Bogatynia po prezydenckim nalocie
Na Dolnym Śląsku trwa wielkie sprzątanie po powodzi. W akcji pomocowej
uczestniczą żołnierze, strażacy, a także wolontariusze. Caritas przekazała
wczoraj pierwszą część pomocy żywnościowej. Mieszkańcy Bogatyni oceniają też
wizytę prezydenta i marszałka Sejmu, odbierając ją jako kolejny polityczny lans
władzy, która chce pokazać swoją troskę i to, że w sytuacjach krytycznych jest
blisko ludzi. Znacznie bardziej byliby zadowoleni, gdyby do gminy skierowano
konkretne pieniądze i więcej ludzi do pracy.
Mieszkańcy Bogatyni, którzy ucierpieli podczas powodzi, nie przywiązują wielkiej
wagi do wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego i marszałka Grzegorza
Schetyny. Jak twierdzą, mają tyle spraw na głowie związanych ze sprzątaniem
domów i mieszkań, że nie chcą się już bardziej denerwować. Nie bardzo też dają
wiarę obietnicom rzucanym przez władze na prawo i lewo.
Marek Sobieski z dzielnicy Markocice powiedział "Naszemu Dziennikowi", że
osobiście się z prezydentem nie spotkał, ale miałby mu kilka spraw do
przekazania. Chodzi o niedawną wizytę ministra Jerzego Millera, który zdaniem
mieszkańców zachował się niegodnie, zarzucając burmistrzowi miasta brak
inicjatywy. – Jeżeli tacy ludzie jak minister Miller mają przyjeżdżać do
Bogatyni i tylko psuć nastrój, to lepiej niech siedzą wygodnie w Warszawie. To,
co powiedział on na temat naszego burmistrza, to trudno nawet skomentować. To
największa głupota, jaką minister mógł powiedzieć. Uważam, że burmistrz się
spisał na medal. Nikt nie przeżył takiej katastrofy w ciągu pół godziny.
Niektórzy przygotowywali się dobę, dwie, a u nas trwało to 30 minut. Takiego
żywiołu nikt by nie przewidział i nic by temu nie zaradził – argumentuje Marek
Sobieski. Jak twierdzi, woda zalała mu niewiele, ale są tacy, którzy nie mają
domu, dlatego chce pomagać innym. – Mam zalane piwnice, ale to bajka, wszystko
się odbuduje, nie ma co płakać. Liczymy na pomoc rządu, jest nowy prezydent i są
obietnice; zobaczymy, jak się spisze. W końcu jeszcze niedawno krzyczał: "Zgoda
buduje!". No to zobaczymy, co i jak. W Bogatyni prezydent Komorowski usłyszał od
ludzi: "Mniej słów, więcej czynów". Może weźmie to sobie do serca – dodaje
Sobieski.
Przyjechali, zobaczyli, pojechali
Jak podkreśla Jerzy Wiśniewski, władza jaka jest, każdy widzi, dlatego
specjalnie niczego nie oczekuje – zwłaszcza od tego rządu. – Poznamy tę wizytę
po owocach. Będziemy szczęśliwi, jeżeli Sejm i Senat zatwierdzą specustawy i
może coś z tego wyjdzie. Obawiamy się jednak, że za chwilę będziemy sami. Tak
było przecież w maju czy czerwcu, kiedy premier czy wówczas marszałek Komorowski
pojawiali się na wałach, przeszkadzali ludziom w ciężkiej pracy i robili sobie
zdjęcia. Później zniknęli, a wraz z nimi obiecana pomoc – skarży się mieszkaniec
Bogatyni, którego matka ucierpiała podczas powodzi. Krytycznie ocenia działania
władz, które od wielu lat nie zrobiły nic, by zabezpieczyć tereny zagrożone
powodzią. – Są plany, ale nie są one realizowane, tymczasem wylewają wciąż te
same rzeki i nikt z tym nic nie robi. W Bogatyni po wielekroć już od
dziesięcioleci mówimy o uregulowaniu Miedzianki, ale nikt w województwie ani
wyżej nic nie robi w tym zakresie. Teraz też nic się nie zmieni. Tylko na razie
mamy święto pomocy, a potem emocje opadną, a sprawa ucichnie do następnej
tragedii. Oby nie – mówi Wiśniewski. Jego zdaniem, godna podkreślenia jest
natomiast postawa ludzi, którzy choć sami są poszkodowani, to jednak pomagają
innym. – Dobrze byłoby, żeby nasi rządzący przyjrzeli się takim zachowaniom –
może czegoś by się nauczyli – zwraca uwagę mieszkaniec Bogatyni.
