Potrzaskane czarne kwiaty
Są wszelako w księdze żywota i wiedzy
ustępy takie, dla
których formuł stylu nie ma…
Cyprian K. Norwid, Czarne
kwiaty
Prawdą jest niewątpliwą, że takie rzeczy się nie zdarzają… Czy
nie należało jednak sądzić, że zdarzyć się mogą, i nie umieszczać w jednym
samolocie (a jak się okazało – złowróżbnej kapsule czasu) tylu osób bliskich nam
i ważnych dla Rzeczypospolitej? Co więc myślę niezmiennie od porannych godzin 10
kwietnia, kiedy dotarła straszna wiadomość spod Smoleńska?
Że przede wszystkim prawie natychmiast powinniśmy usłyszeć wystąpienie
specjalne premiera rządu skierowane do Narodu. To on powinien powiadomić nas o
katastrofie i ją potwierdzić. Ale także ogłosić powołanie specjalnej polskiej
komisji do zbadania okoliczności i przyczyn tej katastrofy. Usłyszeć powinniśmy
także, że wystąpił już do rządu rosyjskiego z niedającym się ominąć żądaniem, że
to polska komisja będzie nadrzędna w tej sprawie. Dopuszcza to prawo
międzynarodowe. Mówiąc ogólnie: premier Donald Tusk i marszałek Bronisław
Komorowski doprowadzili do sytuacji, w której w wyniku śledztwa mogą nie być
odnalezione dowody winy, a nawet mogą one być unicestwione. W żadnym z
cywilizowanych krajów, wzorujących się na rzymskim sądownictwie i prawie,
śledztwo nie mogłoby być powierzone, powiedzmy – komuś z rodziny podejrzanego o
sprawstwo.
Zakazane słowo „zamach”
Kiedy giną najlepsi ludzie
Rzeczypospolitej wraz z ich prezydentem, wszystkie wysiłki rządu suwerennego
państwa powinny być skierowane na wyjaśnienie przyczyn tej tragedii, mówiąc
technicznie, tej katastrofy. Czy jest ona fatalnym zbiegiem posępnych
okoliczności, czy też stoją za nią nieznane ręce nieznanych osób, które wpłynęły
na tę katastrofę przez rażące zaniedbania lotniczych reguł lub wręcz wywołały
okoliczności, które katastrofę spowodowały? W tym ostatnim wypadku wypowiadamy
słowo: ZAMACH.
Premier i rząd, w niepisanym edykcie dla ludu, ale przede
wszystkim dla służących im dziennikarzy, wrzucili to słowo do pancernego sejfu z
napisem „tabu”. Jednak ogół społeczeństwa nie dostosował się do tego nakazu.
Słyszę to słowo, oznaczające jedną z możliwości, w codziennych rozmowach. Padało
także niejeden raz w filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni
2010”. Stawiam sobie pytania formalne, które w każdym śledczym dochodzeniu są
stawiane.
Po pierwsze, kto mógłby mieć motyw, żeby pomóc tej katastrofie.
Seneka powiedział: „Is fecit cui prodest”. Czyli należy sprawdzić, kto mógłby na
tym skorzystać. Oczywiście: przeciwnicy elity, która zginęła. Odpowiedź,
nieprzesądzająca wprawdzie o sprawcy, mogłaby brzmieć: państwo rosyjskie, słynne
ze skrytobójstw i egzekucji przewyższających ilościowo znane nam zbrodnie
hitlerowskie, oraz obecny rząd wraz z premierem i jego partią, Platformą
Obywatelską. Siła ich przeciwnika została przecież bardzo zmniejszona.
Po
drugie: kto był obecny w chwili zbrodni na miejscu zdarzenia, w obsłudze
lotniska? Sami Rosjanie. Następne pytanie kontrolne brzmi: jak mogli to zrobić?
A jeśli zrobili, to czy mogli to ukryć?
