Dorożka i dal

Kraj lat dziecinnych jest zawsze Arkadią, krainą szczęśliwości. Czy Polacy,
którzy wychowywali się w Polsce przedwojennej, tęsknią za wyidealizowanym rajem
swojej młodości, czy wspominają to, co naprawdę istniało?

Ze wspomnień, zapisków, pamiętników, listów, lektury przedwojennej prasy wyłania
się II Rzeczpospolita jako odległy, z trudem dziś rozpoznawany kontynent,
zapomniana Atlantyda. Kraj pociągający i pełen uroku. Normalny europejski kraj,
którego podstawowe cechy uformowały cywilizacja łacińska i polski katolicyzm,
etos narodowy i obywatelski, a także hart ducha, przedsiębiorczość, wytrwałość
Polaków. Dlatego był tak zasadniczo odmienny od tego, co zbudowano na gruzach
tej cywilizacji… Kraj tak bardzo prowokujący wrogów swoimi szczególnymi
cechami.
Stosunkowo łatwo jest coś wznieść z ruin, naprawić, dokleić, przywrócić dawny
kształt budynkom. Nawet gdy te ruiny są efektem nie tylko działań wojennych,
popowstaniowej furii okupanta, ale zaplanowanych z całą premedytacją
niszczycielskich działań kolejnego najeźdźcy. Sowieci metodycznie niszczyli
dymiącą jeszcze Warszawę, z której wysiedlono całą ludność, by to, co w tym
miejscu powstanie, w niczym nie przypominało owego pięknego zachodniego miasta z
jego architektonicznym wdziękiem i niepowtarzalnym klimatem.
Czy jednak uda się kiedykolwiek przywrócić w Polsce, nie tylko w Warszawie, ów
dawny czar wspólnoty, na który składał się klimat społeczny wielkich i małych
miast, promieniowanie kulturowe dworów i dworków i niezliczone elementy owych
centrów cywilizacyjnego ładu, gdzie królowała chrześcijańska kultura bycia,
gdzie ludzie byli uprzejmi, spokojni, pełni dystynkcji we wzajemnych relacjach?
Gdzie mogli na siebie liczyć w potrzebie. Gdzie doskonałe maniery urzędników
państwowych, ich takt, życzliwość były pierwszym i podstawowym zawodowym
wymogiem. Tak jak dyscyplina, lojalność wobec przełożonych i nienaganny strój,
który musiał cechować – takie były wymagania – nie tylko oficerów i żołnierzy,
ale wszystkie tzw. służby mundurowe, kolejarzy, leśników. Białe czepeczki
pielęgniarek w szpitalach i skromny strój kelnerek w kawiarniach wyrażał coś
więcej niż dobry gust i podkreślenie kobiecego aspektu ich pracy, wyrażał także
postawę służby. Gdy patrzyło się na pewne czysto zewnętrzne cechy społeczeństwa
II Rzeczypospolitej, sposób jego funkcjonowania w relacjach społecznych,
zawodowych, to uderzał niemal powszechny brak postaw roszczeniowych.
Ton nadawała postawa służby – służby drugiemu człowiekowi. Służby państwu. Taki
był zasadniczy rys instytucji publicznych. Stąd m.in. tak wielki, widoczny gołym
okiem ład, doskonała organizacja, szczere zaangażowanie zwykłych ludzi w
funkcjonowanie instytucji publicznych – wojska, szkół, kolei etc. "Dewastacja
moralna, zabijanie i wynarodowienie Polaków trwało setki lat, i dopiero
dwudziestolecie międzywojenne scaliło nas w spójną całość. Motorem stał się
silny etos walki o niepodległość, obudzony w XIX wieku, zakończony wyzwoleniem
Polski i pokonaniem nawały ze Wschodu. (…) Dochowaliśmy się ofiarnego
społeczeństwa, komuniści byli formacją ledwie śladową. Wytworzyła się warstwa
inteligencji o szerokich horyzontach, ludzi oddanych służbie społecznej,
autentycznie bezinteresownych…" (M. Nowakowski "Co się stało z ojczyzną
polszczyzną").
Moja polonistka z liceum mawiała, że wystarczy przestrzegać reguł savoir-vivre’u,
żeby życie wśród ludzi nie tylko stało się całkiem znośne, ale by miało
charakter chrześcijański. To, do czego najbardziej tęskni dziś "pokolenie
międzywojenne", to właśnie świat pełen ludzkiego ciepła i zarazem estymy,
rewerencji, jaką okazywano sobie nawzajem – na ulicy, w sklepach, urzędach,
szkołach, pociągach i tramwajach. Warszawę międzywojenną podziwiano także jako
miasto ludzi, którzy potrafili iskrzyć dowcipem, lekkością, wdziękiem rozmowy, a
także jako miasto wyjątkowo eleganckie. Z elegancją szła czystość. Stolica
lśniła. Dlatego m.in. gdy kulturalny człowiek wybierał się do Śródmieścia,
starał się o staranny, nieco odświętny strój. Nie chodziło nawet o specjalny
wykwint czy modę. Tutaj po prostu nie wypadało pokazać się w źle skomponowanym,
niechlujnym przyodziewku. Warszawa zobowiązywała. Przysłowiowy niemal stał się
wygląd portierów hotelowych, wytwornych sklepów, restauracji i kawiarni
warszawskich, bruków lśniących czystością, eleganckich witryn – to miasto
pachniało. Warszawskie bzy w Ogrodzie Botanicznym nie bez powodu były jego
symbolem. Były także symbolem ładu metafizycznego, którym stolica promieniowała
i który po wojnie nie od razu, przez parę dziesięcioleci rozpadał się,
wchłaniany przez nową kulturę, nowe obyczaje. Aż do tragicznego finału:
usunięcia krzyża pod pretekstem jego "obrony"…