Dorzecze Miedzianki jak po tsunami
Najbardziej ucierpieli mieszkańcy z dorzecza Miedzianki, łącznie ok. 4 tys.
osób. Ci, którzy mieszkali wyżej, są mniej poszkodowani. Wśród nich jest Józef
Banasiewicz, który nie był na spotkaniu z prezydentem Komorowskim, bo jak mówi,
ktoś musiał wydawać ludziom wodę. Widział natomiast fragmenty konferencji
prasowej i jak twierdzi, niewiele poza słowami z tego wynika. – Ta wizyta nie
przyniosła nic konkretnego. Przyjechali, zobaczyli, pokazali się w mediach i
myślę, że o to tylko chodziło. To, czy prezydent będzie chciał, czy nie podpisać
przygotowaną specustawę, mógł powiedzieć w telewizji, nie musiał tu przyjeżdżać.
Poza tym nie przedstawił właściwie żadnych konkretów. Zachował się nijak. To po
co i z czym do nas przyjechał? – pyta rozmówca "Naszego Dziennika". Jego
zdaniem, takie wizyty, z których nic nie wynika, które nie pociągają za sobą
konkretnego wsparcia finansowego – a właśnie takie jest teraz najbardziej
potrzebne – nie mają w ogóle sensu. Ludziom nawet trudno oceniać pomoc rządową,
bo nie widzieli jej jeszcze na oczy. – Na razie od rządu nie mamy nic. To, co
jest, uruchomili wojewoda, różne instytucje, Caritas, wojsko i wielu ludzi
dobrej woli. Liczymy, że Sejm przyjmie zmiany w specustawie i wtedy będziemy
mogli rozmawiać o konkretach – mówi z nadzieją Józef Banasiewicz.
Straty idą w setki milionów
Ustępująca woda odsłania rozmiar zniszczeń, które można będzie liczyć w setkach
milionów złotych. Oczekiwania są duże, bo oprócz doraźnej pomocy, jak: sprzęt
sanitarny, środki czystości, narzędzia do prowadzenia prac porządkowych, grabie,
łopaty, a także ubrania, potrzebne jest systematyczne wsparcie finansowe. Do
Bogatyni wciąż dociera pomoc ze strony różnych instytucji z całej Polski.
Potrzeby są wciąż ogromne. Wczoraj Caritas przekazała ponad 20 ton żywności, w
tym konserwy i zupy. To pierwszy tak duży transport. Łącznie do Bogatyni Caritas
w najbliższych dniach przekaże ponad 80 ton darów, które trafią do najbardziej
potrzebujących. Na terenach zalewowych ruszyły szczepienia ochronne przeciwko
tężcowi i durowi brzusznemu.
Wczoraj w pobliżu Kopalni Węgla Brunatnego "Turów" znaleziono ciało kobiety.
Wiele wskazuje na to, że jest to kolejna, czwarta już, ofiara powodzi na Dolnym
Śląsku. Przypomnijmy, że wśród ofiar jest strażak OSP z Gronowa, którego fala
porwała podczas zabezpieczania mostu w okolicach Radomierzyc.
Tymczasem fala wezbraniowa na Nysie Łużyckiej zaczęła docierać do Odry. Nie ma
jednak zagrożenia powodziowego. Powyżej stanu alarmowego utrzymywała się tylko
rzeka Bóbr, która przybrała po intensywnych opadach.
Mariusz Kamieniecki
—————————————————————
Powodzianie do Komorowskiego: Przeproś burmistrza!
Z Jerzym Grzmielewiczem, burmistrzem Bogatyni, rozmawia
Mariusz Kamieniecki
Prezydent Komorowski jak ognia unikał pytań dziennikarzy o to, z czym
przyjechał do Bogatyni. Dowiedział się Pan od niego może czegoś więcej?
– Ciężko mi się odnosić do czyichś słów, tym bardziej do czyichś deklaracji. Mam
jedynie nadzieję, że nie będą to tylko czcze obietnice, bo rzeczywiście tak to
zabrzmiało. Prawdę mówiąc, wyglądało to tak, jakby ktoś przyjechał do chorego,
poklepał go po ramieniu, powiedział, że będzie dobrze i odjechał. Liczę, że
zgodnie z obietnicami, dotrze do nas poważna pomoc, bo tu nie słowa, ale grube
miliony złotych są potrzebne, i to od zaraz.
Jak mieszkańcy oczekujący na prezydenta i marszałka przyjęli fakt, że po
posiedzeniu sztabu kryzysowego w urzędzie miasta wyszli oni tylnym wyjściem,
uciekając przed ludźmi?
– Kiedy zobaczyłem, jak prezydent Komorowski i marszałek Schetyna wychodzą
tylnym wyjściem, myślałem, że się spalę ze wstydu, choć tak naprawdę to nie ja
powinienem czuć się nieswojo. Ludzie krzyczeli: "Przeproś burmistrza!". Mówili,
że nie pozwolą, by ktoś obrażał burmistrza i mieszkańców Bogatyni.
Uściślijmy może, że dotyczyło to słów krytyki, jakie kilka dni temu
wypowiedział minister Miller, zarzucając Panu brak inicjatywy i nieskuteczność.
Prezydent i marszałek Sejmu byli jednak pod wrażeniem dobrze wykonywanej pracy.
Czy teraz czuje się Pan przynajmniej częściowo zrehabilitowany?