Samolot Tu-154M do końca był sprawny,
jak twierdzą rosyjscy specjaliści, i wyprowadzają z tego twierdzenie o winie
pilota. Jednak lądowanie na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem było dziecinnie
łatwym, szkolnym zadaniem. Trzy dni wcześniej lądowali na nim premierzy Władimir
Putin i Donald Tusk. Lądowanie odbywało się w świetle dnia. Na czym mógłby
polegać błąd pilota powodujący odchylenie w poziomie o 50-60 metrów i w pionie o
około 50 metrów? Takich rzeczy nie może zrobić doświadczony pilot wojskowy
znający ten samolot i to lotnisko i lecący w pełnym świetle dnia. Pozostaje
tylko efekt fatamorgany, ale to jest science fiction. Natomiast nie należy do
niej sztuczne wytworzenie mgły na krótko przed lądowaniem (praktykowane na
poligonach wojskowych i w Hollywood). Należy jeszcze rozważyć mogące działać
równocześnie błędne wskazania przyrządów pomiarowych na pokładzie. Mogły one
zostać zepsute przy pomocy wiązki broni laserowej, którą od kilku lat chwalą się
Rosjanie. Lub w prostszy sposób: przez podanie pilotowi np. błędnych namiarów
ciśnienia z wieży kontrolnej. Pilot mógł być nieprzytomny z powodu rozpylenia
sztucznej substancji umieszczonej w samolocie za pomocą sygnału radiowego z
zewnątrz. W podobny sposób można było zresztą uszkodzić lotki, tak aby samolot
wymknął się spod kontroli pilota.
Odgórna cenzura
W tej sytuacji w pierwszej kolejności
należy przesłuchać świadków. Nie przeżył (?) ani jeden świadek z rozbitego
samolotu, piloci jednak mogli nagrać swoje spostrzeżenia na taśmie czarnej
skrzynki. Czarnymi skrzynkami zawładnęli jednak technicy rosyjscy i przez
przeszło dwa tygodnie, odkąd są w ich posiadaniu, nie udostępnili dosłownie
niczego z zapisu, także z treści wypowiedzi polskich pilotów. Co więcej,
słyszymy, że Rosjanie nie oddadzą nam czarnych skrzynek, a jedynie zapisy z ich
treści. A przecież każda z części samolotu stanowi własność państwa polskiego! A
zapisy czarnych skrzynek w sposób nieprzekraczający możliwości techniki mogą
zostać zmanipulowane. Z drugiej strony, nie słyszymy także, że przesłuchano
nagrania rozmów z wieżą kontrolną, a ich utrwalenie powinno być regułą. Ale
także nie udostępniono przesłuchań pracowników wieży kontrolnej, a uzyskane w
fazie początkowej ich wypowiedzi pełne były nie szczegółów technicznych, lecz
ewidentnych kłamstw. Jeden z polskich prokuratorów powiedział również, że nie
zostaną uwzględnione i podane do wiadomości „treści intymne” tych nagrań. Czyli
– z góry zapowiedziana cenzura. Jakież to bowiem treści intymne mogły się
pojawić w ostatnich sekundach lotu? Okrzyki niekontrolowane nie są treściami
intymnymi. Piloci mogli jednak chcieć przekazać świadomość zewnętrznej agresji
na samolot. Mogli nie zdążyć jej udowodnić, dowody niszczyła katastrofa. Może to
były owe „treści intymne”, niedopuszczalne z punktu widzenia sprawcy?
Rząd
polski i premier Tusk zgodzili się gładko, że tak ważna sprawa jak identyfikacja
ciał ofiar była dokonywana nie w Polsce, lecz w Moskwie. A przecież i ciała
ofiar, i szczątki samolotu mogły natychmiast znaleźć się na obszarze państwa
polskiego. Nie ogłoszono przy tym ani jednej sekcji zwłok potwierdzającej, że
przyczyną zgonu było uderzenie o ziemię samolotu. Narażono rodziny ofiar na
bolesną i męczącą podróż do Moskwy w celu identyfikacji ofiar. Mogło to jednak
pozwolić na przygotowanie ochotników okazujących czułość Polakom, by móc
następnie mówić o aktach jednania się przedstawicieli obu narodów. Może autopsja
lekarzy sądowych pozwoliłaby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ciała były tak
zmasakrowane, że nie do rozpoznania bez mikroskopowego badania DNA, jak
kopalnych szczątków sprzed setek tysięcy lat? Czy tłumaczy to upadek z wysokości
10-15 m (tak leciał samolot w ostatniej fazie w ruchu poziomym) i przy szybkości
niewiele ponad 200 km/h? Relacje z różnych katastrof z podobnej wysokości mówią
nieraz o istotnej liczbie ocalonych. Zwłaszcza że są doniesienia komisyjne, iż
nie było wybuchu ani pożaru, który objąłby kabinę pasażerską. I co spowodowało,
że samolot rozpadł się dosłownie na drobne kawałki? Zresztą wiemy z ubiegłych
lat, że w państwie sowiecko-rosyjskim nigdy nie przyznawano się do sprawstwa i
winy w obliczu wielkich katastrof (zestrzelenie pasażerskiego samolotu
koreańskiego, setki ofiar; wystawienie wojska na promieniowanie jądrowe podczas
prób atomowych, niewiadoma katastrofa okrętu podwodnego „Kursk”, z niewątpliwym
zaniedbaniem ratowania ofiar zatopienia).
