
podzielali tę refleksję. Poza tym nie do zniesienia dla mnie była niezwykle
intensywna klimatyzacja w tupolewie. Nigdy nie uważałem, aby była to maszyna
odpowiednia dla głowy państwa.

Jakim pasażerem był Lech Kaczyński?
– Zdarzało mi się latać z prezydentem, były to głównie loty krajowe. Nie
wyobrażam sobie, żeby prezydent naciskał na pilotów. Wszystkie takie insynuacje
są niedorzeczne i nie pasują do osoby Lecha Kaczyńskiego. Co najwyżej mogę sobie
wyobrazić sytuacje, w których prezydent prosi któregoś ze swoich pracowników,
aby powiedział mu, jak przebiega lot, czy się nie spóźnimy itp. To było jednak
standardowe. Nie pamiętam, aby prezydent wchodził do kokpitu.

Wracając do rozmów, których był Pan świadkiem: nie zauważył Pan kłótni
pomiędzy gen. Błasikiem a mjr. Protasiukiem, którą tak detalicznie przedstawiła
"Gazeta Wyborcza"?

– Niczego takiego nie było. Proszę pamiętać, że tam od przybycia pierwszych
gości toczyły się intensywne rozmowy. Generał Andrzej Błasik zrobił na mnie
wrażenie przykładnego wojskowego. Był to postawny mężczyzna, widać, że silny
charakter, taki wzorcowy dowódca. Był niewątpliwie osobą skoncentrowaną na
swojej pracy.

Nic z tego, co Pan widział, jakoś nie zwróciło Pana uwagi, nie wywołało
niepokoju?

– Niepokoju raczej nie. Natomiast to zróżnicowanie udających się do Katynia
osób, środowisk, często skrajnie odmiennych światopoglądowo, wzbudziło we mnie
wówczas i trwa to do dziś, skojarzenie z "Weselem" Stanisława Wyspiańskiego. Na
niewielkiej powierzchni znajdowało się wiele osób reprezentujących różne
instytucje, środowiska, grupy społeczne, organizacje. Były tam osoby
zróżnicowane wiekowo, zawodowo, politycznie. Wszyscy chcieli oddać hołd Polakom
pomordowanym w Katyniu i wszyscy lecieli tym samym samolotem… Jak w soczewce
10 kwietnia zogniskowała się Polska – różna, ale jedna. Właśnie pod tym względem
była to wizyta zupełnie odmienna niż wcześniejsze. Kto wie, czy nie taka była
intencja Lecha Kaczyńskiego: lecieć do Katynia z różnymi osobami, nawet tymi
ideowo dalekimi od prezydenta, żeby tym samym oddać swoją ideę polskości i
patriotyzmu. Przecież w Katyniu również ginęli różni ludzie, ale wszystkich
łączyła służba Polsce. Tutaj właśnie jest ta paralela z 10 kwietnia. Wracając do
atmosfery: przez ponad godzinę, którą spędziłem na lotnisku, nie odnotowałem
niczego, co by mogło spowodować we mnie jakiś niepokój albo wrażenie, że coś
jest nie tak.

Ostatni obraz, jaki Pan zarejestrował?
– (Chwila milczenia) Stoję przed drzwiami dworca lotniczego i patrzę na kołujący
samolot. Myślę sobie: dobrze, że wystartowali, oby szczęśliwie wylądowali…

Wrócił Pan do domu…
– …I poszedłem spać, bo byłem dość zmęczony. Obudził mnie telefon i słyszę w
słuchawce, że jest awaria samolotu prezydenta.