– Rzeczywiście, podczas konferencji prasowej prezydenta Komorowskiego i
marszałka Schetyny padły słowa o świetnej organizacji pracy. W tym świetle oraz
w świetle faktów krytyka szefa MSWiA pod moim adresem nie znajduje uzasadnienia.
Moim zdaniem, to, co zrobił minister Miller, widząc rozmiar zniszczeń, kopiąc
mnie i pogrążone miasto, jest po prostu zwykłym świństwem. Należę do trochę
innego świata i uważam, że wykorzystywanie czyjegoś nieszczęścia do jakichś
rozgrywek jest stanowczo nie na miejscu. Jerzy Miller, choć zarządza tak
poważnym resortem, kompletnie nie orientuje się w topografii. On po prostu nie
odróżnia Nysy Łużyckiej od Miedzianki, która jest rzeką górską, jeśli uważa, że
powódź w Zgorzelcu i Bogatyni jest tym samym. Tymczasem to były dwie różne
powodzie, dwa różne, nieporównywalne zjawiska. Czym innym jest to, co się stało
u nas, na Miedziance, a czym innym to, co miało miejsce na Nysie Łużyckiej. Na
Nysie była powódź, woda wylała i stała, a u nas nastąpił niespotykany przepływ
górskiej rzeki, który niszczył wszystko. Skoro pan minister uważa, że nad tym
wszystkim można było zapanować, to jestem pod wrażeniem. Ciekawe tylko, jak on
zachowałby się na naszym miejscu. Pytam, co by zrobił, widząc dramat, który
rozegrał się w ciągu kilku minut, kiedy przerażeni ludzie wyskakują z okien, jak
machają prześcieradłami, błagając o pomoc. Czy wtedy zapanowałby nad tym
żywiołem?
Na konferencji prasowej padły zapewnienia, że Bogatynia nie jest sama.
Uzyskujecie pomoc od państwa, czy jest ona wystarczająca?
– Pomocy państwa jako takiej na dzisiaj praktycznie nie ma. Nikt nie zwrócił się
do nas np. w związku z przekazaniem czy chociażby obietnicą przekazania środków,
co pozwoliłoby nam przygotować zamówienie publiczne lub szukać kontrahenta na
budowę, dajmy na to, stu mieszkań. Mając takie zabezpieczenie i pewność
wsparcia, moglibyśmy planować i ruszyć w kwestii budowy mieszkań dla tych,
którzy stracili dach nad głową. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca,
przynajmniej na razie, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Natomiast chcę
wyrazić uznanie dla wojska. Jego pomoc jest nieoceniona. To, co żołnierze dla
nas robią, jest naprawdę czymś wspaniałym i godnym podkreślenia. Wojsko jest
przy tym apartyjne. Żołnierzy nie interesują różne zależności czy podziały
partyjne. Oni podwijają rękawy i pracują. A do tego są doskonale przygotowani
logistycznie. Z tego jestem bardzo zadowolony i wdzięczny. Dziękuję też
wszystkim innym, którzy nam pomagają w różny sposób.
Co konkretnie wynika z wizyty w Bogatyni prezydenta i marszałka Sejmu?
– Trzeba by o to zapytać prezydenta i marszałka. Jednak tak naprawdę z tej
wizyty dla nas nie wynika nic. Nawet mieszkańcy, z którymi rozmawiam, nie
oczekują niczego od rządu i prezydenta. Uważają, że jeżeli sami sobie nie
poradzą, to nikt im nie pomoże. Po prostu nie wierzą w to, że doczekają się
konkretnego wsparcia. Twierdzą z rozgoryczeniem, że za parę dni media, telewizja
i wszyscy inni rozjadą się do domów, sprawa ucichnie, a oni zostaną sami i będą
musieli sobie radzić.
Dużo się mówi o zmianie specustawy powodziowej, która umożliwi pomoc dla
Bogatyni…
– Ta ustawa to powrót do pomysłów, które były jeszcze za poprzedniego rządu.
Szkoda tylko, że na skutek krótkowzroczności obecnych władz w pierwotnej wersji
ograniczono ją jedynie do poszkodowanych w majowej i czerwcowej powodzi. Prawdę
mówiąc, nie mam możliwości ogarnąć tego wszystkiego, co dzieje się na zewnątrz,
zwłaszcza w polityce. Teraz cały czas myślimy o Bogatyni, zwłaszcza że na dzień
dzisiejszy nie ma jeszcze konkretnej koncepcji odbudowy miasta ze zniszczeń.
Prawdopodobnie trzeba będzie zacząć od regulacji rzeki Miedzianki. Dopiero
wówczas, kiedy powstaną mury oporowe, mosty, zabezpieczenia będzie można zająć
się pozostałą infrastrukturą. Jednocześnie musimy budować domy dla najbardziej
poszkodowanych mieszkańców. Skala wydatków, jakie przed nami, jest ogromna i
sami, bez pomocy nie damy sobie rady.
Dziękuję za rozmowę.