A biorąc pod uwagę „katyński”
wymiar tej katastrofy – do jej momentu, i do dziś zresztą, nie ogłoszono
odtajnienia wszystkich dokumentów katyńskiego ludobójstwa, przypisanego przez
ZSRS Niemcom na procesie norymberskim, a dzisiaj tylko jednej osobie – Józefowi
Stalinowi. Pamiętamy, że Rosja wciąż jest krajem, gdzie bezkarnie mogą się
ukazywać książki udowadniające niemiecką winę za Katyń (np. Muchin) reklamowane
afiszami w metrze. W Europie podlegałoby to sankcjom prokuratorskim i karom, ale
także autorzy staliby się obiektem drwin. Dlaczego przypuszczenie o możliwym
zamachu służb rosyjskich miałoby być „tabu” w odniesieniu do kraju, gdzie nie
wprowadzono dekomunizacji podobnej do denazyfikacji w Niemczech? Gdzie nie było
ani jednego publicznego procesu zbrodniarzy odpowiedzialnych za wielomilionowe
eksterminacje (nie mieli takiego procesu nawet Ławrientij Beria i Bohdan
Kabułow, wybrani przez akolitów Stalina na kozły ofiarne). A wizerunek Stalina,
zbrodniarza wszech czasów, może być wystawiany publicznie bez sankcji
prokuratora.
Z tych wszystkich powodów, o których tu piszę, powstała moja
myśl o apelu do społeczeństwa i listu otwartego w sprawie powołania
międzynarodowej komisji ekspertów lotnictwa dla zbadania tego wypadku. Gdy to
piszę, 27 kwietnia 2010 r., lista osób, które podpisały ten apel, przekroczyła
20 tysięcy. Do podpisów dołączane są adnotacje. Przytoczę tylko jedną,
polonijnego klubu w USA, gdzie postanowiono wystosować list nie do władz
polskich, lecz rządu USA, aby rozważył dwie możliwości, że: „zasadniczo
Prokuratura Rosyjska i nie podejmująca właściwych kroków Prokuratura Polska
eliminować będą dwie najtrudniejsze i prawdopodobne hipotezy, po pierwsze – o
możliwej celowej akcji władz Rosji, po drugie – o celowej akcji władz Platformy
Obywatelskiej, zwalczającej ośrodek prezydencki, która w znacznym stopniu może
deformować poczynania Prokuratury Polskiej” (22 kwietnia 2010 r.).
Zasłużeni dla sprawy Katynia
Naturalne jest, że zaraz po
wiadomości o katastrofie myśli moje pobiegły ku pierwszym odwiedzinom Katynia i
katyńskiego lasu w 1990 roku. Nie było jeszcze katyńskiego cmentarza. W
Gniezdowie, stacji wyładunkowej polskich oficerów, nie zmieniło się nic od 1940
roku. W chatach mieszkało wielu ludzi, pełnych jeszcze strachu, że pamiętają
mroczne historie związane z rozstrzeliwaniami w katyńskim lesie. W takiej chacie
mieszkał stary Michaił Kriwoziercew, jeden z sygnatariuszy kłamliwego
sprawozdania z Katynia akademika Nikołaja Burdenki, zaprzeczającego niemieckim
(ale też rosyjskim i polskim odkryciom prawdy). Nie chciał z nami rozmawiać,
dopiero gdy córka powiedziała: „No, starik, przecież już cię nie wywiozą na
Biełomor Kanał!”, przyszedł w czapce na głowie i opowiadał, jak dano mu do
podpisania komunikat Burdenki bez udostępnienia jego treści. Chciałem wtedy
jakoś przedostać się w miejsce słynnej daczy NKWD w lesie nad Dnieprem związanej
z rozstrzeliwaniem polskich oficerów. Ale wszędzie były zapory z kolczastego
drutu, a dacza, jak wiadomo, została zrównana z ziemią, jak tylko Armia Czerwona
znów zajęła Smoleńsk. Pamiętam z tego roku bliskich nam Rosjan i tych bliskich
rosyjskich słuchaczy, gdy wygłaszałem kilka dni potem w Moskwie referat o
Katyniu. Nie wiedziałem wtedy, nie mogłem przewidzieć, jak silnie zwiąże mnie po
latach polski los z tym miejscem.