Kto do Pana zadzwonił?
– Ktoś ze znajomych, kto akurat odlatywał prywatnie z Okęcia. Moja reakcja była
taka, że zapytałem, co to za głupie żarty, przecież wszystko było w porządku. W
odpowiedzi słyszę, że muszę przygotować się na najgorsze, bo najprawdopodobniej
nikt nie przeżył. Długo nie mogłem w to uwierzyć. Włączyłem telewizor i
błyskawicznie udałem się na Krakowskie Przedmieście, do swoich kolegów. Okazało
się, że paradoksalnie byłem tą osobą, która mogła zweryfikować listę osób na
pokładzie. Były wątpliwości co do tego, czy z prezydentem leciał Jacek Sasin.

Co się działo w Kancelarii, kiedy już Pan tam przyjechał?
– Pobiegłem od razu do gabinetu prezydenta. Wszyscy tam obecni płakali… Był
tam wówczas bardzo serdeczny ksiądz, kapelan, który podtrzymywał nas na duchu.
Cały czas próbowaliśmy wypierać informacje, które do nas docierały, myśląc, że
to przecież niemożliwe, żeby wszyscy zginęli, że na pewno kogoś da się
uratować… Najpierw człowiek nie może uwierzyć w taką tragedię, a potem
zastanawia się: Jak to było możliwe? Dlaczego to się wydarzyło? XXI wiek,
państwo w środku Europy, które ma swoje instytucje, służby, administrację, i to
wszystko nagle okazuje się fasadą? Pytanie: gdzie były te wszystkie instytucje?
Gorzej: jak ja mam się czuć bezpiecznie w naszym kraju, skoro nawet prezydent
nie jest bezpieczny? Takie pytania powinny sobie stawiać osoby, które są obecnie
odpowiedzialne za kształt naszego państwa. Mija rok i ja wciąż nie wiem, jaki
jest stan kraju na tych poziomach, na których 10 kwietnia poniósł on największą
porażkę.

Jak ustosunkuje się Pan do zarzutu, że Bronisław Komorowski przejął władzę na
podstawie informacji z paska telewizyjnego, nie czekając na oficjalny komunikat
z Rosji o śmierci prezydenta Kaczyńskiego?

– 10 kwietnia nie miałem w ogóle kontaktu z gronem Bronisława Komorowskiego, a
jeśli chodzi o ten zarzut, to cóż… Mogę powiedzieć, że może zabrakło wyczucia,
empatii. Nie jestem konstytucjonalistą, więc prawnego aspektu nie mogę
zanalizować, ale wobec takiej sytuacji, jaką była katastrofa, wszelkie
posunięcia wymagały szczególnego taktu i wyczucia. Poza aspektem prawnym jest
również aspekt ludzki. Właśnie tego zabrakło w tamtych chwilach. Kolejne dni
zresztą pokazały, że z tym wyczuciem nie jest najlepiej.

Ma Pan na myśli protesty w związku z pogrzebem na Wawelu?
– Również te. Proszę wrócić pamięcią do 10 kwietnia i do tej wspólnoty, która
wówczas zrodziła się w społeczeństwie z odruchu serca, spontanicznie, wraz z
przyjściem wielkiej katastrofy dotykającej cały Naród. W ciągu kilku dni po tej
tragedii pojawiły się już jakieś pseudowyjaśnienia i głosy sugerujące, że winni
jej są ci, którzy zginęli, że ktoś nie był na swoim miejscu itd. Na poziomie
realnych wyników badań można było jednak dostrzec, że w obliczu katastrofy
diametralnie zmieniły się nastroje społeczne.

To znaczy?
– Tak się złożyło, że pięć poważnych badań sondażowych przeprowadzono na
początku kwietnia. Połowa pytanych brała udział w badaniach przed katastrofą, a
połowa po niej. Wyniki badań do 10 kwietnia i tych tydzień później diametralnie
się różniły. Mieliśmy do czynienia ze skokową zmianą nastrojów społecznych,
wręcz szokującą. Nie przełożyło się to od razu na preferencje polityczne, to
stało się później. Jednak w ciągu kilku dni można było zaobserwować wzrost
poczucia wspólnoty i tożsamości, a wraz z nim pozytywną ocenę własnego
położenia. Analogiem jest sytuacja z 11 września 2001 roku w Nowym Jorku. Te
nastroje zmieniły się dopiero później, tak samo ocena rządu czy bezpieczeństwa.
Odzwierciedleniem tego przebudzenia społecznego były również rzesze ludzi na
Krakowskim Przedmieściu, którzy przychodzili oddać hołd parze prezydenckiej i
całej delegacji.

