Kaczyński mógł więcej zaryzykować
Z Janem Filipem Staniłką, ekspertem z Instytutu Sobieskiego w
Warszawie, rozmawia Paulina Jarosińska
Który z kandydatów
wygrał niedzielną debatę – Jarosław Kaczyński czy Bronisław Komorowski?
–
Debata była, według mnie, nudna, a jej forma uniemożliwiała realną
rywalizację. Każdy z zawodników grał we własną grę. Kaczyński lubi być
precyzyjny i taki był, natomiast Komorowski taki być nie umie, zatem
starał się być odpowiednio elokwentny. Skupiał się na wygłaszaniu zdań,
które zapadłyby Polakom w głowach, typu: „nie ma Polski południowej ani
północnej”. Rywalizacji jednak nie było, choć widać było, że obydwu
kandydatów ona korci. Debata nie wskazała realnego zwycięzcy i pewnie
głosy pozostaną niemal tak samo rozłożone, jak przed nią. Większą
funkcję perswazyjną niż sama debata będą miały jej medialne omówienia.
Kandydat
PiS podnosił, że forma debaty powinna być inna, to znaczy taka, w
jakiej kandydaci zadają sobie pytania. Taka formuła poprawiłaby jakość
wczorajszego spotkania?
– Sztab Jarosława Kaczyńskiego mógł
uzgodnić ze sztabem Bronisława Komorowskiego inną formułę debaty, więc
takie narzekanie jest trochę naciągane. Zresztą, debata oparta na
wzajemnym zadawaniu pytań nie zmieściłaby się w przewidzianym czasie
antenowym. Podobna odbyła się kilka lat temu we Francji, gdy Nicolas
Sarkozy rywalizował z SégolÝne Royal w walce o prezydenturę, i spotkanie
kandydatów trwało 5 godzin, a przed telewizorami zebrały się miliony
Francuzów, blisko 70 procent. Obawiam się, że polskie media nie byłyby
gotowe na tak duże przedsięwzięcie. Jarosław Kaczyński niewątpliwie
wolałby taką formułę, ale nie chciałaby jej Platforma Obywatelska.
Bronisław Komorowski permanentnie dążyłby do werbalnego klinczu. Forma
debaty zbliżona do tej upragnionej przez kandydata PiS była w 2005 roku,
natomiast 3 lata temu dyskusji towarzyszyła publiczność, która cały
czas w niewybredny sposób przeszkadzała. W niedzielnej debacie widoczna
była zapobiegliwość sztabów wyborczych i unikanie zaskoczenia, a
przecież kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.
Jak można
scharakteryzować retorykę kandydatów? Czy język był jasny i precyzyjny?
–
Jarosław Kaczyński ma bardzo dobrą, szczegółową pamięć i lubi się nią
popisywać. Często są to szczegóły, które są ciekawe, ale nie naświetlają
całości, i z tym powinien walczyć podczas telewizyjnych polemik. Obaj
kandydaci byli zdenerwowani, widać było, że zasychało im w ustach, a w
takich sytuacjach staramy się instynktownie sprowadzać retorykę do
dobrze wyuczonych formuł i chwytów. Komorowski zachował więcej
wypracowanej sztywności, ale szedł w stronę nieco lepperowskiej,
okrągłej retoryki, obliczonej na odbiorców „z największego wspólnego
mianownika”. Kaczyński chciał być precyzyjny i próbował np. objąć
pojedynczym zdaniem upatrzone przez siebie grupy społeczne, np.
rolników, nauczycieli…
Uczestnicy debaty na wiele sposobów
odwoływali się do emocji telewidzów…
– Obaj kandydaci wyraźnie
unikali straszenia, choć obecnie jak najbardziej jest czym straszyć.
Jarosław Kaczyński odwoływał się wprost do godności i dumy. Komorowski
posługiwał się hasłami wolności, solidarności, terminami bardzo
abstrakcyjnymi, ale faktycznie stanowiącymi rdzeń polskiej tradycji.
Unikał za to wszelkich szczegółów. Przekonamy się, jaki to miało skutek
po rozkładzie sił przed środowym spotkaniem kandydatów. Niedzielna
debata była przedbiegiem do drugiej, środowej. Moim zdaniem, Kaczyński
powinien więcej zaryzykować, być bardziej dookreślony. Sztab powinien
wymóc luźniejsze reguły gry. Ale też powinien dopracować trochę pytania.