Znałem kilka osób, które zginęły w
katastrofie. Z Bożeną Łojek od dwudziestu lat organizowałem historyczne
poszukiwania katyńskie, kiedy w wyniku także mojej inicjatywy i pomysłu została
zarejestrowana Polska Fundacja Katyńska (nie żyje już kilku jej członków
założycieli). Tak się złożyło, że w ostatnim czasie jestem przewodniczącym Rady
tej Fundacji, Bożena Łojek była prezesem jej Zarządu. Potrafiliśmy w ciągu tych
lat, przede wszystkim dzięki nieustającej w działaniu Bożenie, zorganizować
wiele sesji historycznych o problematyce katyńskiej, czego plonem stały się
kolejne, grube „Zeszyty Katyńskie” (dwadzieścia kilka numerów, pod troskliwą
redakcją Marka Tarczyńskiego). Widziałem Bożenę w sądach warszawskich ledwie na
tydzień przed katastrofą. Promieniowała swoją zaraźliwą energią, a chodziło o
proces wytoczony Polskiej Fundacji Katyńskiej przez Ninę Karsov-Szechter za to,
że opracowałem i wydałem w 1996 roku tom zbierający wszystko, co Józef
Mackiewicz, świadek ekshumacji z 1943 roku, napisał o Katyniu. Bo to Nina Karsov
ma prawa autorskie do Mackiewicza. Jednak książki o Katyniu nie wydawała przez
dwadzieścia pięć lat. Ja zaś uważałem to opracowanie za wymóg polskiej racji
stanu.
Z Januszem Kurtyką, szefem IPN, rozmawiałem, tak zdawałoby się
niedawno, na mackiewiczowskiej sesji naukowej w Szwajcarii, w Rapperswilu, a
kilka miesięcy temu wymieniłem z nim listy na temat konieczności wydania po
polsku dwu podstawowych dokumentów katyńskich ubiegłej epoki: niemieckiego
„Amtliches Material…” o Katyniu (Urzędowy Materiał o zbrodni w Katyniu z 1943
roku) oraz akt komisji Kongresu Amerykańskiego w sprawie Katynia z roku 1952
(„Hearings…” – także nie ma tłumaczenia polskiego), siedem tomów, prawie 2400
stron. Myślę, że z pomocą prezesa Kurtyki to by się wreszcie ukazało.
Nigdy
nie zapomnę podróży samochodowej do Charkowa w 1992 roku, gdzie miałem być
świadkiem ekshumacji oficerów ze Starobielska, rozstrzelanych w Charkowie, a
rzuconych w doły śmierci obok, w Piatichatkach. Towarzyszył nam w tej podróży
Stefan Melak, także muzealnik z Zamku Królewskiego, ale przede wszystkim
inicjator i realizator pierwszego symbolicznego grobu katyńskiego na cmentarzu
Wojskowym warszawskich Powązek. Płyta, z datą 1940 r., położona w przeddzień
rocznicy powstania, 31 lipca 1981 roku, została haniebnie usunięta najbliższej
nocy przez ubeckie łapy.
Zawsze też ze wzruszeniem wspominam Annę
Walentynowicz, która kilka lat temu – pomimo choroby i wieku – weszła na moje
czwarte piętro bez windy, by rozmawiać o najżywotniejszych sprawach Polski,
tylko to bowiem było treścią jej życia. Gdyby starczyło czasu, mielibyśmy
wspólne wspomnienia historyczne z zamierzchłych czasów początku lat
pięćdziesiątych, kiedy jeszcze ulegałem złudzeniom, że coś w Polsce
sprawiedliwego może się ułożyć. Nie doszło do tych wspomnień, ale wiem, jak
prędko prysły te złudzenia.
I nie zapomnę też nigdy, jak kilkanaście lat
temu, szukając miejsca na jakąś szybką rozmowę w cztery oczy w społecznej
sprawie, Lech Kaczyński skorzystał z mojego zaproszenia i odbył ją w moim
mieszkaniu, w pokoju, w którym teraz piszę.
Klamra pamięci
Urywki tych wspomnień, jak strzępy
Norwidowych „Czarnych kwiatów”, zapisuję tu, ponieważ po tym, co się stało tak
niedawno, nie mogą one wciąż dręcząco opuścić mojej pamięci. Nie są to błyski
czasu mówiące o spotkaniach towarzyskich. Gdyż poza tymi wspomnieniami zawsze
stoi cel tych spotkań – sprawa polska, sprawa pamięci o wspólnej historii nas
wszystkich, były one poświęcone jej utrwalaniu.
