My, Ormianie, potrzebujemy pomocy

To, czego nie zdołali osiągnąć w Armenii Persowie, Turcy osmańscy czy carat,
dokonał system komunistyczny. Długa, wspaniała i bogata historia chrześcijaństwa
Armenii w czasie kilkudziesięciu lat została przekreślona i zapomniana. Rodzina
podeptana. Święte na wschodzie macierzyństwo pogwałcone. Efektywną pomoc
Ormiańczykom niesie Kościół katolicki, którego wierni stanowią niecałe 3 proc.
mieszkańców.

Komunizm to system, który zabija człowieczeństwo w człowieku. Im się to udało,
udało im się zabić uczucie empatii, troski, współczucia dla drugiego. W Armenii
rodzina zawsze była na pierwszym miejscu. Ten naród wszystko by dla niej oddał,
ale to już należy do przeszłości – tak opisuje obecną kondycję rodziny
ormiańskiej s. Arousiag, Ormianka, wychowana w Libanie, wykształcona w USA,
zakochana w swoim narodzie i kraju, do którego pozwolono jej wjechać dopiero w
latach 90., jako zakonnicy.
Ormianie wywodzą swoje pochodzenie od prawnuka Noego – Hayka. Tradycja mówi, iż
arka Noego osiadła na szczycie Araratu, świętej góry Ormian, znajdującej się
obecnie na terytorium Turcji. W Eczmiadzynie – religijnej stolicy Armenii – do
dziś przechowuje się relikwiarz z kawałkami skamieniałego drzewa uznawanego za
szczątki Arki.
Chrześcijaństwo na tereny Armenii dotarło już w połowie pierwszego wieku wraz ze
świętym Judą Tadeuszem i świętym Bartłomiejem, dwoma Apostołami, którzy na tych
ziemiach prowadzili misję chrystianizacyjną i którzy tutaj zostali zamordowani
za wiarę.
Od nich swą tradycję wywodzi Ormiański Kościół Apostolski. Jednak za początek
chrześcijaństwa jako religii oficjalnej tradycyjnie uznaje się rok 301. Wtedy to
król Armenii Tiridat III został nawrócony przez Grzegorza Oświeciciela. Od tego
czasu Armenia uważana jest za pierwsze chrześcijańskie państwo na świecie. Jest
jedynym państwem, które ogłosiło chrześcijaństwo religią państwową wcześniej niż
Cesarstwo Rzymskie, w czasach gdy na rozkaz cesarza Dioklecjana w Rzymie trwały
wciąż krwawe prześladowania chrześcijan.
Przyjęcie chrześcijaństwa było dla Ormian bardzo ważnym aktem, nie tylko ze
względów czysto religijnych, ale również dlatego, że stało się potężnym spoiwem
dla ormiańskiej tożsamości. Z jednej strony dawało Ormianom poczucie jedności, z
drugiej poczucie odrębności wobec zalewu przez obce, inne kulturowo i religijnie
mocarstwa.
Ormianie szybko stworzyli własny alfabet, przetłumaczyli Pismo Święte i
wprowadzili liturgię w języku narodowym. Od tego momentu kulturę Armenii
przepoiły elementy chrześcijańskie.
W V wieku w wyniku nieporozumień teologicznych i intryg politycznych Bizancjum
doszło do rozłamu w świecie chrześcijańskim. Kościół ormiański wypowiedział
posłuszeństwo Papieżowi i tym samym oddzielił się od Kościoła katolickiego.
Część ormiańskich chrześcijan nigdy w pełni nie zaakceptowała tego faktu i choć
oficjalnie przynależała do Kościoła ormiańskiego, w rzeczywistości pozostała
katolikami, co doprowadziło do kolejnego rozłamu w XVIII wieku.

