Randka w ciemno, czyli polska prezydencja w UE
Za osiem miesięcy Polska rozpocznie półroczną prezydencję w Unii
Europejskiej. Tymczasem rządowe przygotowania do tego niewątpliwego wyzwania są
chaotyczne, przypadkowe i mają charakter zdecydowanie bardziej propagandowy niż
merytoryczny. Gabinet Donalda Tuska postępuje w tym obszarze w myśl swojej
naczelnej zasady: "Jakoś to będzie".
Brak profesjonalizmu obecnych polskich władz w spektakularny sposób uwidacznia
się w zmienianych co chwila, choć ogłaszanych za każdym razem z wielkim hukiem,
priorytetach polskiej prezydencji. Jeszcze 15 stycznia 2009 r. rząd Tuska
przyjął 4 priorytety na drugie półrocze 2011 roku, gdy Polska ma kierować
strukturą skupiającą 27 krajów europejskich. Wówczas były to:
1) budżet UE 2014-2020,
2) Partnerstwo Wschodnie,
3) bezpieczeństwo energetyczne,
4) Strategia Morza Bałtyckiego.
Ale już po półtora roku priorytety się zmieniły. Jest ich teraz 6, przy czym
doszły nie 2, a 3 nowe priorytety, ponieważ jeden niespodziewanie, bez żadnego
wytłumaczenia ze strony czynników oficjalnych wypadł. Priorytetem przestała być
Strategia Morza Bałtyckiego. Pozostał budżet 2014-2020, polityka energetyczna
oraz… no, właśnie. Już nie tyle Partnerstwo Wschodnie, ale bardziej ogólny,
enigmatyczny, a przede wszystkim już niedrażniący Rosji priorytet Stosunki ze
Wschodem. Partnerstwo Wschodnie to formuła bardzo konkretna, skupiająca 6 państw
mających swoje europejskie aspiracje (niektóre z nich posiadają również
aspiracje euroatlantyckie). Chodzi o Ukrainę, Białoruś, Mołdowę i kraje Kaukazu
Południowego: Gruzję, Armenię, Azerbejdżan. Ale przyjęte obecnie sformułowanie
Stosunki ze Wschodem jest już workiem, gdzie można wsadzić niemal wszystko,
łącznie z ocieplaniem relacji z Rosją. Jest to prawie to samo, ale także w tym
przypadku "prawie" czyni wielką różnicę…
Do trzech "starych" priorytetów doszły więc trzy nowe:
1) rynek wewnętrzny (a właściwie jego wzmocnienie),
2) Wspólna Polityka Bezpieczeństwa i Obrony,
3) pełne wykorzystanie kapitału intelektualnego Europy.
Tak było jeszcze 21 lipca 2010 roku. Ale już zaledwie dwa i pół miesiąca później
rząd nagle dodał kolejny priorytet: przyspieszenie negocjacji akcesyjnych z
Turcją. Ujawnił to minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w… Ankarze.
Według niego, "jako kraj odpowiedzialny za politykę rozszerzenia będziemy bardzo
poważnie traktować negocjacje z Turcją". Nie interesuje mnie, czy Sikorski
powiedział to ot, tak sobie, żeby zrobić przyjemność tureckim gospodarzom, czy
jest to element jakiegoś przemyślanego (?) planu rządu RP. Trawestując ludowe
powiedzenie ze schyłkowego okresu przed wybuchem I wojny światowej: "Ni z tego,
ni z owego będzie Polska na pierwszego" (oczywiście, kolejnego miesiąca…),
można powiedzieć, że ni z tego, ni z owego będzie nowy priorytet polskiego
"panowania" w UE.
To, że akurat ów priorytet czy priorytecik został nagłośniony, pokazuje, iż rząd
działa doraźnie, bez planu. Fakt, że Sikorskiego za jego solowe wystąpienie w
Turcji nie spotkała żadna partyjna ani rządowa reprymenda, choć swego pomysłu
nie raczył nawet skonsultować z polską opinią publiczną, dowodzi, że rząd
zabiera się do tego, obliczonego na lata planu politycznego na łapu-capu, bez
jakichkolwiek wizji.