Okruchy tamtego świata
niczym skorupy z roztrzaskanego dzbana przez pewien czas zbierano jeszcze –
udając obłudnie zainteresowanie tamtą rzeczywistością – w PRL-owskich
czasopismach, w radiu. Ale te "kąciki przyjaciół dawnej Warszawy" etc. pełniły
bardzo określoną rolę. Chodziło o to, by warstwę historyczną i faktograficzną
wspomnień wyeliminować albo mocno uszkodzić i wszystko sprowadzić do
sentymentalno-czułostkowej kanwy. Wypreparować wszystko, co było świadectwem
odmiennego systemu wartości, odmiennego stylu życia, postawy solidarności i
służby społecznej. Chodziło także o język. O to, by język kulturalnej Polski,
owa bogata, żywa, pełna niuansów, odniesień literackich, wtrąceń z języka
francuskiego czy łaciny polszczyzna przestała żyć, bo ona w pierwszym rzędzie
demaskowała ubóstwo mentalne urzędników sowieckiego chowu i kulturę rodem z
azjatyckich stepów. Stara Warszawa w swoich swoistościach, smaczkach i
nastrojach mogła przetrwać gdzieniegdzie, ukryta, zepchnięta niemal do podziemi,
np. na Bazarze Różyckiego. W oficjalnej propagandzie natrętnie prezentowano
przedwojenną zepsutą Warszawę – taka także istniała – Warszawę nocnych knajp,
kabaretów, szampańskich zabaw, artystek podejrzanej konduity, sentymentalnych
szlagierów, trzeciorzędnych przesłodzonych filmów, folkloru przedmieść i etosu
złodziejskiego starej Pragi. Wielu wychowanków PRL zna przedwojenną Warszawę
tylko stąd. W latach 40. i 50. w ilustrowanych tygodnikach prezentowano serię
ordynarnych dowcipów, których bohaterem był niejaki "August Bęc-Walski"; była to
typowo sowiecka satyra na warstwę ziemiańską, przedstawianą jako mieszanina
głupoty, snobizmu i pazerności. Młodzieży szkolnej i studentom próbowano
obrzydzić etos niepodległościowy, podrzucając wulgarne, a wręcz obsceniczne
przeróbki najbardziej znanych pieśni historycznych, legionowych itd. Na
koedukacyjnych obozach czerwonego harcerstwa cichcem propagowano alkohol i złe
obyczaje. Po tej liście propagandowych chwytów można się było zorientować, co
najbardziej bolało nowych władców w Polsce międzywojennej. Najbardziej
niebezpiecznym zjawiskiem był wysoki poziom kulturalny ówczesnych elit – tych
prawdziwych, niekoniecznie artystycznej bohemy – i propagowany przez nie wzór
życia.

