Rząd Tuska realizuje politykę Putina
Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie
Jagiellońskim, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”, rozmawia
Mariusz Bober
Pomnik z kosztownego granitu dla sowieckich
żołnierzy i brak woli należytego upamiętnienia prezydenta Polski i
innych ofiar katastrofy smoleńskiej – czemu służy polityka historyczna
Platformy Obywatelskiej?
– Tyle niechęci widać w ostatnich
działaniach obecnego prezydenta oraz innych funkcjonariuszy rządzącej
partii, w tym generalnego konserwatora zabytków m. st. Warszawy (na
pierwszą wzmiankę o inicjatywie upamiętnienia ofiar katastrofy
katyńskiej zareagował zapowiedzią wydania zakazu wzniesienia
jakiegokolwiek pomnika), że budzi to zażenowanie. To wszystko przypomina
jakąś szokującą groteskę. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę inicjatywę
odsłonięcia pomnika żołnierzy sowieckich, którzy zginęli w walkach z
Polakami podczas Bitwy Warszawskiej. Bronisław Komorowski wspierał taką
inicjatywę, jeszcze zanim został prezydentem. W tym przypadku
błyskawicznie zrealizowano pomysł wzniesienia całkiem okazałego pomnika.
W dodatku jego odsłonięcie zaplanowano dokładnie w 90. rocznicę Bitwy
Warszawskiej. Sprawa pomnika w Ossowie wpisuje się w nową politykę
historyczną obecnych władz wobec Rosji.
Politykę tzw. pojednania Platforma chce prowadzić na kolanach.
–
To przejaw tzw. nowego otwarcia na Rosję Putina zapoczątkowanego z
chwilą dojścia do władzy Platformy Obywatelskiej. Działania towarzyszące
tej polityce nasiliły się zwłaszcza podczas ubiegłorocznych obchodów
70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Znaczące było tu zwłaszcza
szokujące wystąpienie ministra spraw zagranicznych Radosława
Sikorskiego. Chodzi o jego artykuł w „Gazecie Wyborczej” będący swoistym
przywitaniem przybywającego do Polski premiera Rosji Władimira Putina.
Przypomnę, że Sikorski napisał, iż Rosja nigdy nie była tak bliska
wartościom demokratycznym świata zachodniego jak wówczas, czyli w 2009
roku. A przecież w ciągu 9 lat rządów Władimira Putina w Rosji zostało
zamordowanych ok. 300 dziennikarzy, wszystkie media elektroniczne
140-milionowego kraju zostały w komplecie podporządkowane dyspozycji
Kremla; armia rosyjska pozbawiła życia dziesiątki tysięcy Czeczeńców –
obywateli Federacji Rosyjskiej… Czy te właśnie standardy tak
zachwyciły ministra Sikorskiego? Szokujący był też aplauz dla
wystąpienia Władimira Putina na Westerplatte, które tylko „Nasz
Dziennik” i nieliczne media skomentowały adekwatnie do jego treści.
Przypomnijmy, że premier Rosji de facto usprawiedliwił sowiecką agresję
na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że porozumienie
sowiecko-niemieckie było naturalną konsekwencją „niesprawiedliwego”
traktatu wersalskiego. Putin w tamtym przemówieniu zwracał się
faktycznie nie do Polski, ale znów do Niemiec, przypominając, co
zawdzięczają one Rosji. Milczące przyjęcie przez stronę polską tego
wystąpienia oraz kolejnych porcji propagandowych kłamstw Putina w
Smoleńsku 7 kwietnia było również szokujące. Przypomnę, że na
konferencji prasowej po spotkaniu z premierem Tuskiem Putin wrócił do
oskarżeń wobec Polski o rzekome „wymordowanie” – i tu użył
„fantastycznej” liczby 35 tysięcy – jeńców rosyjskich pojmanych po
Bitwie Warszawskiej. W ten sposób wrócił do propagandowego chwytu
Michaiła Gorbaczowa, który nakazał rosyjskim propagandystom szukać
„anty-Katynia”, aby „zmiękczyć” wymowę sowieckiej zbrodni na polskich
oficerach z 1940 roku. Niestety, w ten schemat myślenia wpisuje się
pomnik wzniesiony sowieckim żołnierzom w Ossowie…
…który jest de facto pomnikiem polityki historycznej Władimira Putina.
