Życzę Polsce wolności i niepodległości
Fragmenty jednej z ostatnich rozmów ze zmarłą 16 sierpnia br. w
Waszyngtonie Zofią Korbońską, żoną i najbliższą współpracowniczką
Stefana Korbońskiego, polityka, działacza Polskiego Państwa Podziemnego,
uczestniczką Powstania Warszawskiego, redaktorem i spikerem polskiej
sekcji Głosu Ameryki, działaczką Kongresu Polonii Amerykańskiej,
przeprowadzonej przez Mateusza Szpytmę z krakowskiego oddziału IPN.
Pani
mąż Stefan Korboński był jedną z głównych postaci wojennego podziemia z
lat 1939-1945 oraz jednym z przywódców polskiej emigracji politycznej
po wojnie w Stanach Zjednoczonych. Jakie jego funkcje w Polskim Państwie
Podziemnym uważa Pani za najważniejsze?
– Mówiąc ogólnie, za
najważniejsze uważam to, że był on współzałożycielem Polskiego Państwa
Podziemnego i jego ostatnim szefem w najcięższym, końcowym okresie po
porwaniu 16 polskich przywódców przez Sowietów w marcu 1945 roku. W
ramach PPP mój mąż był m.in. szefem Kierownictwa Walki Cywilnej z
ramienia Komendanta Głównego AK i Delegata Rządu na Kraj.
Organizowaliśmy wówczas m.in. łączność radiową z Rządem Rzeczypospolitej
Polskiej na Uchodźstwie, dostarczaliśmy regularnie (najczęściej
codziennie) wiadomości dla radiostacji „Świt”, która nadając z Londynu, z
powodzeniem udawała, że nadaje z kraju. Stefan był także organizatorem
cywilnego wymiaru sprawiedliwości oraz inicjatorem i współautorem
kodeksu postępowania Polaka pod okupacją.
Pomagała Pani mężowi
we wszystkich działaniach, a szczególnie przy łączności z Rządem
Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Na czym polegała Pani praca?
–
Praca z radiostacją to było moje główne codzienne zadanie. Była to
przede wszystkim robota typowo radiowa, która zajmowała mnóstwo czasu.
Trwała ona od momentu, gdy stworzyliśmy w Kierownictwie Walki Cywilnej
własną łączność radiową aż do samego końca wojny, a nawet i dłużej.
Szyfrowanie, odszyfrowywanie. Moja praca polegała na tym, że w
początkach organizacji tej łączności radiowej z Londynem byłam – jak to
się mówi – „do wszystkiego”, tzn. do przewożenia sprzętu, omawiania
planów, przeprowadzania prób w towarzystwie męża i jego
współpracowników. W miarę postępu musiałam najpierw nauczyć się sama
szyfru, jaki dostaliśmy do dyspozycji, a następnie dokooptować kilka
pomocnic do szyfrowania i rozszyfrowywania depesz. Zajmowałam się
również obserwacją okolicy w czasie, gdy radiostacja nadawała. Dodatkowo
często przychodziło mi karmić naszą załogę, no i pomagałam mężowi w
jego codziennej pracy pozaradiowej, przede wszystkim pisałam na
maszynie.
Pamięta Pani, które z najważniejszych depesz były szyfrowane przez Panią osobiście?
–
Szyfrowałam lub rozszyfrowywałam wszystkie depesze poufne zarówno w
jedną, jak i w drugą stronę. Dla przykładu depesze o miejscu kwatery
Hitlera, depesza o V2. A także te, które były mniej tajne, jak np.
depeszę dotyczącą likwidacji getta warszawskiego.