Rękawiczki i bal
Rękawiczki przed wojną były nieodzownym elementem stroju – zarówno kobiecego,
jak i męskiego. Na bal rękawiczki zakładali również panowie. Białe do czarnego
fraka. Dlaczego? To tajemnica dawnej kultury bycia. Tajemnica delikatności,
grzeczności, zapobiegliwego starania się, by nie uchybić dobremu obyczajowi.
Było czymś nie do pomyślenia, by naga ręka obejmowała kibić partnerki.
Rękawiczki stanowiły element wyposażenia munduru. Policjant na służbie musiał
być ubrany kompletnie, czyli także w rękawiczki. Jedna z anegdot warszawskich
mówi o tym, jak komendant Policji Miasta Stołecznego Warszawy Jan Schuch
przejeżdżający z żoną samochodem przez Śródmieście dostrzegł policjanta, który
kierował ruchem bez rękawiczek. Zatrzymał się i ostro go zgromił. Ale zarazem
żal mu się zrobiło tego młodego chłopaka, który przyznał, że nie wystarczyło mu
pieniędzy na nowe rękawiczki, gdy poprzednie się zdarły. Ściągnął więc swoje i
wręczył policjantowi. Żona westchnęła: "To już czwarta para w tym miesiącu…".
Komendant Schuch (w randze odpowiadającej generałowi brygady) znany był z takich
właśnie zachowań. Na Pradze w czasie obławy policji na uzbrojonego bandytę,
który zabarykadował się w mieszkaniu, osobiście zastąpił młodego oficera, który
miał małe dzieci, i wkraczając do akcji z nadzwyczajną determinacją, w jednej
chwili obezwładnił przestępcę. Te opowieści – a ich prawdziwość potwierdziłam w
osobistej relacji córki komendanta Schucha – to coś więcej niż anegdoty. To opis
mentalności ludzi przedwojennej Warszawy. Mężnej, solidarnej, pełnej ciepła, po
ludzku czułej. Tajemnica późniejszego istnienia i doskonałego funkcjonowania
Polskiego Państwa Podziemnego przez całą okupację to właśnie ta, unikalna na tle
europejskim, mentalność. Umiejętność dostrzeżenia drugiego człowieka. Zdolność
odczytania, czym jest to dobro wyższe, któremu należy się nie tylko wierność,
ale nawet życie.