–
Tak, ponieważ upamiętnia walczących z Polską czerwonoarmistów, i to nie
pod czerwoną gwiazdą, co byłoby zgodne z prawdą historyczną, ale pod
prawosławnym krzyżem. To całkowicie sprzeczne z historyczną prawdą o
Armii Czerwonej, ale doskonale zgodne z nową syntezą historyczną, jaka
jest tworzona w Rosji na zamówienie Kremla i rządu rosyjskiego. Polega
ona na tym, aby wszystkie podboje Związku Sowieckiego usankcjonować jako
kontynuację imperium rosyjskiego, by „biała” Rosja – w tym, co w niej
najgorsze, czyli imperializmie, zlała się w doskonałą jedność z
imperializmem sowieckim, ale już nie pod znakiem czerwonej gwiazdy,
tylko prawosławnego krzyża. Skrajna nieuczciwość tego zabiegu i budowy
pomnika w Ossowie polega m.in. na tym, że to nie była wojna prawosławia z
katolicyzmem, ani też na odwrót. To była wojna agresywnej ideologii
komunistycznej z całym Starym Światem. Szeregi Armii Czerwonej zasilali
nie tylko Rosjanie, ale także np. polscy komuniści, którzy walczyli
przeciwko swoim rodakom! Sowietów wspomagali też łotewscy ochotnicy,
dzieci luterańskich rodziców, Żydzi czy Kałmucy. Na pewno nie łączyło
ich prawosławie! Po polskiej stronie do walki z tą nawałą stanęli
przecież nie tylko Polacy, ale Ukraińcy, Białorusini, a także – i to
warto było raczej upamiętnić – Rosjanie antykomuniści spod znaku Borysa
Sawinkowa czy Stanisława Bułak-Bałachowicza. Z politycznych przyczyn
Bronisław Komorowski wolał jednak upamiętnić nie ich, ale żołnierzy
Armii Czerwonej – i to jako „prawosławne” ofiary. Ofiary wojny z Polską.
W Rosji odczytywane jest to natychmiast bezbłędnie: „nowe polskie
władze” gotowe są uczcić „rosyjskie” ofiary – te, które może nawet
usprawiedliwiają jakoś, a przynajmniej tłumaczą Katyń… Kto nie wierzy,
niech sięgnie do wydania moskiewskiego dziennika „Wriemia Nowostiej” z
17 sierpnia.
Czyli obecne władze Polski realizują politykę historyczną Rosji?
–
Nie oceniam intencji. Widzę skutki. Moim zdaniem, przyczynia się ona
faktycznie do realizacji polityki historycznej Rosji Putina. Wpisuje się
bowiem w tezy jej propagandy – że to Polacy są odpowiedzialni za śmierć
rosyjskich jeńców, dlatego budują im pomniki, uznają swoją winę. Tak to
już ujmuje kontrolowana przez Putina rosyjska prasa. Przedstawiciel
państwa polskiego, obecny prezydent, postanowił uczcić czerwonoarmistów
pomnikiem z wkomponowanym prawosławnym krzyżem, który czci żołnierzy
armii idącej na Warszawę, by zlikwidować państwo polskie! Ona szła po
to, by zrobić z Polaków bolszewików. Jeżeli więc teraz legalne władze
Polski stawiają pomnik armii bolszewickiej, a w dodatku „chrzczą” go
prawosławnym krzyżem, to nie tylko dokonują manipulacji historycznej
zgodnej z „polityką pamięci” Putina, ale zacierają sens polskich walk o
niepodległość, o Polskę w XX wieku! Jeśli bowiem stawiają pomnik Armii
Czerwonej, która chciała zlikwidować państwo polskie, to powstaje
pytanie: po co nasi przodkowie ginęli, stając w 1920 r. do obrony
Warszawy?
Przedstawiciele władz, w tym obecny sekretarz
generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert,
utrzymują, że w ten sposób chcieli upamiętnić jedynie ofiary walk…
–
Godny pochówek zmarłych jest ludzkim obowiązkiem. Warto jednak
przypomnieć kilka okoliczności. Po pierwsze, dlaczego państwo polskie
zadbało o efektowny, granitowy pomnik dla żołnierzy Armii Czerwonej, a
nie zdecydowało się na odnowienie skromnych, postawionych jeszcze przed
wojną betonowych krzyży polskich obrońców Ossowa i Europy? Po drugie, w
Rosji polskich cmentarzy wojennych, cmentarzy polskich ofiar
stalinowskich zbrodni nie buduje państwo rosyjskie – buduje je i
utrzymuje z polskich środków państwowych Rada Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa. Czy w Polsce pomniki żołnierzom Armii Czerwonej powinna
zatem także budować strona polska? Na pewno prosta mogiła żołnierska z
napisem: „Przyszli zdobywać Warszawę. Niech spoczywają w pokoju” –
należy się tym żołnierzom. Ale ważne jest również to, a przynajmniej
powinno być ważne dla państwa polskiego, czy ktoś zginął, bo szedł, by
zniszczyć Polskę, czy dlatego, że bronił naszego kraju przed wrogą
armią. Nowe władze państwowe Polski szybko i łatwo stawiają pomnik
żołnierzom, którzy szli zlikwidować państwo polskie. Jednocześnie bronią
się rękami i nogami przed upamiętnieniem demokratycznie wybranego
przywódcy państwa, czyli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął w
tym roku pod Smoleńskiem.
Ważniejsze staje się uczczenie tych, którzy przyszli zlikwidować Polskę, niż tych, którzy jej bronili.