Ofiary ludobójstwa
Armenia od początku swego istnienia znajdowała się w miejscu, w którym zderzały
się strefy wpływów potężnych sąsiadów – Persów, Bizancjum, Arabów, Turków,
carskiej i sowieckiej Rosji.
Atakowane ze wszystkich stron państwo musiało w końcu ulec. W XI wieku Armenię
podbili Turcy seldżuccy, a kilka wieków później jej ziemie weszły w skład
Imperium Osmańskiego. Dzięki znacznej jak na owe czasy tolerancji religijnej
chrześcijanie mogli nadal wyznawać swoją religię, jednak mieli ograniczone
warunki rozwoju. Wraz z powolnym upadkiem imperium i w miarę kształtowania się
państwa tureckiego rozpoczęły się prześladowania mniejszości narodowych.
Szczególnie mocno odczuwali je Ormianie i Asyryjczycy, będący chrześcijanami.
Doszło do eskalacji czystek etnicznych znanych dziś pod nazwą ludobójstwa
Ormian. W 1915 r. w zorganizowany i bestialski sposób wymordowano ponad pół
miliona ludzi narodowości ormiańskiej, a kilkaset tysięcy zmuszono do ucieczki z
Turcji, co zapoczątkowało istnienie ormiańskiej diaspory na świecie. Rzeź
najmocniej dotknęła katolików stanowiących znaczną część ormiańskiej
inteligencji, którą Turcy zwalczali wyjątkowo bezwzględnie.
Po I wojnie światowej uwolniona od Turków Armenia na krótko odzyskała
niezależność, jednak po kilku latach weszła w skład ZSRS. Kościół, szczególnie
zaś postrzegany przez komunistów jako zagrożenie Kościół katolicki, ponownie
stał się ofiarą prześladowań.

Syberia za ołtarzyk
– Kiedy przybyłam do Armenii w 1976 r., odniosłam wrażenie, że moi rodacy
stracili wiarę. Jeśli u kogoś znaleziono Biblię, zostawał zesłany na Syberię. To
był czas, kiedy wszystkie nasze kościoły były zamknięte, a kapłani albo zesłani,
albo zamordowani – opowiada s. Arousiag.
– Na lotnisku spotkałam mężczyznę z 8-letnią dziewczynką. Jechali z Syberii do
Yerevania. Powiedział do mnie: "To nie jest moja córka, jest moją bratanicą. Mój
brat został zesłany na Syberię, ponieważ u nich w domu był malutki ołtarzyk.
Któregoś dnia przyszedł inspektor. Ktoś doniósł na naszą matkę, że się modli.
Nasza matka była stara, więc jej nie zabrali, tylko mojego brata. Jest tam już 8
lat. Pojechałem z moją siostrzenicą do niego, żeby ją zobaczył, bo urodziła się
po jego zsyłce" – relacjonuje siostra. Powiedziała wówczas do mężczyzny, że
chciałaby zobaczyć ten mały ołtarzyk, ten zaś odpowiedział, że władza nigdy jej
na to nie pozwoli.
Siostra Arousiag dotarła jednak do tego mieszkania, mimo że była śledzona.
Nędza, którą ujrzała, przeszła jej najśmielsze oczekiwania. W jednej na wpół
zrujnowanej kamienicy żyło 10 rodzin, każda mająca kilkoro dzieci. Na podwórku
tylko jedna rozpadająca się ubikacja, jeden kran z bieżącą wodą dla wszystkich.
Przez okno hotelu, w którym się zatrzymała, widziała kilometrowe kolejki przed
sklepami. Dowiedziała się, że ludzie stoją od 3.00-4.00 nad ranem po chleb, nie
mając pewności, że gdy sklep zostanie otwarty, dostaną choć jeden bochenek. –
Wtedy powiedziałam: urodziłam się Ormianką. Moim ideałem jest Chrystus. On był
blisko swoich ludzi, to i ja muszę być blisko moich – wspomina.
Siostra Arousiag postanowiła wrócić do Armenii na stałe. Gdy nie dostała
pozwolenia ze strony władz swojego zgromadzenia, napisała do Watykanu.
Interwencja pomogła i na początku lat 90. ponownie przyjechała do Armenii. Nędza
ludzka, którą zobaczyła, nie odbiegała od tej, którą widziała w latach 70.
Scentralizowany system gospodarki ZSRS panujący przez 70 lat również w Armenii
jako jednej z republik pozbawił gospodarkę tego kraju samodzielności. Wolność
lat 90. nie przyniosła Ormianom poprawy życia. Po 1991 r. dostawy ropy, gazu i
żywności z terenów byłego ZSRS nagle się skończyły. Okazało się, że Armenia
praktycznie nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować na poziomie
ekonomicznym. Wszystkie fabryki pozamykano, cały przemysł padł. Produkcja,
przetwórstwo – wszystko legło w gruzach przemian społecznych i ekonomicznych.
Zniknęły tysiące miejsc pracy, darmowa służba zdrowia, zapomogi, dofinansowania.
Pojawił się za to alkoholizm, przemoc, pustka, brak nadziei na jakąkolwiek
poprawę życia, korupcja.
– Po roku 1990 korupcją zarazili się nie tylko ci na górze, ale wszyscy na dole,
każda rodzina. Trzeba było płacić policjantowi, który zatrzymywał cię bez
powodu, czy sprzedawcy telefonów komórkowych za to, że zgodził się sprzedać ci
telefon – wyjaśnia o. Anton, ormiański kapłan wychowany w Australii, który od
kilkunastu lat mieszka w Armenii.
Trzęsienie ziemi w 1988 r., które spowodowało śmierć ok. 25 tys. ludzi i ogromne
zniszczenia w infrastrukturze, pogłębiło tragiczną sytuację mieszkańców tego
kraju. Tysiące rodzin pozostało bez dachu nad głową. Ówczesny rząd ani żaden
następny, mimo obietnic, nie zapewnił im godziwych warunków do życia. Do dzisiaj
oni i ich potomkowie wegetują w blaszanych barakach bez kanalizacji, wody i
jakiejkolwiek pomocy.
– W wielu regionach kraju odsetek ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa jest
bardzo wysoki. Wielu ludzi głoduje – opowiada s. Arousiag. – Największym
problemem w Armenii jest brak pracy oraz straszliwe lenistwo, zwłaszcza u
starszych, wychowanych w komunizmie – konstatuje. W czasach sowieckich płace
były bardzo niskie, wszyscy kradli. – Do dzisiaj, kiedy kradną coś z kościoła
lub innej instytucji, nie uznają tego za coś poważnego, ale siebie nawzajem nie
okradają, bo wiedzą, że to źle – wyjaśnia o. Anton.