Jedno jest pewne: realne przygotowania Polski do prezydencji w UE są w
powijakach – wyraźnie odstajemy od tych krajów z naszego regionu, które
przewodziły dotąd Unii, czyli Słowenii i Czech. Te państwa przygotowywały się
kilka lat i obejmując przewodnictwo, były w stanie walczyć o własne interesy –
co zresztą w przypadku Republiki Czeskiej odbywało się w spektakularny sposób.
Ale przede wszystkim i Lublana, i – zwłaszcza – Praga wiedziały, czego chcą.
Jeżeli bowiem chce się osiągnąć wszystko – to w Unii nie załatwia się niczego.
Tak uczy doświadczenie państw starej Unii, nawet tych większych. A Polska,
wysuwając listę 6 (a po ostatniej wizycie Sikorskiego w Turcji już 7!)
priorytetów, się rozdrabnia. Jak mówi stare francuskie przysłowie: "Kto za dużo
bierze – źle ściska". Chyba że stawianie kolejnych rzekomych priorytetów ma cel
wyłącznie propagandowy, PR-owski, a interes Polski rządzących w ogóle nie
interesuje. W przypadku rządu Tuska nie jest to niespodzianką.
150 mln euro w błoto
Polska prezydencja ma polskich podatników kosztować 150 milionów euro (to dane z
2009 r., więc realne koszty mogą być wyższe). Potrwa 6 miesięcy. W przeliczeniu
– 25 milionów euro na miesiąc. Ten budżet jest oczywiście zaniżony, ale nie to
jest najważniejsze. Bez względu na to, czy będzie to 150 czy 200 milionów euro,
to przy takim podejściu ekipy PO – PSL i braku zaawansowanych prac
przygotowawczych, a przede wszystkim jasno określonych narodowych celów naszego
przewodnictwa – te pieniądze będą i tak wyrzucone w błoto. Równie dobrze Tusk
wespół z Rostowskim mogliby wytapetować sobie nimi gabinety swoje i swoich
licznych "doradców politycznych" (którzy za obecnej koalicji rozmnożyli się
niczym przez pączkowanie, choć to Platforma krytykowała niegdyś PiS za rzekomy
wzrost biurokracji).
Wiadomo już, że nasza prezydencja rozpocznie się od spektakularnej iluminacji…
Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Tak przynajmniej zapowiedziała nowa
wiceprzewodnicząca Platformy Obywatelskiej (to w ramach odpartyjniania
samorządów…) prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pałac, noszący niegdyś
imię Józefa Stalina, "dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego", ma być
według tego planu swoistą wizytówką Polski na "dzień dobry" przewodnictwa
Rzeczypospolitej w Unii. Zaiste, ciekawa to metafora, choć gorzki ma wydźwięk…
Kontrowersje może budzić fakt zaproszenia przez rząd Tuska do "nieodpłatnej
współpracy" – jak to określono oficjalnie – szeregu firm wyłonionych w
specjalnej procedurze (czyli de facto prawem kaduka). Ma to być, zgodnie z
informacją z początku bieżącego miesiąca, 14 firm z branży m.in. spożywczej,
motoryzacyjnej czy informatycznej. Wśród nich jest np. Kulczyk Tradex Sp. z o.o,
co samo w sobie warte jest odrębnego tekstu, mówi więcej niż wiele. Ale są też
firmy de facto państwowe, jak choćby PKN Orlen SA czy PLL LOT. Oznacza to
oczywiście, że realne koszty polskiej prezydencji będą dla naszego podatnika
większe niż te oficjalnie podane. Istotny jest także fakt, że w ten sposób
Platforma otwiera szeroko drzwi do tzw. kapitalizmu politycznego. Wybrane firmy,
często skądinąd wywodzące się z obcego kapitału, pomagają rządowi Tuska, ale
przecież nie czynią tego jako "święci Franciszkowie" polskiego biznesu. To ma
być ulica dwukierunkowa: dziś one pomagają rządowi, jutro rząd pomoże im –
zezwoli na ulgi, koncesje, zapali zielone światło… Pod względem
formalnoprawnym wszystko jest w porządku, ale w praktyce polski rząd ustawia się
na przyszłość w roli dłużnika i klienta tych przedsiębiorstw. I znów – jakoś
mnie to w kontekście tej Rady Ministrów nie dziwi, choć przecież jest to więcej
niż dwuznaczne.
