Europejska Służba Działań Zewnętrznych – gigant na glinianych nogach
Sztandarowym projektem i nieomal dowodem
ustanowienia silnej Unii Europejskiej jest dla euroentuzjastów unijna
dyplomacja – Europejska Służba Działań Zewnętrznych (ESDZ). Po bez mała
roku od podpisania traktatu lizbońskiego przez śp. prezydenta Lecha
Kaczyńskiego widzimy zmianę jakości unijnej polityki zagranicznej – na
gorsze.
Gdy w 2005 roku upadł projekt Konstytucji
Europejskiej, odrzucony w referendum przez Francję i Holandię, tzw.
elity europejskie postanowiły wcielić w życie główne artykuły tej
konstytucji poprzez tzw. traktat lizboński (TL). Jego zapisy są w
większości takie same jak w Konstytucji Europejskiej, jednak w przypadku
traktatu nie było obowiązku pytania o zdanie europejskich narodów.
Jedynym
krajem, który wypowiadał się w tej sprawie w referendum, była Irlandia,
która odrzuciła TL. Zmuszono więc Irlandczyków do ponownego głosowania.
Gdy za drugim razem zagłosowali już „jak należy” i traktat lizboński
wszedł w życie, ogłoszono, że oto Unia będzie silna, sprawna, postępowa i
jeszcze bardziej zintegrowana. Prezydenci Polski i Czech nie mogli już
odmawiać podpisania TL pod groźbą uznania ich za hamulcowych Europy itp.
Tymczasem wiele wskazuje na to, że osławiona wspólna unijna
polityka zagraniczna, jedno z głównych „osiągnięć” TL, może pogorszyć
pozycję małych i średnich państw UE. Dlaczego? W okresie obowiązywania
traktatu z Nicei, poprzednika traktatu z Lizbony, nasz kraj i zarazem UE
dysponowały środkami, aby powstrzymywać rozpoczęcie budowy Gazociągu
Północnego. Dzisiaj ta możliwość już nie istnieje. Trzy lata temu
państwa europejskie mogły doprowadzić do odblokowania embarga na eksport
polskiej żywności do Rosji. Obecnie już nie. Polscy urzędnicy i
dyplomaci mogli bronić interesów swojego kraju w kontaktach z krajami
spoza UE. Utworzenie wspólnej unijnej dyplomacji pogrzebało tę szansę.
Ucierpią na tym głównie małe i średnie państwa UE, skazane już tylko na
wolę dużych, które dostały do ręki ogromny oręż – dyplomację europejską.
Kres suwerennej dyplomacji
W momencie wprowadzenia
embarga na polską żywność, w pierwszych tygodniach rządów Prawa i
Sprawiedliwości w 2005 roku, polska dyplomacja rozpoczęła przygotowania
do mobilizowania rządów innych państw UE, aby doprowadzić do cofnięcia
bezpodstawnego rosyjskiego zakazu. Mieliśmy instrumenty, aby próbować
wstrzymać rozwój kontaktów UE z Rosją, dopóki ten problem oraz inna
ważna dla nas sprawa – niepodpisanie przez Federację Rosyjska tzw.
protokołów tranzytowych Karty Energetycznej, nie zostanie wyjaśniona
przez Unię. Zagroziliśmy wstrzymaniem negocjacji w sprawie nowego układu
o partnerstwie UE – Rosja, gdyby inne unijne kraje dążyły do
porozumienia z Rosją ponad naszymi głowami. Moskwa próbowała łamać
solidarność europejską w sprawie odblokowania embarga na polską żywność –
zagroziła wprowadzeniem zakazu dla innych krajów UE. W czasie
grudniowych obrad Rady Ministrów ds. Rolnictwa w 2006 roku polska
delegacja uzyskała deklarację solidarności UE z naszym krajem i włączyła
się aktywnie w negocjacje Unii z Rosją w celu odblokowania embarga. W
sytuacji próby rozbicia solidarności europejskiej poprzez proponowanie
innym państwom kontraktów na produkty roślinne i mięsne oraz grożenie
embargiem pozostałym Polska dysponowała środkami budowania w ramach UE
koalicji poparcia dla naszych racji. Wszystko to w oparciu o zapisy
traktatu z Nicei. Bez tzw. dyplomacji unijnej, bez baronessy Catherine
Ashton, o której nikt wtedy nie słyszał, bez traktatu z Lizbony. Co
stanie się teraz, gdy mamy dyplomację unijną? Wystarczy, że jeden z
dużych krajów UE: Francja, Niemcy lub Wielka Brytania, przekona
baronessę Ashton, że należy zapomnieć o interesie Polski lub któregoś z
innych tzw. małych i średnich państw UE, abyśmy usłyszeli: w tej sprawie
nic nie da się zrobić, gdyż dyplomacja europejska uczyniła wszystko, a
Rosja się nie ugięła.
Kosztem mniejszych państw
Traktat
z Lizbony tak naprawdę wprowadził tzw. procedury wspólnotowe (Unia wie
lepiej, co jest dobre dla innych) i zniósł mechanizmy traktatu
nicejskiego zwane procedurami międzyrządowymi (rządy europejskie
negocjują wspólne stanowisko Unii). Tak oto międzyrządowe negocjacje
zostały zastąpione wiarą, że jeśli damy urzędnikom i dyplomatom w
Brukseli więcej władzy, to wszystko ułoży się lepiej. Dla dużych państw
może i tak, dla małych i średnich raczej nie. Europejska Służba Działań
Zewnętrznych to gigant na glinianych nogach. Dyplomaci unijni będą mieli
dużo więcej władzy niż do tej pory, ale nie będą bardziej skuteczni niż
dyplomacja 27 państw UE działająca wspólnie. Państwa spoza UE do tej
pory musiały dotrzeć do wielu państw Unii, szukać konsensusów, aby
zmienić politykę zagraniczną Wspólnoty. Teraz wystarczy dotrzeć do pani
Ashton lub któregoś z jej współpracowników. Paradoksalnie może się to
okazać łatwiejszym zadaniem dla zewnętrznych podmiotów niż dla wielu
państw europejskich.
Wspomnę jeszcze o jednym aspekcie – kadrowym.
Dawniej wystarczyło wysłać na placówki dyplomatyczne kilku energicznych
dyplomatów, aby uaktywnić prace urzędników i dyplomatów państwa
unijnego. Teraz jedynym elementem polityki kadrowej w sektorze
dyplomatycznym jest próba wciśnięcia „swoich” do struktur ESDZ. Francja,
Niemcy i Wielka Brytania posiadają już wysokich dyplomatów unijnych w
Brukseli. Nas żywi się na razie obiecankami. Dobry to przykład na to,
czym będzie dyplomacja europejska w przyszłości. Co do obietnicy o tym,
że TL wprowadzi większą demokratyczną kontrolę Parlamentu Europejskiego
nad urzędnikami, przypomnijmy uprzejmą prośbę europosłów skierowaną do
baronessy Ashton, aby kandydatów na ambasadorów UE przesłuchiwać na
posiedzeniu Komisji Spraw Zagranicznych PE. Odpowiedź pani Ashton była
krótka i „demokratyczna”: „Niet”. Nie będzie parlament mieszał się do
spraw, o których decydują urzędnicy. W efekcie urzędnicy unijni sami
będą się wybierać na europejskie placówki. Europosłowie przepchnęli
traktat z Lizbony i chwała im za to. Resztą zajmą się urzędnicy w
Brukseli.
Dariusz Sobków
