Wiedział, że zmierza do Nieba

14 sierpnia 1940 r. ojciec gwardian Maksymilian Kolbe był w
Niepokalanowie. Nie wiedział, że rozpoczyna ostatni, czterdziesty siódmy
rok życia, które zakończy się w 1941 r., kiedy ofiaruje siebie za
innego człowieka, za współwięźnia. Ta decyzja o złożeniu najwyższej
ofiary na wzór Chrystusa rozpoczęła prawie dwutygodniowe męczeństwo.
Dopełniło się ono, gdy wątła nić jego ziemskiego życia została
ostatecznie przecięta zastrzykiem trucizny 14 sierpnia 1941 r. w bunkrze
głodowym nr 11, w bloku nr 18, w niemieckim obozie koncentracyjnym w
Auschwitz.

Wiedział, że zmierza do Nieba. Wyjawiła mu to
Matka Boża w widzeniu, które miał w Japonii zapewne około roku 1933.
Kiedy opowiadał o tym braciom w Niepokalanowie 10 stycznia 1937 r., nie
przekazał dokładnej daty tej wizji, ale powiedział, że wie od
Niepokalanej, iż ma „z całą pewnością Niebo zapewnione”. Zawsze mówił
prawdę, nic innego jak tylko prawdę, zatem i to była prawda. Jakież
szczególne musiało być życie człowieka, który wiedział z całą pewnością,
że zmierza do Nieba. Jakiż wewnętrzny pokój, jakie zupełne zdanie się
na wolę Boga, oraz na wolę Niepokalanej – jak natychmiast sam by
dodał…
14 sierpnia 1940 r. – wigilia uroczystości Wniebowzięcia
NMP, którą o. Maksymilian obchodził ze szczególnym nabożeństwem, aby
przygotować się do wielkiego święta Matki Bożej – przypadał wówczas w
środę, w zwykły dzień roboczy.

Co robił ojciec Kolbe tego dnia?

Wstał
jak zwykle o godz. 5.00 rano. A poprzedniego wieczoru, a zapewne raczej
długo w nocy, przygotowywał nowe konferencje i homilie, pisał listy i
szkicował artykuły do „Rycerza Niepokalanej”, którego wydawanie
przerwała wojna, ale on chciał go mimo wszystko znów publikować.
Oczywiście
tego dnia, jak zawsze zresztą, modlił się o wyznaczonych porach
Liturgią Godzin, w trakcie Mszy Świętej. Nieustannie odmawiał Różaniec,
wszystkie jego trzy części (od Jana Pawła II otrzymaliśmy dar czwartej
części). Maksymilian stale wzbudzał akty strzeliste do Niepokalanej, był
ciągle zanurzony w Bogu i oddawał mu całą swoją wolę, każdą myśl, każdą
czynność przez ręce Niepokalanej. Po pierwszej części dnia poświęconej
bez reszty modlitwie indywidualnej oraz wspólnotowej, której przewodził,
następowały przesycone myślami skierowanymi ku Bogu zwyczajne czynności
gwardiana. A było ich bardzo wiele.
Na pewno jak każdego dnia
obszedł całe spore miasteczko, jakim już wtedy był Niepokalanów.
Zwłaszcza w dziale gospodarczym tętniła praca, dzięki której możliwe
było zaspokojenie potrzeb braci i tysięcy ludzi, którym klasztor
udzielał schronienia. Zaopatrzenie nie było wcale zadaniem łatwym,
zwłaszcza że bazowano na darach zebranych z okolicznych majątków
ziemskich, a także na produktach żywnościowych zakupionych na targach.
Trzeba było przygotowywać i rozdzielać tysiące posiłków. W
Niepokalanowie funkcjonowały: ogromna kuchnia, pralnia, „szewczarnia”
(jak o. Maksymilian nazywał warsztat szewski), „krawczarnia” (pracownia
krawiecka), ślusarnia, w której naprawiano wszystko, począwszy od
zegarków, poprzez rowery, na narzędziach rolniczych okolicznej ludności
skończywszy. Pełną parą działała stolarnia, bracia doglądali także
pasieki, z której zaopatrywano zakon w cenny miód. Stale w pogotowiu
była straż pożarna. Tylko drukarnia stała. Niemcy zaplombowali maszyny.
Ojciec Maksymilian zarządzał całym tym wielkim gospodarstwem duchowym i
materialnym, a pracowało w nim wówczas około 300 ojców i braci. W
sierpniu 1939 r. było ich 700, ale zaraz na początku wojny, wypełniając
wolę przełożonych, o. Maksymilian umożliwił im wybór: pozostać, wstąpić
do służby sanitarnej w wojsku albo wrócić do domów. Rozeszli się. Ale
wielu z nich powróciło.
Może tego dnia któryś z ojców lub braci
zatrzymał o. Maksymiliana na jakiejś ścieżce i po raz kolejny prosił go,
wręcz zaklinał, aby, póki jeszcze czas, usunął się gdzieś z
Niepokalanowa, ukrył się, utrzymał swoje życie dla Niepokalanej, zakonu,
Kościoła, Polski. Ojciec niezmiennie łagodnie odpowiadał, że jego
miejsce jest w zagrodzie Niepokalanej, a wszystkie inne decyzje podejmie
za niego właśnie Ona i przełożeni, którzy reprezentują wobec niego, w
imię „świętego posłuszeństwa”, wolę Bożą.
W ciągu dnia zapewne
zajrzał także do chorych. Powiedział kiedyś braciom (4 listopada 1936
r.), że czuwanie nad chorymi to jeden z „najważniejszych działów pracy”
Niepokalanowa. Na pewno odwiedził swoich nowych podopiecznych – jak
wiadomo już we wrześniu 1939 r. o. Maksymilian otworzył Niepokalanów dla
uciekinierów, wypędzonych, wysiedlonych, chorych, w tym dla rannych
żołnierzy polskich i niemieckich. Narodowość nie miała dla niego
znaczenia. Dawał im dach nad głową, karmił, leczył. Tę jego opiekuńczą
działalność przerwało aresztowanie przez Niemców 19 września. Wraz z
grupą 38 braci został wywieziony do Niemiec, był przetrzymywany w
tamtejszych obozach. Po uwolnieniu i powrocie 8 grudnia 1939 r. o.
Maksymilian uczynił z Niepokalanowa ogromny ośrodek opieki nad ofiarami
wojny. Okresowo gościł przeszło trzy tysiące ludzi, w tym półtora
tysiąca Żydów, którym jawnie zapewniał schronienie, za zgodą
okupacyjnych władz niemieckich, a dodatkowo ukrywał w tajemnicy kilka
rodzin żydowskich poszukiwanych przez gestapo. Żydzi zostali wywiezieni
przez Niemców na przełomie lutego i marca 1940 roku. Zatem w sierpniu
1940 r. nie było ich już w Niepokalanowie, choć nadal przebywało tam
ponad dwa tysiące Polaków. Ojciec Maksymilian troskliwie o nich dbał.
Zorganizował im własny samorząd, który czuwał nad bezpieczeństwem,
dyscypliną i higieną. Dla dzieci, które także tam były, urządził w
czerwcu 1940 r. uroczystą Pierwszą Komunię Świętą.
Sierpniowego
dnia, jak każdego innego, było też na pewno wiele zwyczajnych czynności
gwardiana: odbierał sprawozdania od braci kierowników poszczególnych
działów pracy, wydawał polecenia, podejmował różnego rodzaju decyzje,
przyjmował interesantów z klasztoru i z zewnątrz, prowadził rozmowy z
braćmi na tematy duchowe, a wieczorem pogadanki w trakcie rekreacji i
tak dalej, i tak dalej.