Po wyparciu Niemców, podobnie jak innych bohaterów podziemia, zamiast orderów czekało Państwa więzienie…
–
Zamiast radości z wyparcia Niemców – gorycz nowej okupacji. Możemy być
jednak szczęśliwi, że nie podzieliliśmy losu naszych kolegów z podziemia
i nie zostaliśmy wywiezieni do Związku Sowieckiego. Stefan nigdy Rosji
nie wierzył i ponieważ nie dostał rozkazu (jedynie go do tego
zachęcano), by spotkać się z Sowietami w Pruszkowie, to nie poszedł na
to spotkanie. Dzięki temu uniknął aresztowania, a być może i śmierci. My
zostaliśmy aresztowani kilka miesięcy później, 29 czerwca 1945 r. w
Krakowie. Jednym z najboleśniejszych dla mnie wspomnień jest głośne
zatrzaśnięcie bramy aresztu w Krakowie, gdzie nas osadzono. Dostaliśmy
się w ręce UB i ich sowieckich doradców. Na szczęście komuniści,
łagodząc na moment politykę wobec ludowców, wypuścili nas. Stefan
zaangażował się całkowicie w działalność Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Został m.in. szefem stołecznego PSL, Rady Naczelnej, a w 1947 r. wszedł
w skład Naczelnego Komitetu Wykonawczego – najściślejszego grona
kierowniczego PSL. Pozwolono mu nawet znaleźć się w Sejmie, po
sfałszowanych wyborach ze stycznia 1947 roku. Stało się to możliwe,
podobno, dzięki Jakubowi Bermanowi, który miał powiedzieć, że „mimo
reakcyjnej działalności w czasie wojny ratował Żydów”. Jednak gdy
komuniści przystąpili do likwidacji jawnie działającej opozycji – w
związku z pracą konspiracyjną w czasie wojny, aktywnością w PSL oraz
odważnymi wypowiedziami w Sejmie, planowali jego aresztowanie i pokazowy
proces. Uciekliśmy więc z Polski.
Które spośród podejmowanych przez Państwo zadań na emigracji uważa Pani za najważniejsze?
–
Najważniejszy był przede wszystkim ACEN – Zgromadzenie Europejskich
Narodów Ujarzmionych, które powstało m.in. z inspiracji mojego męża,
który początkowo był szefem polskiej delegacji, a potem przez wiele lat
szefem całego zgromadzenia. Dodać należy, że tworzyli je ludzie, którzy
mieli mandaty swoich społeczeństw z 9 krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Za bardzo ważne uważam także pisarstwo męża. Jest autorem 10 książek
oraz wielu tekstów publicystycznych. Ja pracowałam od 1948 r. w polskiej
sekcji Głosu Ameryki. Nie była to zwykła rozgłośnia, ale instytucja
rządowa służąca do walki w zimnej wojnie z Rosją sowiecką. Zimna wojna
trwała kilka ładnych lat i przez ten długi czas pełniłam tam stanowisko
redaktora oraz spikera, co było dla mnie dużą satysfakcją, gdyż
pozwalało na kontynuowanie pracy w duchu, w jakim pracowałam w Polsce.
Byłam dzieckiem wojny i nim pozostałam.
Czy miała Pani dowody na to, że ktoś w kraju Panią słucha?
–
O, bardzo liczne! Dostawałam mnóstwo przemycanych listów od
najróżniejszych osób. Zdarzały się także prezenty, np. wypchana kukła
Rokossowskiego lub bransoletka od lotników polskich, którym podobał się
nie tylko mój głos, ale także to, o czym mówiłam. A komuniści poświęcili
Głosowi Ameryki całą książkę, nazywając mnie w niej „słowikiem w złotej
klatce amerykańskich rekinów”.
