Poważne decyzje małżeńskie
Kiedy za kilka stuleci historycy będą przedstawiać głębokie porządki w
Kościele dokonane przez Jana Pawła II i Benedykta XVI, to z pewnością zauważą
powtarzającą się w ich przemówieniach od 1987 roku identyfikację i zdecydowane
potępienie szeroko rozpowszechnionych w naszych czasach praktyk niefrasobliwego
uznawania nieważności związków małżeńskich, co wręcz przybrało formę
kryptorozwodów "katolickich". Czy historycy dostrzegą jakieś równie stanowcze
nasze odpowiedzi na to wezwanie najwyższych Pasterzy?
Benedykt XVI w przemówieniu do Roty Rzymskiej z ubiegłej soboty znów
powtórzył oskarżenie części duszpasterstwa o zaniedbania w sprawie obrony
nierozerwalności małżeństwa już na etapie przygotowań przedmałżeńskich. Znaczy
to pewnie, że pracownicy Winnicy Pańskiej jeszcze przymierzają się do pługa, ale
już od następnej niedzieli posłuchamy wreszcie wszędzie homilii na temat
nierozerwalności małżeństwa; ruszą sympozja naukowe na ten szczegółowy temat,
podczas których intelektualiści zdadzą sprawę z faktów i postarają się uchwycić
ich istotę. Dobrym wzorem może być dla nas zespołowa akcja profesorów
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy w obliczu tworzenia prorozwodowego
prawa dla naszej powstałej z niewoli Ojczyzny opracowali w 1928 roku obszerną
monografię dotyczącą właśnie nierozerwalności małżeństwa. W Italii podczas
referendum w sprawie rozwodów w latach siedemdziesiątych samotnie działał na tym
polu filozof Augusto Del Noce, nauczyciel słynnego prof. Rocca Buttiglionego.
Na razie chyba jeszcze przygotowujemy się do tej pracy, ale odzywają się też
głosy, że raczej wszystko jest w porządku, a nawet wzrasta dojrzałość praktyki
Kościoła w sprawie nierozerwalności małżeństwa, lepiej dzisiaj rozeznającego, że
instytucja ta nie może wymagać heroicznych, ale "zwyczajnych" wysiłków,
możliwych do podjęcia przez wszystkich. Zaniedbanie Kościoła na "niższych
piętrach" miałoby leżeć tylko w niepełnym uświadomieniu kandydatów na małżonków,
że już teraz trzeba się zastanowić nad ważnością podejmowanych decyzji.
Proponuje się zatem postawienie tym kandydatom konkretnych pytań i tutaj rodzą
się moje wątpliwości.
Odnoszą się te wątpliwości do wypowiedzi jednego ze znanych polskich
duszpasterzy udzielonej tygodnikowi "Newsweek". Czy w tym wywiadzie uniknęło się
poparcia mentalności, o której Jan Paweł II powiedział w 1987 r. w przemówieniu
do Roty Rzymskiej, iż "pod pretekstem niedojrzałości lub słabości psychicznej
partnerów" prowadzi do "zgorszenia płynącego (…) z przesadnego i niemal
automatycznego mnożenia się orzeczeń nieważności małżeństw"?
W interesującym nas tutaj wywiadzie postuluje się bowiem w pewnych wypadkach
"spowiedzi" czy wyznania przedmałżeńskie składać najpierw… narzeczonej.
Twierdzi się bowiem, iż jeśli "mężczyzna miałby skłonności homoseksualne, które
byłyby istotną przeszkodą w małżeństwie, i nie poinformowałby o tym narzeczonej,
sakrament byłby nieważny. Ale gdyby poinformował ją, podjął terapię i oboje
uznali, pod okiem terapeuty i duszpasterza, że są zdolni do małżeństwa,
sakrament byłby ważny". Koniec końców, po złożeniu tego wyznania – częściowo
publicznego – już nie będzie można się starać w przyszłości o uznanie
nieważności małżeństwa. Wynikałoby jednak z tego wywodu, że w sytuacji braku
takiego dokumentu można wyprowadzić za drzwi upadającego homoseksualnie męża,
zatrzasnąć je z hukiem i poślubić już stuprocentowego katolika, który już
żadnych niecnych "skłonności" nie ma, również do innych kobiet.
Wydaje się, że ta pastoralna propozycja może także usprawiedliwiać logikę
myślową współczesnej propagandy homoseksualnej, odrzucającą klasyczną tezę, iż
przyczyna homoseksualizmu leży w braku panowania nad sobą w dziedzinie
seksualnej, czyli są to działania zawinione. Natomiast z nieuporządkowanych,
wypaczonych i nierozumnych skłonności, którym się nie poddajemy, nawet nie
powinno się spowiadać (warto jednak odsłaniać pokusy, ale to inny temat), a cóż
dopiero informować o nich narzeczoną. Czy to miałoby być wyznanie miłosne?
Raczej ono dyskwalifikowałoby narzeczonego jako właśnie przejaw braku chęci do
świadomego i wolnego kierowania sobą. Wyznanie narzeczonej "skłonności
homoseksualnych" i pójście pod opieką duszpasterza do jakiegoś "terapeuty",
który w magiczny sposób je przegoni (w polskich klinikach "leczy" się
homoseksualistów heteroseksualną pornografią, ale pewnie w innych ośrodkach
stosuje się inne metody, tyle tylko, że może zakładające "chorobę", a zatem i
brak odpowiedzialności homoseksualisty), zdecydowanie świadczy właśnie o brakach
w dojrzałości duchowej, która jeszcze – jak przypominał Jan Paweł II w 1988 r. –
nie oznacza niedojrzałości kanonicznej, wykluczającej ważność małżeństwa. Takie
mam wątpliwości odnośnie do przywołanego wywiadu i raczej idą one po linii
myślowej św. Tomasza z Akwinu.
Jego zdaniem, w przypadku praktykowania jakiegoś "grzechu przeciwko naturze" (a
zatem także homoseksualizmu) należy usprawiedliwić tylko separację, ale nigdy
możliwość zawarcia nowego związku małżeńskiego, na drodze uznania nieważności
pierwszego z racji braku rozeznania sodomskich "skłonności" narzeczonego. Ale za
poślubienie byle kogo bez zastanowienia trzeba w życiu nieraz ciężko płacić, ale
ten trud – podkreślał Benedykt XVI w przemówieniu do Roty Rzymskiej w 2010 roku
– nie oznacza nieważności podjętej decyzji. Tymczasem duszpasterz w udzielonym
wywiadzie twierdzi, że chce ustrzec małżonków przed "upokorzeniami, poniżaniem,
codziennym piekłem związku tylko dlatego, że kiedyś podjęli lekkomyślnie i
nierozważnie decyzję, która sprawiła, że ich związek okazał się nieważny". Ciąży
na nas odpowiedzialność jednak także za "lekkomyślne i nierozważne decyzje"
właśnie dlatego, że są one ważne.
Marek Czachorowski