Radość z „Rycerza” i męczeńska droga

Co
czekało o. Maksymiliana w ostatnim roku jego życia? Wielka radość z
wydania „Rycerza Niepokalanej” na Boże Narodzenie 1940 roku. Istotnie,
po długich i uporczywych staraniach uzyskał zgodę Niemców na wydanie
jednego numeru na Święta Narodzenia Pańskiego 1940 roku. Dziś wiemy, że
szalony entuzjazm, z jakim ten numer został przyjęty w całym kraju, był
jedną z ostatnich kropli, które przelały czarę nienawiści władz
niemieckich do o. Maksymiliana. Był przecież wydawcą pism, które
krzewiły zarówno wiarę, jak i patriotyzm, a przed wojną zamieszczały
karykatury Hitlera. Założyciel najpoczytniejszego przed wojną pisma był
jednym z najpoważniejszych przywódców duchowych Narodu – wielkim
autorytetem moralnym, przełożonym największego w Polsce, a także
największego na świecie klasztoru, znanym misjonarzem, katolickim
wydawcą, którego publikacje osiągnęły w 1938 r. zawrotną liczbę 16
milionów egzemplarzy. W 1939 r. sam „Rycerz Niepokalanej” wydawany był
co miesiąc w nakładzie miliona sztuk.
W nadchodzącym roku śmierci
czekały o. Maksymiliana kolejne stacje drogi ku czerwonej koronie
męczennika, którą obiecała mu Matka Boża: aresztowanie w Niepokalanowie
(wraz z czterema ojcami) i uwięzienie na Pawiaku w Warszawie 17 lutego
1941 r.; osadzenie w Auschwitz 28 maja 1941 r.; śmierć w bunkrze
głodowym w Auschwitz 14 sierpnia 1941 roku.
Obecnie, 14 sierpnia 2010
r., rozpoczynamy rok szczególnej pamięci o tych wydarzeniach sprzed
siedemdziesięciu lat. Warto jeszcze raz sięgnąć do pism św.
Maksymiliana, do książek o nim i znaleźć różne formy i sposoby
przypominania jego życia, dzieła i śmierci. Warto myślą, modlitwą,
medytacją wracać do jego nauki oraz przykładu. Warto uczyć się od niego
niezłomnej wiary, dziecięcej nadziei i bezwzględnej miłości do
wszystkich ludzi bez wyjątku.

prof. Kazimierz Braun

Profesor
dr hab. Kazimierz Braun, reżyser, pisarz, uczony. Autor dwóch dramatów o
św. Maksymilianie Kolbem: „Maximilianus” i „Cela ojca Maksymiliana”,
opublikowanych przez Franciszkańskie Wydawnictwo „Bratni Zew” w Krakowie
w 2010 roku.

drukuj