Widząc Polaków składających znicze, kwiaty, modlących się i czuwających, o
czym Pan myślał?

– Było to niezwykle wzruszające doświadczenie budzące poczucie, że nie jesteśmy
sami. To było też dość specyficzne, ponieważ z jednej strony byliśmy my –
garstka pracowników kancelarii, kapelan, a z drugiej strony gęstniejące z minuty
na minutę rzesze Polaków.

Uczestniczył Pan w pogrzebie na Wawelu?
– Tak. W związku z tą uroczystością miałem specyficzne spostrzeżenia. Oprócz
wymiaru organizacyjnego jest również wymiar czysto ludzki, emocjonalny. Dla mnie
jest on zawsze bardzo ważny. Wiadomo, że każdy chciał się pożegnać, złożyć
hołd… Przecież w Warszawie przejazdowi trumien ze szczątkami towarzyszyły
setki tysięcy ludzi, większość z nich płakała… Pamiętam głosy urzędników,
którzy obawiali się, żeby tłum ludzi spontanicznie nie przejął konduktu. Był w
nich taki paniczny strach przed reakcjami zebranych w Krakowie osób. To jest
właśnie brak wyczucia i taktu…

O których urzędnikach Pan mówi?
– Nie chcę wymieniać konkretnych nazwisk. Po prostu zetknąłem się z takimi
sygnałami niezrozumiałych obaw i lęków przed ludźmi. Bardzo mnie to wówczas
uderzyło. Odczułem nawet, że niektórzy urzędnicy woleliby, aby ci wszyscy ludzie
zostali w domach przed telewizorami. W kontekście pogrzebu przypominam sobie
taki incydent: kiedy kondukt zbliżał się już na Wawel, zauważyłem z boku
ambasadora Gruzji, który stał jakieś 150 metrów od konduktu. Zawołałem Michała
Kamińskiego i mówię mu, że Gruzini stoją niedaleko i natychmiast zostali
"wciągnięci" do konduktu – tenże ambasador oraz prezydent Gruzji Micheil
Saakaszwili, który – wszyscy wiemy – jaką drogę musiał przebyć, aby dostać się
do Krakowa. Czułem pewien niesmak, że nie wszyscy przywódcy przybyli na pogrzeb,
ale tłumaczyłem to wówczas tą chmurą wulkanicznego pyłu. Ta nieobecność była
jednak wymowna.

Jak Pan ocenia dziś sposób wyjaśniania przyczyn i okoliczności katastrofy pod
Smoleńskiem?

– W tej sprawie równolegle odzywają się serce i rozum. Rozum mówi mi, że prawie
na pewno nasze pokolenie nie pozna prawdy o przyczynach tej strasznej
katastrofy…

Co prowadzi Pana do takiej konstatacji?
– Być może "skaza pokoleniowa". Przeżyłem PRL i widziałem, na czym polegają
relacje z naszym wschodnim sąsiadem. Również nasze doświadczenia historyczne
każą mi sceptycznie patrzeć na to, że jest możliwe pełne wyjaśnienie
okoliczności katastrofy smoleńskiej… Mam bardzo ograniczone zaufanie do Rosji.
Ten rok pokazał, że moje obawy – wynikające być może z mojego wieku i
doświadczenia – nie są bezpodstawne. Jeżeli do tej pory nie mamy dostępu do
wszystkich dokumentów, do materiału dowodowego, jeżeli cały czas jesteśmy
zależni od instytucji innego państwa, występując bardziej w roli petenta, to
ciężko uwierzyć w to, że poznamy szybko prawdę o okolicznościach tych
tragicznych wydarzeń. Chciałbym mieć zaufanie do naszych instytucji, ale po roku
śledztwa jest we mnie, i zapewne nie tylko we mnie, wiele pytań i wątpliwości.
To będzie zalegało w nas jeszcze bardzo długo i tym gorzej, jeśli polski raport
nie będzie konstruktywny, jednoznaczny, wiarygodny. Prawdzie nie będzie służyło
multiplikowanie pytań. Serce podpowiada mi jednak wciąż, że ta prawda wyjdzie na
jaw.