Fiasko współpracy z Węgrami
Władza w Warszawie ma pełne usta frazesów odnośnie do polsko-węgierskiej
współpracy w zakresie unijnych prezydencji (przypomnijmy, że Budapeszt obejmuje
przewodnictwo w UE 1 stycznia 2011 r., a Warszawa pół roku później). Tymczasem
rzeczywistość skrzeczy: przy uważnym przyjrzeniu się priorytetom obu krajów z
jednego regionu okazuje się, że raptem… jeden tylko jest wspólny. Oznacza to,
że Węgry sobie, Polska sobie – oba państwa grają "solo", ku cichej radości
Berlina, Paryża czy innych stolic dużych krajów, zadowolonych, że deklarowana
ścisła współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej istnieje tylko na papierze i że
państwa naszego regionu dają się w ten sposób łatwiej rozgrywać możnym Unii
Europejskiej. Tym większy to paradoks, że partie rządzące Węgrami i Polską są w
Parlamencie Europejskim w tej samej frakcji – w Europejskiej Partii Ludowej.
Tymczasem współpraca polsko-węgierska była na znacznie wyższym poziomie, gdy w
naszym kraju rządziło PiS, a nad Dunajem socjaliści. Jarosław Kaczyński
rozumiał, że konieczne jest wzniesienie się nad podziały ideologiczne, by – w
interesie wszystkich krajów regionu – budować wspólny blok w Europie
Środkowo-Wschodniej. Z drugiej strony, nie tylko Tusk nie wykazuje w praktyce
większej gotowości współpracy z Budapesztem – również nasi bratankowie pamiętają
rządowi PO upokorzenie w Brukseli, gdy rok temu na słynnym dyplomatycznym
śniadaniu w polskiej ambasadzie przy UE, w obecności premierów rządów 10 państw
Europy Środkowo-Wschodniej, polski premier spektakularnie ośmieszył Węgry,
odmawiając poparcia ich planu pomocy finansowej dla naszego regionu Europy. Było
to zresztą po myśli największych (i najbogatszych!) państw UE, a Tusk,
zdradzając sojuszników w chwili największej potrzeby, po raz kolejny zasłużył na
poklepanie po plecach przez kanclerz Niemiec czy prezydenta Francji. Tyle że
Budapeszt długo jeszcze będzie nam wystawiał za to słony rachunek – i trudno mu
się w gruncie rzeczy dziwić.
Reasumując, Polska, dzięki rządowi Tuska, jest całkowicie nieprzygotowana na
swoją prezydencję. Jesteśmy samotni, nieprofesjonalni, pozbawieni planu działań
i jasnych celów. Przypominamy, mówiąc metaforycznie, dziecko błądzące w
europejskiej mgle. Rząd Tuska czuje zresztą pismo nosem i spodziewa się blamażu.
Dlatego właśnie we wrześniu br. doradca ministra spraw zagranicznych Janusz
Sznajder rozpoczął przygotowywać opinię publiczną na porażkę, opowiadając
podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy banialuki, że zaledwie 5 proc. spraw
realizowanych przez kraj sprawujący prezydencję dotyczy jego priorytetów i
interesów. Gdyby powiedział to Niemcom, to choć podobno nie mają oni większego
poczucia humoru, wybuchliby śmiechem. Niestety, śmieją się z nas i bez tego, i
nie tylko oni, z kraju, którego władze nie umieją ani zdefiniować własnych
interesów, ani o nie walczyć. Nam do śmiechu być nie może. Chyba że do bardzo,
bardzo gorzkiego.
Ryszard Czarnecki, Przemysław Czarnecki
Ryszard Czarnecki jest posłem do Parlamentu Europejskiego, należy do frakcji
Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy; byłym szefem KIE i UKIE.
Przemysław Czarnecki był stażystą w Brukseli w Grupie Europejskich
Konserwatystów i Reformatorów.
