Pięć lat temu, 13 lutego 2005 r., odeszła do Pana Siostra Łucja

Dla całego świata – także dla Portugalii – śmierć Siostry Łucji była
zaskoczeniem. Tylko Ojciec Święty i kilku biskupów zostało wcześniej
powiadomionych o zbliżającym się odejściu wizjonerki. W czasie, kiedy 98-letnia
zakonnica traciła siły i stawała się coraz słabsza, to samo działo się z Ojcem
Świętym Janem Pawłem II. Niewielu wie, że przez długie lata były to naczynia
połączone… Duchowe naczynia… Tymczasem ostatnia wizjonerka z Fatimy
dopływała powoli do brzegu wieczności. Chorowała już od wielu miesięcy, od
jesieni była coraz bardziej cierpiąca. Słabła. Nadszedł czas przygotowywania się
do opuszczenia świata doczesnego. Zaczęła częściej robić znak krzyża. A
właściwie stale, przy każdej okazji. By przyzywać pomocy Nieba, odpędzać moc
szatana, by pamiętać, że to krzyż jest bramą…

Nadeszła niedziela, 13 lutego 2005 roku. Tego dnia Siostra Łucja – od wielu
tygodni jakby nieobecna duchem wśród ludzi – zrobiła się nagle bardzo czujna,
jakby na kogoś czekała. Oczy miała otwarte, ale nie było w nich widać
cierpienia. Działo się coś niezwykłego. Kiedy przełożona zbliżyła się do jej
łóżka i – nie przerywając ciszy – palcem wskazała współsiostrze na niebo, ta
skinęła głową – nadszedł oczekiwany dzień odejścia. Wtedy matka Celina wzięła
swój krucyfiks i podsunęła go Siostrze Łucji. Ukrzyżowany Chrystus znalazł się
trzydzieści centymetrów od twarzy wizjonerki. Jakaś niezwykła siła przykuła jej
wzrok do maleńkiej figurki Zbawiciela. Minęła chwila, a Siostra Łucja
nieoczekiwanie zaczęła poruszać brwiami, jakby rozmawiała z Chrystusem językiem
głębokiego milczenia. I to bardzo długo. Mijały minuty, a Siostra Łucja,
zatopiona w niezwykłej rozmowie, straciła poczucie miejsca, czasu, obecności
innych. Wreszcie poruszyła dłonią, dotknęła palcem swoich warg i oczyma
zagadnęła przełożoną, która w dłoni wciąż trzymała Ukrzyżowanego. Do matki
Celiny pobiegło nieme pytanie, a ta zrozumiała je w okamgnieniu. Umierająca
chciała ucałować krzyż. Nie mogła dać mu fizycznego pocałunku, usta nie były już
do tego zdolne, ale uczyniło to jej rozżarzone miłością serce.