40 aborcji na kobietę
Jedną z przyczyn załamania moralności chrześcijańskiej w Armenii było
zniszczenie modelu rodziny, w której głową i osobą odpowiedzialną za jej
utrzymanie tradycyjnie był mężczyzna. Przemiany gospodarcze wymusiły zarobkową
emigrację mężczyzn, co spowodowało masowe zjawisko ich izolacji od rodziny.
Komunistyczne państwo, przejmując odpowiedzialność za całokształt życia
obywateli, w tym rodziny, pozbawiło ich poczucia odpowiedzialności za bliskich i
samych siebie, a jednocześnie wzmocniło postawy roszczeniowe. Jednocześnie
zdeprecjonowana została instytucja małżeństwa i wierność małżeńska. Wszystko to
sprawiło, iż sytuacja ormiańskich kobiet stała się szczególnie zła. – Rodzice są
niezadowoleni, gdy rodzi się dziewczynka. Jeśli postawiłbym tutaj 100
dziewczynek, może 3-4 powiedziałyby, że są akceptowane w swoich rodzinach.
Reszta nie. Słyszą od swoich bliskich: "Wolelibyśmy, żebyś była chłopcem" – mówi
o. Anton. – Matka nie zaznała miłości, babka nie zaznała miłości, one wszystkie
są głęboko poranione wewnętrznie. Są obywatelami drugiej kategorii. Nie mają w
rodzinie nic do powiedzenia – dodaje. Powszechnym zjawiskiem wśród mężczyzn jest
posiadanie kochanek. Wierność małżeńska jest bardzo rzadka. Kobiety najczęściej
są opuszczane przez swoich mężów po kilku latach małżeństwa. Zmuszane są też do
aborcji, zwłaszcza jeśli okaże się, że poczęte dziecko jest dziewczynką lub
jeśli grozi dziecku jakaś choroba, np. umysłowa.
– W czasach Gorbaczowa przyjechała tutaj Matka Teresa z Kalkuty. Dostała od
niego pozwolenie na pozostawienie kilku sióstr w Armenii. Siostry te na początku
były skierowane do szpitala dziecięcego w Erewaniu. Pewnego dnia powiedziały mi:
"Widziałyśmy coś strasznego. W sali porodowej wszystkie dzieci, które rodzą się
z jakimikolwiek anomaliami, są zabijane śmiertelnym zastrzykiem. Jeśli ojciec
popatrzy, to nigdzie nie zobaczy dzieci niepełnosprawnych, które miałyby więcej
niż piętnaście lat" – opowiada ks. abp Claudio Gugerotti, nuncjusz apostolski na
Kaukazie. Jeśli chore maleństwa nie urodziły się i nie zostały ukryte w domu,
były eliminowane w sposób systemowy. A potem mówiono mamie, że dziecko zmarło w
naturalny sposób.
– Pogwałcone macierzyństwo to palący wyrzut sumienia. Jesteśmy na Wschodzie,
gdzie macierzyństwo jest rzeczą świętą. Ale doszliśmy do liczby aborcji, która
czasem przekracza 40 na jedną kobietę. A to znaczy, że ta kobieta nieustannie
jest w stanie aborcji – stwierdza ksiądz arcybiskup.
W szpitalach położniczych nie ma żadnych informacji dotyczących życia dziecka
przed narodzeniem. Nie wiszą na ścianach plakaty, rysunki czy fotografie
odnoszące się do życia prenatalnego. Kobieta brzemienna nie jest informowana o
tym, jak wygląda jej dziecko, jakie są stadia jego rozwoju w jej łonie. – Kiedy
odwiedzaliśmy wioski, nie spotkaliśmy ani jednej kobiety, która nie dokonałaby
aborcji. A kiedy pyta się je, czy wiedzą o tym, że zabijają życie, słyszę
odpowiedź: "Ja kogoś zabiłam?" – relacjonuje s. Arousiag.
Ojciec Anton planuje przeprowadzić kursy uświadamiające człowieczeństwo dziecka
poczętego, kształcić nauczycieli naturalnych metod planowania rodziny. Niestety,
wszelkie próby zdobycia funduszy na ten cel spełzły na niczym. – Pisałem do
wielu organizacji, biskupów, nikt nie jest zainteresowany pomocą – mówi z bólem.

