Najlepsza cząstka
Interpretując krótki epizod z Ewangelii opowiadający o spotkaniu
Jezusa w domu Marii i Marty, łatwo o drogę na skróty, tj. zbudowanie
opozycji, co z pewnością nie było intencją Jezusa. Nie może tu być mowy o
przeciwstawieniu postaw dwóch kobiet. Gradacja, którą da się zauważyć w
ocenie działania sióstr (dobra – najlepsza), nie ma wymiaru
wartościującego. Jezus uzmysławia nam konieczność istnienia obu rodzajów
aktywności, ich wzajemnie dopełniający się charakter. Jest to
symboliczne przedstawienie dwóch rodzajów miłości, którą okazujemy Bogu.
Z jednej strony – zabieganie i troska Marty symbolizują pobożność
Starego Przymierza – taką, jaką prezentuje Abraham (Rdz 18, 1-10): suto
zastawiony stół, gościnność, bogactwo darów; i jaką okazał Abel, gdy
złożył Panu Bogu na ofiarę najlepszego cielca ze swojego stada. To
miłość bardzo konkretna, przybierająca postać wymiernych znaków,
przekładająca się na aktywność, gościnność, dynamizm. Z drugiej strony
znajduje się miłość kontemplatywna, nastawiona na samą Bożą obecność.
Maria wiedziała, że w spotkaniu z Chrystusem nie chodzi tylko o
składanie darów, wykazywanie się efektami swoich działań, ale też o to,
by umieć przyjmować. Czuła, że Jezus ma jej znacznie więcej do
zaoferowania niż ona oddająca się trosce o bogactwo stołu. Wiedziała, że
pokarm duchowy, jaki On rozdziela, nieskończenie przewyższa wszystko
inne, co człowiek może otrzymać.
Wydaje się, że jednym z
zasadniczych problemów, z jakim całkowicie sobie dzisiaj nie radzimy,
jest znalezienie duchowej równowagi pomiędzy pracą i odpoczynkiem,
staraniem o byt i troską o wartości ducha, o to, czy bardziej być czy
mieć. Postawić na materię, w niej złożyć całą swoją ufność czy odpuścić
sobie i podjąć walkę o zbawienie duszy…?
Nie można mieć w życiu
wszystkiego. Trzeba się na coś zdecydować, coś wybrać, komuś oddać swoje
serce. Nie da się żyć w ciągłym biegu, w hałasie. Wielogłos, jaki
rozlega się w ludzkim wnętrzu, wcześniej czy później doprowadzi do
nieszczęścia, pojawi się tak ogromne zmęczenie, że wszystko straci sens.
Konieczne jest więc zatrzymanie się.
To niby oczywiste. Wielu z nas
wyjechało bądź wkrótce wyjedzie na zasłużony urlop po to, by odpocząć,
pobyć z rodziną, zdystansować się wobec problemów. Ale też wielu, leżąc
na plaży czy spacerując po górskich szlakach, nieustannie będzie myślało
o powrocie do domu, codziennym zgiełku, natłoku spraw, które od rana do
nocy pochłaniają umysł i serce. Paradoks? Nie. To lęk przed ciszą…
Cisza
ma to do siebie, że dają się w niej słyszeć głosy, które na co dzień
nie mają szansy wybrzmieć. To buduje względny komfort, pomaga stworzyć
wirtualne wrażenie, że wszystko w życiu jest OK. Nie słychać zgrzytów w
sumieniu. Poprawność zachowań wobec Pana Boga wyczerpuje formułę bycia
tzw. religijnym człowiekiem. W ciszy, pozbawiającej owej hałaśliwej
strefy bezpieczeństwa, wszystko zaczyna nagle inaczej wyglądać. Na
światło dzienne wychodzi prawda: chropowata, drażniąca, bywa, że
wstydliwa. To błogosławiony moment. Warto spróbować wsłuchać się w
siebie, pokonać w sobie naturalną skłonność do ucieczki i dostrzec
wartość zatrzymania się, nie wystraszyć się ciszy. Jest to nam wszystkim
bardziej potrzebne, niż się wydaje. To jest owa „najlepsza cząstka”.
Warto jej poszukać, by odnaleźć resztę swojego życia.
ks. Paweł
Siedlanowski