To wtedy nadszedł telegram od Ojca Świętego
Przy Siostrze Łucji czuwała
cała wspólnota. Dziwne, ale oczy konającej pozostawały otwarte. Wyłączyła się
ona z życia zewnętrznego, trwała w cierpieniu i w jakimś mistycznym bezczasie.
Teraz była wśród tych, z którymi spędziła wiele szczęśliwych lat. To było
pożegnanie. Wróciła do nich na chwilę rozstania. Kiedy agonia dobiegała końca, a
Łucja znalazła się – jeszcze w pełni świadomie – najbliżej Nieba, wzięła ku
niemu swoje zakonne towarzyszki.
Kiedy matka Celina zaczęła czytać telegram
Jana Pawła II, wówczas Siostra Łucja wyciągnęła rękę! Chciała uchwycić w dłonie
ten ostatni list z tego świata, list od najbliższej osoby – i zgodnie z tym, co
usłyszała od Matki Najświętszej, osoby najważniejszej w dziejach współczesnego
świata. Długo próbowała rozłożyć papier na pościeli. Przełożona włożyła jej
okulary, a Łucja zaczęła przesuwać wzrok, powoli, linijka po linijce. Czytała
słowa Papieża. Kiedy skończyła, szczęśliwa, sama oddała kartkę.
Do południa
była przytomna i wewnętrznie pobudzona. Później z powrotem zapadła w chory,
płytki sen. Znów oddychała ciężko, jakby jej płuca nie chciały już tlenu. Tak
było do piątej po południu – chwili, kiedy swoje przybycie zapowiedzieli ks. bp
Albino Manuel Cleto i lekarka Łucji Bianca Paul. W momencie, kiedy przyszli,
ostatnia wizjonerka rozpoczęła podróż do wieczności. Wszyscy to dostrzegli.
Członkowie wspólnoty karmelitańskiej uklękli wokół łóżka. Biskup zaczął odmawiać
modlitwy za konających. Kiedy skończył, nikt się nie podniósł z klęczek, a
ordynariusz diecezji Coimbra spontanicznie zaczął kierować ku Niebu krótkie akty
strzeliste powtarzane przez resztę zebranych. „Niech przyjmie cię Jezus
Chrystus, któremu oddałaś całe swoje życie!”. „Niech przyjmie cię Ta, która jest
jaśniejsza od słońca, która ci się ukazywała!”. „Niech przyjmie cię Anioł
Portugalii, który ci się objawił!”. „Niech przyjmie cię błogosławiony
Franciszek, który razem z tobą oglądał Matkę Najświętszą”. „Niech przyjmie cię
błogosławiona Hiacynta, która razem z tobą oglądała Matkę Najświętszą!”.
W
celi panowała niezwykła atmosfera ciszy i pokoju. Siostra Łucja miała już
zamknięte oczy, Była nieobecna? Nie, bo nagle te oczy, które oglądały już
zbliżające się światło Nieba, otwarły się szeroko. Najstarsza mieszkanka Karmelu
w Coimbrze przebiegła oczami po twarzach wszystkich sióstr. Na koniec odwróciła
głowę w prawo i utkwiła wzrok w przełożonej. „Nie umiem opisać głębi jej
spojrzenia” – pisała później matka Celina. Czy była to niema prośba o uzyskanie
ostatniego pozwolenia od przełożonej – prośba o zgodę na opuszczenie klasztoru,
by zamieszkać wśród świętych w niebie? W odpowiedzi matka Celina wzięła do ręki
krucyfiks, a Siostra Łucja na niego spojrzała. Chrystus zapraszał. W tej samej
chwili czas się zatrzymał. Wizjonerka z Fatimy odeszła.
Cofnijmy się kilka
sekund. Ostatnie chwile jej życia na ziemi wypełnił radosny szept. Gdy wszyscy
trwali w milczeniu, ona nagle poruszyła ustami. Oddalając się od doczesności,
szeptała słowa, które były niczym ostatni śpiew tej, która tak bardzo lubiła
układać piosenki i je śpiewać – najpierw dla Jasnej Pani, potem dla swoich
karmelitańskich towarzyszek. Co śpiewała? „Serce Jezusa, Niepokalane Serce
Maryi! – rozległ się szept. „Z Franciszkiem, z Hiacyntą…”. Zapadła cisza. „I
Ojcem Świętym…” – dopowiedziały jej wargi. – I teraz słowa, które zaczęły
odchodzić wraz z konającą zakonnicą: „Idziemy, idziemy, idziemy, idziemy…”.
Słowa coraz cichsze, słabsze, przechodzące w ciszę. Odeszła, witana przez Matkę
Najświętszą i dwoje fatimskich dzieci. Czy obok stał już jej umiłowany Papież
Jan Paweł II? Czy ta ostatnia wizja była zapowiedzią jeszcze jednej rychłej
śmierci – odejścia Ojca Świętego?
Była godzina 17.25. Niedziela – dzień
świąteczny, dzień odpoczynku, dzień poświęcony Bogu. I czas… zamachu na Ojca
Świętego? Ostatni znak, że właśnie za niego – by żył, bo jego życie tak światu
potrzebne – ofiarowała wszystkie swoje bóle, aż po agonię?
Tyle ich ze sobą
łączyło. Wspólne tajemnice. Wspólna misja ratowania ludzi idących na zatracenie,
do piekła. W celi Łucji stała figurka Matki Bożej Fatimskiej podarowana jej
przez Papieża, przy jej łóżku do końca leżał ofiarowany przez niego różaniec. A
Ojciec Święty otrzymał od niej laskę, którą się podpierała, chodząc po swym
karmelitańskim odosobnieniu. Kiedy musiała już usiąść na wózek inwalidzki, laska
znalazła się w domu Papieża. Czy był to jeden z tych znaków świadczących o tym,
że Siostra Łucja ofiarowuje za niego swe cierpienia? Oddając laskę, mówiła, że
przyjmuje niezdolność samodzielnego poruszania się, by Ojciec Święty mógł jak
najdłużej chodzić. Jego nogom oddała te łaski, którymi Niebo chciało wesprzeć
jej nogi…

Wincenty Łaszewski

drukuj