Nie bali się Państwo, że komuniści, mając „długie ręce”, będą próbowali Państwa zabić? Chcieli porwać Pani męża…
–
Jeżeli nie baliśmy się, że zabiją nas Niemcy, to nie baliśmy się też
komunistów. Nie odczuwałam wobec nich szczególnego strachu, tak samo jak
podczas okupacji niemieckiej. Uważałam, że to wielkie szczęście, jeśli
można się narażać. Względem komunistów miałam jednak inne uczucia niż
względem Niemców. Komuniści wytwarzali poczucie lęku, a ja to traktuję
jak zamach na moją duszę. Na emigracji oczywiście obawialiśmy się o
nasze życie, ale to było niczym w porównaniu z tym, co działo się w
Polsce. Gdy w czasach stalinowskich Stefan jechał do Berlina
Zachodniego, to bardzo się o niego bałam. Jeździł tam uzbrojony w ręczny
nóż. W kwietniu 1953 r. nastąpiła próba porwania, ale jego były
przyjaciel z czasów okupacji, który miał go zwabić, w ostatniej chwili
zdradził mu, co ma się stać.
Czy mieli Państwo kontakty z opozycją w kraju, a od 1980 r. z „Solidarnością”?
–
Śledziliśmy z największą uwagą powstawanie „Solidarności”, tak jak i
śledziliśmy wcześniej działalność KOR, gdyż były to oznaki nadchodzącej
nowej epoki. „Solidarność” była dla nas kontynuacją dążeń
niepodległościowych, takich jak za Niemców i Sowietów. Powodem wielkiej
radości i cichej nadziei było to, że wyrośnie z tego potężny ruch
wolnościowy, podobnie jak to się stało w 1945 i 1946 r. z PSL. W tej
pierwszej bitwie o niepodległość z Sowietami przewodzili wprawdzie
ludowcy, ale był to ruch ogólnonarodowy z udziałem wszystkich warstw
społecznych. Mieliśmy tylko nadzieję, że jego działalność zakończy się
sukcesem, a nie – jak w przypadku PSL – jego zniszczeniem. Przeżywaliśmy
szaloną radość z powodu „Solidarności”. Pamiętam doskonale, jak
początkowo przybysze z „Solidarności” przyjeżdżający do USA wypierali
się, mówiąc, że nie jest to ruch polityczny, a jedynie zawodowy.
Rozumieliśmy jednak, że mówi się to z przymrużeniem oka. Jeden z młodych
przywódców „Solidarności” zapewniał męża, że są ruchem robotniczym i
niczym więcej. Mąż odpowiedział, że to i tak będzie ruch polityczny, ale
dodał: „rozumiem, że nie można o tym mówić głośno”. Przychodzili czasem
do męża prosić o kontakty z administracją Białego Domu. W
„Solidarności” był stary przyjaciel męża, Ludwik Cohn. Na temat
„Solidarności” stale przynosiłam do domu wiadomości z Głosu Ameryki;
działacze związkowi przemawiali przez nasze radio. Pamiętam, że pod
koniec 1981 r. byliśmy na przyjęciu u Billa Toneska, byłego attaché
wojskowego w ambasadzie USA w Warszawie. Był na nim obecny także Richard
Davies, ambasador USA w PRL, i kilku znanych w Waszyngtonie polityków
polskich i amerykańskich. Głównym tematem rozmów była sytuacja w Polsce.
Stawiano prognozy, większość amerykańskich gości, w tym Richard Davies i
kilku kongresmenów, było zdania, że ze strony sowieckiej inwazja nie
grozi; inni – w tym nasz gospodarz – uważali, że nie jest to wcale
wykluczone. Mój mąż twierdził, że nie ma wprawdzie niepodważalnych
dowodów, ale jest przekonany, że jeśli Sowieci uznają sprawę z Polską za
zagrażającą w danej chwili żywotnym interesom Moskwy, to mogą uderzyć
na Polskę. Nazajutrz rano dostaliśmy wiadomość, że łączność z Polską
została przerwana i wprowadzono środki alarmowe. Ogłoszono stan wojenny.
Przeżywaliśmy wszystkie te wydarzenia związane ze stanem wojennym może
nawet intensywniej niż Polacy w kraju, gdyż znaliśmy już smutny fakt –
Jałta nas czegoś nauczyła.
Czego życzyłaby Pani dzisiaj Polsce i Polakom?
– Tego, czego życzę i sobie – a więc wolności i niepodległości.
Dziękuję za rozmowę.