Kobieta w kapeluszu
Pamiętam obrazek z ubiegłej jesieni. Zatłoczony peron głównego dworca w dużym
mieście. Mrowie ludzi podobnych do siebie tak bardzo, iż ma się wrażenie, że
zeszli z taśmy produkcyjnej. Kobiety i mężczyźni mają na sobie niemal identyczne
kurtki, spodnie, czapki. Na wszystkich twarzach podobne zaaferowanie. W rękach
gazety i komórki. Ale jest też ktoś inny. Ta kobieta ma na głowie twarzowy
kapelusz. W ręku nie trzyma gazety. Czyta książkę. Wzrok mimo woli biegnie do
niej. Zestawia z innymi, porównuje. Ona jest jedna wobec tłumu, a jednak
porównanie wypada na jej korzyść. Jej spokojna, odprężona twarz przyciąga, jej
odmienność intryguje. I kolejny obrazek. Przystanek autobusowy w Warszawie,
środek nocy. Samotna kobieta i kilku podpitych żołnierzy. Są wulgarni, robią się
coraz bardziej agresywni. Kobieta stacza krótką walkę wewnętrzną i nagle odzywa
się mocnym, pewnym głosem: "Panowie oficerowie! Wyobraźcie sobie, że jesteście w
przedwojennym kasynie oficerskim i przy stoliku obok siedzi kobieta…". Wręcz
niewiarygodne, ale żołnierze natychmiast, jak rażeni gromem, przepraszając
bełkotliwie i niezdarnie salutując, wynieśli się na inny przystanek. To tylko
ilustracja, symboliczny obraz, który uzmysławia, że istnieje w Polsce jakiś inny
– poza nachalnie lansowanym – świat. Świat niedostępny "pragmatycznym
przywódcom", którzy są przekonani, że wszyscy, których opłacało się mieć na swój
własny użytek, wszyscy "naprawdę ważni", zostali już kupieni. Świat, którego
mieszkańcy nie wpadli na pomysł, że ich życie jest na tyle nieważne, że może je
w szczegółach zaprogramować jakiś specjalista od "marketingu politycznego" czy
handlarz płacący gotówką za pozbycie się własnych poglądów. I dlatego nie muszą
być tacy jak inni. Tak samo myśleć, tak samo reagować, to samo czytać i oglądać.
Tak samo się ubierać.
Co nam hańba, gdy talary
Mają lepszy kurs od wiary
Wymienimy na walutę
Honor i pokutę
– pisał Jacek Kaczmarski w latach 90. ubiegłego wieku. Dla wielu brzmiało to
wtedy obrazoburczo, złośliwie i wrednie. A jednak dziś budzimy się, przecierając
oczy, wśród współrodaków, których "religią" jest święty spokój, dobrobyt i
"zadowolenie z życia". Ale życie przecież kiedyś się kończy. Co dalej? Co stanie
się w chwili, gdy to, co łasi się dziś do nóg, kusi aksamitną, miękką łapą,
zagląda czule w oczy i słodko zagaduje, okaże się kupą zeschłych liści?
Walka Polaków o górowanie krzyża nad niewielkim skrawkiem przestrzeni przed
Pałacem Prezydenckim to także obowiązek upominania tych, którym wizja
materialnych korzyści, splendorów lub też fałszywie pojętej polityki (np.
rzekomej rękojmi trwania Kościoła) przesłania krzyż. Tych "wykształconych z
wielkich miast". Nikt nie działa w próżni. Każdy dobry czyn, najdrobniejszy
nawet wysiłek w obronie prawdy – choćby wyglądał na naiwność i spotykał się z
nieskrywaną pogardą braci liberalnej – przynosi w końcu większe, niedostrzegalne
początkowo, dobro. To widać dziś w Polsce, gdy osoby, takie jak Lech Kaczyński,
Anna Walentynowicz czy ks. Stanisław Małkowski, pogardzane, wyszydzane i
prześladowane, dosłownie w jednej chwili stają się bohaterami dla niezliczonych
tysięcy. Nie trzeba wiele tłumaczyć, każdy uczciwy człowiek to rozumie.
Za każdym skrzywdzonym, niewinnie oskarżonym, oszkalowanym, zdradzonym,
podstępnie zgładzonym staje w obronie Prawda, której nie sposób zamordować. Sam
Bóg. Prawda, która zawsze wychodzi na jaw – tak jak ta o zbrodni katyńskiej – i
staje przed człowiekiem w pełni blasku. Pojawia się czasem pod postacią garstki
ludzi modlących się na miejscu, gdzie stał kiedyś smoleński krzyż.
W tworzącej się dziś w Polsce wspólnocie ludzi coraz bardziej świadomych, czym
jest taktyka zwolenników "pragmatyzmu", którzy przehandlowali przedwojenne
kryteria wartości, tworzące nas i scalające jako społeczeństwo, tak jak
przehandlowali smoleński krzyż, odnajdują się – tak jak w przedwojennej Polsce –
przedstawiciele wszystkich stanów. Niezależnie od wszelkich różnic społecznych i
intelektualnych. Są to ci, którzy fizycznie wręcz nie znoszą kłamstwa. Ono im po
prostu szkodzi: na wątrobę, na nerki i na nogi. Na głowę i na serce.

Ewa Polak-Pałkiewicz
 

drukuj