Nie czuję się człowiekiem
wiekowym, chociaż właściwie już nim jestem. W zeszłym roku podczas wspólnej
rozmowy radiowej o literaturze i historii polskiej tuż po wojnie, uświadomiłem
sobie nagle, że w gronie tych kilku osób, wśród których był także nieodżałowany
w mojej pamięci wybitny historyk Paweł Wieczorkiewicz – ja tylko wspominałem ten
okres z autopsji. Inni byli na to za młodzi. Jaki to ciężar tak myśleć, ale jest
w tym także poczucie pewnego obowiązku. Pokazywać, że Polska, jej historia, jest
także wielkim ciągiem pokoleń, które w ten czy inny sposób, pracą lub heroizmem
swoich poczynań, pracowały na nasze poczucie jedności i ciągłości narodowej.
Kiedy patrzyłem na wawelski pogrzeb pary prezydenckiej, przypominałem sobie
odwiedziny na Wawelu i kryptę z trumną Józefa Piłsudskiego w 1938 roku, kiedy to
jeszcze przez szybkę u góry trumny można było zobaczyć jego twarz z
charakterystycznymi wąsami. Upływ czasu sprawił, że dziś jest to już niemożliwe.
Ale jakiej trzeba było katastrofy lub zbrodni, że dziś nie można było pokazać w
trumnie twarzy naszego prezydenta…
Potem, w czasie strasznej niemieckiej
okupacji w Krakowie, przechodziłem wielokrotnie obok Wawelu, w drodze do szkoły
mijając rozkraczone warty niemieckie pod bronią. Mogłem jednak myśleć, bo nie
znali ci żandarmi Wawelu moich myśli, że warty znikną i Wawel będzie znów
dostępny, znów polski. Z tej perspektywy nie mogę zrozumieć, że znany polski
reżyser filmowy chciałby wprowadzić numerus clausus wstępu na Wawel, podległy
bliżej nieoznaczonym regułom jego oceny wartości historycznych, a w efekcie
uczynić Wawel niedostępnym polskiemu prezydentowi, który zginął lub został
zamordowany (czego nie mogę wykluczyć) za Polskę. Gdyby było dość miejsca,
wszyscy mu podobni powinni znaleźć się na Wawelu. Ja, krakowianin z rodu, tak
właśnie myślę.
Ale to, co się stało pod Smoleńskiem, znów wyznacza
nieubłaganą i jakże silną klamrę pamięci w moim życiu. Nieszczęścia, które
związane jest z samolotem. Utrwala się to w mojej pamięci, może wbrew logice
jednego i drugiego czasu, ale pamięć i przeżycia mają swoje prawa i nie do końca
nimi rządzimy. Tak się stało, że we wrześniu roku 1939 moje życie zostało
związane z wypadkami lotniczymi, gdy wraz z cywilami z pociągu ewakuacyjnego i
małym polskim oddziałkiem kawalerii w niewielkim lasku dostaliśmy się pod
bombardowanie i obstrzał broni pokładowej niemieckiego lotnictwa. Stukasy i inne
maszyny wśród słyszalnego chichotu (przez megafony) ich załóg zrzucały na nas
bomby przez trzy godziny. Gotował się wokół piasek, a na głowę spadały
odstrzelane gałązki sosen. Zginął wtedy ktoś bardzo mi drogi.
Dziś moje
nieszczęście znów wiąże się, paradoksalnie, z lotnictwem, z samolotem, który
mógł być wykorzystany do przemocy. Tyle że zmieniły się strony świata. Działo
się to nad ziemią byłego agresora ze wschodu. W górze nie było już moich wrogów,
lecz moi, nas wszystkich przyjaciele. Wrogowie, jeśli byli, co się okaże lub
nie, byli na ziemi. A ofiary przemocy leżały w podobnym, wątłym, sosnowym lasku.
Łączności tych dwu lasków spiętych historyczną klamrą, ponad czasem i historią,
nic już dla mnie nie odmieni.
Prof. Jacek Trznadel
————————————–
Prof. Jacek Trznadel – pisarz, poeta, krytyk literacki. Jeden z założycieli
Polskiej Fundacji Katyńskiej i Niezależnego Komitetu Historycznego Badania
Zbrodni Katyńskiej. Autor zbioru rozmów z pisarzami zaangażowanymi w komunizm
„Hańba domowa”, szkiców historycznych o Katyniu „Powrót rozstrzelanej armii”,
opowiadań katyńskich „Z popiołu czy wstaniesz?”.
