To Polacy powinni być gospodarzami śledztwa
Śledztwo w sprawie katastrofy Tu-154 może potrwać wiele miesięcy,
nawet 2-3 lata. Ale już teraz pojawia się sporo wątpliwości dotyczących
postępowania prowadzonego w Rosji. Przede wszystkim od początku byliśmy za mało
aktywni i oddaliśmy inicjatywę rosyjskim śledczym. Tymczasem gdyby taka
katastrofa dotyczyła samolotu z premierem lub prezydentem kraju zachodniego,
zapewne tamtejsze służby specjalne i prokuratorzy mieliby decydujący głos w
takim postępowaniu.
Jeden z byłych prokuratorów okręgowych przyznaje, że był zaskoczony tym, iż
śledztwo od początku prowadzą Rosjanie, a nasi prokuratorzy z nimi współpracują.
Co prawda prowadzone jest też odrębne śledztwo polskie, jednak zdaniem naszego
rozmówcy, powinniśmy od początku dążyć do tego, aby to Polska była jego
gospodarzem. – To prawda, że katastrofa miała miejsce na terytorium Rosji, ale
nie był to zwykły lotniczy wypadek z udziałem samolotu rejsowego. Tupolewem
leciał przecież prezydent Polski, ministrowie, parlamentarzyści, generałowie. W
tej sytuacji Polska powinna żądać od Rosjan zabezpieczenia miejsca tragedii, ale
wszystkie czynności śledcze powinni natychmiast podjąć nasi prokuratorzy i
eksperci, a strona rosyjska powinna im pomagać i współpracować – mówi
prokurator.
Na argument, że taki tryb śledztwa, jaki przyjęto, jest właściwy
właśnie w myśl prawa międzynarodowego i lotniczego, bo gospodarzem postępowania
jest kraj, gdzie doszło do katastrofy, prokurator powtarza, że mamy do czynienia
z sytuacją wyjątkową. – Proszę sobie wyobrazić, że taka katastrofa ma miejsce w
przypadku premiera lub prezydenta jakiegoś zachodniego kraju. Przecież na pewno
od razu pojawiliby się tam agenci służb specjalnych i prokuratorzy tego państwa,
a dyplomaci Niemiec, USA czy Francji natychmiast zażądaliby zabezpieczenia
miejsca upadku samolotu i przekazania śledztwa ich krajowi. Nie wiem, czy nie
byłoby i tak, że ciała swoich obywateli wywoziliby do kraju, aby tam je poddać
badaniom i identyfikacji. Rosja prowadziłaby oczywiście swoje postępowanie, ale
miałoby ono drugorzędne znaczenie – mówi nasz rozmówca. – Nie chodzi o to, że
nie ufamy Rosjanom. Ich pomoc i współpraca jest nieodzowna i – jak wynika z
informacji medialnych – zachowują się oni w tej materii wzorowo. Ale to Polacy
powinni być gospodarzami śledztwa, bo w Lesie Katyńskim zginął nasz prezydent –
podkreśla prokurator. Jego zdaniem, gdyby sytuacja była odwrotna i to któryś z
przywódców rosyjskich zmarłby w Polsce na skutek katastrofy, to na pewno Moskwa
chciałaby mieć decydujący głos w takim śledztwie.
Z pewnością wyników
śledztwa nie poznamy szybko, najwcześniej prokuratorzy poznają ekspertyzy
dotyczące zapisów z czarnych skrzynek. Na odczytanie tych zapisów czekają chyba
wszyscy, bo być może dadzą one odpowiedź lub pozwolą na postawienie dość
prawdopodobnych hipotez dotyczących przyczyn sobotniej katastrofy. Pilotom
trudno jest uwierzyć w winę załogi. – Rosjanie dziwnie się tłumaczą. Najpierw
mówili, że było kilka podejść do lądowania, teraz twierdzą, że tylko jedno,
które zakończyło się tak tragicznie. A skoro było jedno podejście, to bardzo
prawdopodobne jest, iż wszystko wskazywało na to, że mimo pewnych problemów
pogodowych związanych z mgłą można było w sobotę w Smoleńsku wylądować – mówi
nam jeden z emerytowanych pułkowników pilotów-instruktorów wojskowych. Nie
zgadza się on ze stwierdzeniami, jakoby piloci wojskowi latali bardziej
ryzykownie od cywilnych, że mniej uwagi zwracają na warunki pogodowe i inne
czynniki decydujące o możliwości wykonania bezpiecznie manewru lądowania, i że
przez to mogło pośrednio dojść do katastrofy. – Ktoś, kto wygłasza takie rzeczy,
nie wie, co mówi. Jeśli piloci wojskowi mieliby taką kiepską renomę wśród
cywilów, to nie byliby tak chętnie zatrudniani przez LOT i inne linie lotnicze.
Wielu moich kolegów, z którymi służyłem w jednostkach bojowych, po odejściu z
armii pracowało w liniach cywilnych. I znakomicie sobie radzili, byli uważani za
elitę wśród pilotów – podkreśla. Przypomina też, że jeszcze niedawno te same
media, które teraz piszą o brawurze i ryzykanctwie wpisanym w zawód pilota
wojskowego, ubolewały nad tym, że nie będzie miał kto pilotować F-16, migów, su
i innych maszyn bojowych, bo piloci uciekają z armii do cywila, gdzie linie
lotnicze oferują im kilka razy wyższe zarobki. – Nikt nie miał zastrzeżeń do ich
kunsztu, znajomości języków obcych, skoro po niedługim przeszkoleniu siadali za
sterami wielkich boeingów, airbusów i innych maszyn. I naprawdę z sił
powietrznych uciekło do cywila wielu doświadczonych pilotów – podkreśla
pułkownik.
Jego zdaniem, skoro było tylko jedno podejście do lądowania, to
należy wykluczyć także to, że prezydent lub dowódca wojsk lotniczych mogli
wywierać nacisk na pilota, aby lądował w Smoleńsku, mimo rzekomych wezwań wieży
do lotu na inne lotnisko. Nie byłoby po prostu na to czasu. – Znałem pana
generała Andrzeja Błasika dość dobrze, choć na pewno nie zaliczyłbym siebie do
grona jego przyjaciół, bo to nie była aż tak bliska znajomość. Ale wiem jedno,
że generał Błasik bardzo mocno pilnował przestrzegania hierarchii i porządku w
wojsku. I dlatego na pewno nie ingerowałby w kompetencje pilota, który był
dowódcą samolotu – podkreśla nasz rozmówca. – Nie wyobrażam też sobie, aby ktoś
z pasażerów miał swobodny dostęp do kabiny pilotów. Miałem okazję parę lat temu
lecieć samolotem rządowym i procedura lądowania jest tutaj ściśle określona. Tak
jak w lotach zwykłymi liniami lotniczymi wiele minut przed tym, zanim samolot
dotknie kołami pasa, pasażerowie otrzymują komunikat o konieczności zajęcia
miejsc i zapięcia pasów. Nawet stewardesy, które sprawdzają dokładnie, czy
wszyscy pasażerowie zajęli swoje miejsca i są zapięci, nie chodzą już przed
samym lądowaniem po pokładzie maszyny, tylko też w fotelach czekają na
uziemienie maszyny. Jak więc ktoś w ogóle mógłby wstać i pójść do pilotów? I to
w sytuacji, gdy oni szykują się do lądowania, które jest zawsze trudnym
manewrem? To po prostu niemożliwe – twierdzi emerytowany pilot.
Krzysztof Losz