Niech Bóg chroni siostrę w tym, co robi
Jedną z przyczyn kryzysu moralności w Armenii jest słabość wspólnoty
chrześcijańskiej. Dziesięciolecia przeżyte w izolacji od Kościoła osłabiły
formację zarówno duchownych, jak i wiernych. Znaczna część z nich nie rozumie
Liturgii, gdyż odbywa się ona w języku staroormiańskim. 70 lat bez
uczestniczenia we Mszy św. spowodowało, że większość ludzi nie wie, na czym ona
polega. Brak edukacji religijnej, punktów odniesienia do Biblii i Dekalogu
przekłada się na powierzchowne traktowanie wiary. Ojciec Anton postanowił
przetłumaczyć całą skomplikowaną, w przeważającej części śpiewaną, Liturgię na
współczesny język ormiański. W czasie Liturgii wierni kartkują książeczkę z
tekstami Mszy Świętej. Niespecjalnie przekłada się to jednak na pogłębienie
wiary. – Ormianie mówią: "Jestem wierzący", ale ich życie tego nie pokazuje,
niczego nie wiedzą na temat wiary – zauważa o. Anton.
W Armenii brakuje kapłanów i sióstr zakonnych. Na terenie całego kraju pracuje 5
księży, w tym biskup. Tymczasem to Kościół katolicki, którego wierni stanowią
niecałe 3 proc. mieszkańców, niesie pomoc najbiedniejszym, opiekuje się
sierotami i niepełnosprawnymi. Lokalny Kościół Apostolski, niebędący w unii z
Kościołem katolickim, nie podejmuje żadnych inicjatyw socjalnych, a rząd,
całkowicie skorumpowany, nie przejmuje się losem swoich obywateli. Ojciec Anton
i siostra Arousiag rozpoczęli pracę od podstaw.
Siostra Arousiag prowadzi dom dziecka i letnie obozy dla dzieci z rodzin
najbiedniejszych. W domu dziecka podopieczni uczą się gry na fortepianie,
rysunku, tańca, szycia. Potrafią też robić zabawki z materiału. – W 1994 r.
zaczęliśmy program obozów – relacjonuje s. Arousiag.
Codziennie do ośrodka przychodziły dzieci z okolicy. Szybko okazało się, że są
głodne, bez śniadania. Niektóre z nich to sieroty. Powstał pomysł zorganizowania
obozów letnich w górach, żeby te dzieci choć przez parę tygodni zaznały trochę
innego życia. Obecnie z obozów korzysta kilkaset dzieci rocznie. Oprócz
regularnych posiłków czy ubrań otrzymują też formację duchową. Codziennie jest
Msza św., modlitwy, nauka normalnego domowego życia – dyżury, sprzątanie, pomoc
w kuchni.
Wielu z nich nigdy nie było w swoim życiu w kościele. Nie mają pojęcia, czym
jest modlitwa, kim jest Jezus. – Podstawowym powodem organizowania obozów jest
to, by dzieci spotkały Chrystusa, aby potrafiły zaakceptować wydarzenia w swoim
życiu jako te pochodzące z rąk Boga – wyjaśnia s. Arousiag. Ostatnio przyjęła
również do ośrodka małe niepełnosprawne dzieci przebywające w hospicjum
prowadzonym przez siostry Matki Teresy w Erewaniu. Dzieci te wymagają
całodobowej opieki i pielęgnacji. Wiele z nich nie może się samodzielnie
poruszać.
Siostrze pomagają wolontariusze z innych krajów, głównie z USA, oraz byli
wychowankowie. Dom dziecka, podobnie jak same obozy, funkcjonuje wyłącznie
dzięki darowiznom dobrych ludzi z całego świata. Jedna z matek dzieli się z nami
swoimi wrażeniami: – To jest miejsce, o którym dziecko może powiedzieć, że to
jest dom. Dzieci otrzymują tu bardzo dobre wychowanie, rodzice nie potrafią
wychowywać swoich dzieci tak jak oni tutaj. Siostra Arousiag nie dzieli ludzi na
katolików i prawosławnych. Dla niej nie ma znaczenia, kto jakiego jest wyznania.
Niech ją Bóg chroni w tym, co robi.
– Od rodziców wiem, że dzieci po powrocie z obozów nie zaczynają posiłku bez
modlitwy, której tutaj się nauczyły. Chłopcy, którzy zazwyczaj nigdy w domu w
niczym nie pomagają, ponieważ są chłopcami, nagle zmywają naczynia, zamiatają –
opowiada s. Arousiag.
W tym roku siostra otworzyła w Gumryi szkołę zawodową dla chłopców i dziewcząt –
owoc 15 lat marzeń i wielkich starań. W szkole będą się odbywać zajęcia w
doskonale wyposażonej wielkiej kuchni, sali komputerowej oraz warsztatach
budowlano-hydraulicznych.
– Widzę wiele chłopców i dziewcząt błąkających się bez celu po mieście,
zwłaszcza wieczorami. Najbardziej żal mi dziewcząt, bo one są uzależnione od
mężczyzn, którym wolno wszystko. Musieliśmy coś zrobić, by poczuły się silne i
uwierzyły w swoją wartość. Musimy je czegoś nauczyć, by w dorosłym życiu mogły
się uniezależnić. Ta szkoła jest dla nich taką szansą – ocenia siostra. Na tym
nie kończy się jednak jej działalność. Objęła opieką kilkaset najuboższych
rodzin w okolicy. Stworzyła system adopcji duchowej, w którą włączeni są ludzie
dobrej woli, głównie z USA.