Niektóre były niedorzeczne, często padały kwestie, które wielokrotnie
już omawiano i wiadomo, co który kandydat ma na ich temat do
powiedzenia. Pod tym względem był to czas stracony.
Obydwaj
kandydaci starają się pozyskać przed II turą elektorat lewicowy. Jak im
się to udaje?
– Żaden z kandydatów nie zwracał się wprost do
lewicy. Zrobili to wcześniej, i to chyba zbyt ostentacyjnie, by mogło to
być skuteczne. Były wątki takie, jak in vitro, ale obydwaj kandydaci
deklarowali dążenie do kompromisu na poziomie publicznym. Komorowski
wykazywał się tu jedynie deklaracją klasycznie liberalnego rozdziału
prywatnego od publicznego. Moim zdaniem jednak, te kwestie to wyraz
poglądów redakcji przygotowujących pytania, a nie poglądów większości
elektoratu lewicowego, dla którego kwestie światopoglądowe są ważne, ale
nie są najistotniejsze. Trudno będzie zdobyć głosy tej grupy, ponieważ,
po pierwsze, jest ona zakorzeniona mentalnie w dawnym systemie, a po
drugie – liczy na transfery społeczne. I tu jedna rzecz niepokojąca:
obydwaj kandydaci dużo mówili o wydatkach, ale żaden – zwłaszcza
Kaczyński – nawet nie zająknął się o deficycie.
W ostatniej
części debaty padło pytanie, co kandydaci, jeśli wygrają wybory,
zrobiliby w celu wyjaśnienia katastrofy z 10 kwietnia…
– Sprawa
katastrofy smoleńskiej, jest według mnie przegrana. Chodzi tylko o to,
jak późno dotrze to do opinii publicznej i czy dowie się ona, jak
właściwie powinno to być rozwiązane. Jeden kandydat przekonywał, że
wszystko jest w porządku, a śledztwo przebiega bardzo dobrze, a drugi
był oszczędny, bał się oskarżeń o cynizm, dlatego nic konkretnego nie
powiedział. Jarosław Kaczyński mógłby spokojnie przez dwie minuty jasno
powiedzieć, jak obecnie wygląda śledztwo, co jest z nim nie tak i co
ewentualnie można by zrobić, by przybliżyć się do jego rozwiązania. Nie
musiałby dramatyzować, to byłoby nawet niewskazane. Bo problemów
związanych z katastrofą w Smoleńsku i tak jest sporo. Dotąd nie wjechali
do Rosji polscy archeolodzy, Rosjanie na więcej pytań z polskiej strony
już nie mają ochoty. Trzeba powiedzieć, że śledztwo wygląda bardzo
mizernie i z dnia na dzień szanse na całkowite wyjaśnienie przyczyn
wypadku maleją. Bardzo znaczące były słowa Komorowskiego, że Polska
zrobiła wszystko, by „jakoś zbadać przyczyny katastrofy” – może to taki
niezamierzony realizm.
Który z kandydatów był lepiej
przygotowany merytorycznie do debaty?
– Kaczyński ewidentnie był
lepiej przygotowany. Wyszło to przy polityce regionalnej. Po Komorowskim
widać było, że nie bardzo się orientuje w dokumentach własnego rządu. I
tu wychodzi różnica między kandydatami. Kaczyński zna szczegóły i lubi
nimi operować, a Komorowski w ogóle się nimi nie zajmuje, woli gawędzić.
Jednak godzina to zbyt krótko, by wykazać poziom merytorycznego
przygotowania. W tym miejscu należy wspomnieć również o poziomie
realizacji debaty przez telewizję publiczną, który był bardzo niski, i
to już nie pierwszy raz. Takie kwestie, jak brak synchronizacji sygnałów
z pracą spikerów, awarie czasomierzy czy spóźniony refleks realizatora
przy pożegnaniu kandydatów – wszystko to przyczyniło się do ogólnego
wrażenia chaosu podczas debaty, która i tak nie była specjalnie
dynamiczna.
Czy z perspektywy piętnastu lat od debaty Wałęsa –
Kwaśniewski coś się zmieniło w debacie politycznej, w debatach
wyborczych?
– Według mnie, nic oprócz większej znajomości
technikaliów public relations. Kaczyński, który wcześniej nie dbał o
takie sprawy, musiał choć trochę zacząć o nie dbać.
Dziękuję
za rozmowę.