–
Przypomnę w tym kontekście, że to Bronisław Komorowski był tym
parlamentarzystą w Sejmie kontraktowym, a także w Sejmie pierwszej
kadencji, który najostrzej spośród „solidarnościowych” posłów
protestował przeciwko przywróceniu daty 15 sierpnia jako Święta Wojska
Polskiego. Tłumaczył wtedy, jako nowy minister Obrony Narodowej, że to
święto nie odpowiada generalicji (odziedziczonej po Ludowym Wojsku
Polskim)… I teraz nagle okazuje się, że 15 sierpnia może być jednak
dobrą datą – dla upamiętnienia żołnierzy Armii Czerwonej. Budzi to co
najmniej zdziwienie.
Czy to oznacza, że obecne władze nie są w stanie wyartykułować zasad propolskiej polityki historycznej?
–
Trudno mi to w pełni ocenić. Będzie to łatwiejsze, gdy dobiegnie końca
czas obecnej władzy, a czas każdej władzy kiedyś się kończy… Ale można
już obecnie pokusić się o wstępne oceny. Wydaje się, że główna linia
tej polityki historycznej jest wytyczona w tekście Donalda Tuska
opublikowanym w odpowiedzi na ankietę tygodnika „Znak” w 1987 r.: „Co
pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten
wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych
urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z
bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu.
Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia,
pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię,
którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać… Piękniejsza od Polski jest
ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i
biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę
mitu. Sama jest mitem”. W tamtym wystąpieniu ówczesny 30-letni absolwent
historii z Uniwersytetu Gdańskiego, liberalny działacz gdańskiej
opozycji, zdefiniował swoją wizję polityki historycznej. Była to wizja
radykalnie przeciwstawiona przez Donalda Tuska temu, co nazywał
nienormalnością. A rozumiał przez to kultywowanie pamięci o walkach,
zwycięstwach, porażkach i ofiarach poniesionych dla polskości, co
symbolizuje właśnie Bitwa pod Grunwaldem czy Bitwa Warszawska.
Środowisko
PO twierdzi często, że w ten sposób walczy z fatalizmem w polskiej
historii, ale przecież Bitwa Warszawska jest przykładem wspaniałego
tryumfu.
– Tak, było to wielkie zwycięstwo nie tylko dla Polski,
ale także dla Europy. To nie była bezsensowna ofiara. Pamięć o Bitwie
Warszawskiej to nie anachroniczna martyrologia. Ta bitwa przyniosła
realny sukces: było nim samo utrzymanie państwa polskiego. Przecież bez
tej zwycięskiej bitwy nie byłoby II Rzeczypospolitej i dwudziestu lat
niepodległości – po 123 latach niewoli. Tamto dwudziestolecie przyniosło
nieporównywalnie więcej, choćby w dziedzinie kulturalnej, niż cała
historia ostatniego dwudziestolecia – III RP! Bez zwycięstwa w 1920 r.
nie byłoby utrwalenia dorobku Żeromskiego, Reymonta, nie byłoby
Iwaszkiewicza (innego niż ten z ody ku czci Bieruta) ani Leśmiana, nie
byłoby muzyki Szymanowskiego, nie byłoby przecież także sztuki Schulza,
ani nawet ironii Gombrowicza. Także dorobek ekonomiczny II RP był
bezsprzecznie pokaźniejszy w porównaniu z dwiema ostatnimi dekadami. Cóż
zostaje nam z tych ostatnich 20 lat poza blichtrem nowych banków i
sklepów oraz styropianami, którymi przykryto fasady blokowisk z PRL? Nie
mamy drugiej Gdyni! Przeciwnie, zrobiliśmy wszystko, by zlikwidować
gospodarcze znaczenie tej pierwszej, by zlikwidować nie tylko przemysł
stoczniowy, ale także szereg innych gałęzi przemysłu. Nie możemy być
dumni ze zreformowanej złotówki, bo przecież dążymy do tego, by jak
najszybciej zastąpić ją euro… Tamta ofiara w Bitwie Warszawskiej
została zamieniona na konkretną korzyść dla całego Narodu, dla milionów
Polaków. Polska pozostała Polską – wbrew zamiarom tej armii, której
żołnierzy uhonorować miał w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej nowy pomnik w
Ossowie.
Być może nie byłoby także polskiego Papieża…
–
Trudno sobie wyobrazić, by chłopiec urodzony w maju 1920 r. mógł
otrzymać katolickie wychowanie, gdyby bolszewicy opanowali Polskę. Nie
można redukować naszej historii jedynie do ofiar, którym odmawia się
sensu. Z nich wyrósł konkretny sukces Polski w wielu wymiarach. Być może
dziś nie rozmawialibyśmy ani w ten sposób, ani w ogóle w języku
polskim, gdyby Armii Czerwonej udało się podbić Polskę 90 lat temu.
Dziękuję za rozmowę.