Najbardziej cierpią dzieci
Nędza, w jakiej żyje wielu Ormian, jest trudna do wyobrażenia. W jednej z
rodzin, którą odwiedziliśmy, nie było niczego do jedzenia, nawet chleba. Na
wpółprzegniłych ścianach olbrzymi grzyb, wilgoć i zimno. Brak bieżącej wody i
ogrzewania. Pomieszczenia przypominały raczej nory niż mieszkanie. Na jednym z
łóżek chory, wychudzony, kaszlący mężczyzna. Takich rodzin jest tysiące. Młode
pokolenie wychowane w tej nędzy szuka ratunku w alkoholu, kradzieży, mafii.
Najbardziej cierpią dzieci. To właśnie one są wychowankami s. Arousiag.
Ojciec Anton działa głównie na prowincji. W kilku parafiach, w których pracuje,
organizuje dla dzieci warsztaty artystyczne i rzemiosła. Założył też katolicki
klub sportowy. Dzieci na wsiach nie mają żadnych możliwości edukacji
pozaszkolnej. Spędzają wolny czas głównie przed telewizorami bądź na ulicy.
Kiedyś istniały domy kultury, jednak od ponad 20 lat są pozamykane. Wydaje się,
że dbanie o wychowanie i edukację dzieci zajmuje ostatnie miejsce w planie
rządzących Armenią. Ojciec Anton współpracuje z zawodowymi nauczycielami. Z
zajęć organizowanych przy parafiach korzysta kilkaset dzieci i młodzieży.
– Chciałabym, by więcej ludzi przyjeżdżało do Armenii, by pracować z nami,
ponieważ my, Ormianie, potrzebujemy pomocy – wyznaje s. Arousiag. – Potrzebujemy
przykładów. Ci ludzie tutaj nie potrzebują kaznodziejów, którzy by im wygłaszali
gładkie kazania teologiczne. Potrzebują ludzi, na których widok powiedzą: "On
tyle robi, ona tyle robi, może ja też powinienem coś zrobić dla innych".
"Żniwo wielkie, robotników mało" – ciśnie się na usta. Od nas też zależy, czy
chrześcijaństwo, zapomniane i zdławione przez ostatnie 70 lat, rozkwitnie na
nowo w Armenii.

 

Agnieszka Dzieduszycka-Manikowska
 

 

Autorka jest realizatorem filmów dokumentalnych, fotoreporterem, od 12 lat
dziennikarzem Catholic Radio&Television Network, współpracuje z międzynarodową
organizacją katolicką "Pomoc Kościołowi w Potrzebie" (Kirche in Not) w
Niemczech.

drukuj