Wychowanie bez „syndromu wroga”
Profesor Witold Kieżun
żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego, wybitny teoretyk
zarządzania
Większość synów różnych inteligenckich grup społecznych Żoliborza uczyło się
w jedynym w tej dzielnicy państwowym gimnazjum i liceum im. Księcia Józefa
Poniatowskiego. Istotną wartość tej szkoły stanowiła kadra nauczycielska. Cały
szereg wybitnych pedagogów i intelektualistów, ludzi oddanych całkowicie swojej
pracy, traktujących ją jak swoiste "powołanie", dobrze uposażonych, z
wynagrodzeniem dochodzącym po dłuższym czasie pracy do podwójnej średniej płacy
urzędnika państwowego. Do tego dwumiesięczne wakacje letnie i w sumie
trzytygodniowe zimowe. Te warunki pracy umożliwiały uzupełnianie kwalifikacji,
śledzenie rozwoju swojej dyscypliny naukowej i pełną koncentrację na wykonywaniu
zadań dydaktycznych.
Program szkolny gimnazjum równomiernie rozdzielał przedmioty humanistyczne i
matematyczno-przyrodnicze. Na kształtowanie postaw społeczno-politycznych
największy wpływ miały oczywiście historia i literatura polska. Od pierwszej
klasy mieliśmy osobne wykłady z historii polskiej i historii powszechnej,
podobnie była wyodrębniona w nauce języka polskiego literatura światowa i
literatura polska. W liceum humanistycznym mieliśmy codziennie lekcje historii i
języka polskiego z większą liczbą godzin z literatury polskiej. Wspaniały
podręcznik Juliusza Kleinera był bardzo starannie analizowany i uzupełniany
bogatą lekturą obowiązkową. Nie było to przykre obciążenie, bo przy braku
telewizji i internetu powszechną pasją była lektura książek. Wszyscy dużo
czytali. Miałem w domu bogatą "Bibliotekę Dzieł Wyborowych", czytałem codziennie
książkę po książce. Podobnie większość kolegów z klasy. Polityka dydaktyczna
naszego wspaniałego profesora polonisty wyzwalała gorące dyskusje nad
poszczególnymi klasycznymi dziełami: trzech wieszczy, Żeromskiego, Reymonta,
Prusa, Orzeszkowej.
Sienkiewicz, Gąsiorowski, Kraszewski i Karl May z kultem bohaterstwa Indian to
były wcześniejsze pasje. Na 13. urodziny dostałem od Matki w prezencie całą
"Trylogię" Sienkiewicza. Czytałem ją nawet w nocy, w łóżku – przykryty kołdrą,
świecąc sobie latarką. Wreszcie, w drugiej klasie liceum "Młoda Polska," z
ukochanym Stanisławem Wyspiańskim. Zapamiętaliśmy partię Poety z "Wesela": "A
tak by się dusza rwała do wspaniałych wielkich rzeczy, a tu pospolitość
skrzeczy, a tu pospolitość tłoczy, włazi w usta, uszy, oczy". Tak nam
odpowiadała ta pogarda dla "pospolitości", a entuzjazm budziła pogoń za
wspaniałymi, wielkimi rzeczami, z wyzwaniem Wyspiańskiego z "Wyzwolenia": "O
Boże, Wielki Boże, Ty nie znasz nas Polaków, Ty nie wiesz, czym być może straż
polska u Twych znaków".
Do tej wizji wielkiej polskiej literatury dochodziły nauka łaciny i historia
kultury starożytnej, wspaniałe przykłady bohaterstwa i zmysłu państwowego
konsulów i cesarzy, stale powtarzający się motyw służby państwu.
Oprócz fascynacji literaturą, historią, filozofią było bieżące zainteresowanie
publicystyką. Czytaliśmy wszyscy codzienne gazety. Pamiętam, że o godzinie
14.00, po moim powrocie ze szkoły, listonosz przynosił "Gońca Warszawskiego",
który natychmiast był przedmiotem lektury. Czytało się też "Wiadomości
Literackie", a także "Prosto z Mostu" i "Merkuriusza Polskiego Ordynaryjnego".
Do fasonu szkolnego należało w czasie dyskusji na lekcji polskiego czy w naszym
Klubie Dyskusyjnym wykazać się znajomością aktualnych artykułów z tych
tygodników.
Nasza klasa, podobnie jak i cała szkoła, była odbiciem struktury
społeczno-politycznej Żoliborza. Fenomenem naszego środowiska było jednak
zupełne wyzbycie się "syndromu wroga". Nawet zasadnicze różnice poglądów i
fascynacji ideologicznych nie powodowały zaniku przyjaźni i solidarności
koleżeńskiej. Ten wyjątkowy model kultury stosunków międzyludzkich, "human
relations" zawdzięczaliśmy atmosferze szkoły, a głównie naszemu wspaniałemu
poloniście-wychowawcy, który podsumowując dyskusje, zawsze wskazywał na
pozytywne akcenty występujące nawet w przeciwstawnych opiniach. Jedność w
patriotycznej postawie zagrożenia widoczna była już w kwietniu 1939 roku, gdy
przerwano lekcje, ażeby wysłuchać nadawanego przez radiowe głośniki przemówienia
ministra Józefa Becka w Sejmie. Gdy powiedział, że "honor jest bezcenną
wartością", ogarnął nas wszystkich niezwykły entuzjazm. Pamiętam, jak Mietek
Cygielsztrajch objął mnie i zawołał: "Witek, będziemy razem bić Niemców".