Czy jako psycholog społeczny zgodziłby się Pan z tezą, że w utrwalaniu
fałszywego obrazu katastrofy, np. niepopartych dowodami tez o naciskach na
pilotów, ważną rolę odgrywają media wtórujące rządowi Donalda Tuska, którego
członkowie nieraz rozsądzali o przyczynach katastrofy w tym samym stylu?

– Psycholodzy odwołują się do mechanizmu obronnego człowieka, który wynika z
chęci zachowania poczucia bezpieczeństwa. Polega on na tym, że człowiek, aby
poczuć się pewnie w sytuacji zagrożenia, nie do końca jasnej, chce usłyszeć
jakąś wersję, która utwierdzi go w poczuciu bezpieczeństwa, w tym, że świat jest
prosty, jasny, sprawiedliwy i nie potrzeba się obawiać, a przyczyny zła, krzywdy
są proste, prozaiczne. Jest to taki podstawowy mechanizm, wręcz instynktowny. I
czym innym jest on sam, a czym innym świadome wykorzystywanie tego przez innych.
Pozostawię bez komentarza kwestię, na ile różne środowiska celowo wykorzystują
wiedzę o tym. Jeżeli przeciętny człowiek słyszy, jak jakiś ekspert komentuje i
roztrząsa, ile promili alkoholu miał jeden z pasażerów, to słyszy dokładnie to,
co utwierdzi go w bardzo prostym przekonaniu – już wiem, kto jest winny, jaka
jest przyczyna! Po co więc wnikać dalej i się zastanawiać? Czy teza o tym, że
pilot popełnił błąd, bo ktoś go do tego zmusił, i dlatego doszło do katastrofy,
nie jest chwytliwa i prosta? Niestety, tak to działa – jest to bardzo
niebezpieczne. Być może świadczy to o tym, że ktoś próbuje na skróty "wyjaśniać"
przyczyny, odwołując się przy tym do wiedzy o psychologicznych uwarunkowaniach
człowieka. W PRL również przekonywano nas wielokrotnie, że wydarzenia kluczowe
dla naszej historii wyglądały zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, albo że ich
w ogóle nie było. Miejsca, w których gromadzili się ludzie, a gdzie nie
pozwalano im składać kwiatów, gdzie pojawiały się jakieś barierki, przeszkody –
te same miejsca po kilku latach doczekały się pomników. W szarych latach PRL
nikt nie wierzył, że tak się stanie. To były szczególne miejsca dla naszej
tożsamości, historii.

Per analogiam może więc i my nie powinniśmy wątpić w to, że prawdę o tragedii
pod Smoleńskiem, tragedii, która już wpisała się w naszą historię, jednak
poznamy?

– Powiem tak: urzędy się zmieniają, zmieniają się systemy, układy polityczne, a
symbole, marzenia się materializują.

Jak spędzi Pan 10 kwietnia?
– Te plany nie są jeszcze skonkretyzowane. Jest kilka miejsc, do których
chciałbym pojechać. Na pewno pójdę tam, gdzie kiedyś stał krzyż: pomodlę się,
przypomnę sobie chwile sprzed roku, chwile tej niezwykłej jedności i wspólnoty.
10 kwietnia jest dla mnie również osobistym przeżyciem. Dlatego niezwykle trudno
mi o tym mówić i czynię to bardzo rzadko.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj