Polityka pustki

Polityka jako roztropna troska o dobro wspólne jest sztuką samą w
sobie wspaniałą i konieczną dla życia. Ale jest całkowicie ambiwalentna: dobra
albo zła. Wydaje się jednak, niestety, że zarówno obecny profil polityki, jak i
całego życia społecznego i kulturalnego staje się coraz bardziej zakłamany, a
przede wszystkim pusty co do swych podstawowych i życiodajnych
treści.

Są dwie główne przyczyny wewnętrznej pustki dzisiejszego życia społeczeństw
świata zachodniego: odrzucenie Boga, który jest najwyższą i najgłębszą treścią
życia ludzkiego, oraz zastępowanie w życiu, zwłaszcza publicznym, najwyższych
wartości duchowych wypracowanych przez tysiące lat przez różne spaczone,
poniżające duchową wielkość człowieka ideologie. U podstaw tych ideologii leży
jakiś krzyk człowieka całkowicie osamotnionego, bez Boga, ale jest on zagłuszany
przez hedonizm, zabawowość, narkotyki, alkohol i różne inne środki
samoogłupiania, oraz przez wielorakie ogłuszające wytwory cywilizacyjne. W
rezultacie jest to wielki symptom zmierzchu kultury zachodniej.

Pustka ideologii i ideologia pustki
Eurokraci, „których
zaślepił bóg tego świata” (2 Kor 4, 4), tuszą sobie, że stworzyli nowy świat na
rumowisku starego, a tymczasem ich przewodnie idee: dobrobyt, demokracja,
wolność uniwersalna, postęp nieskończony, radosna twórczość, bezmyślna rozkosz,
pluralizm i inne – padają jedne po drugich. Jedna z podstawowych idei Unii
Europejskiej, że z wielu państw i narodów powstanie na mocy samej administracji
jedno państwo i jeden naród, okazuje się złudna i utopijna. Eurokratom brakuje
wykształcenia historycznego Powinni oni wiedzieć np., że wielki Babilon upadł w
IV w. przed n.Chr. głównie dlatego, iż jego mieszkańcy stanowili luźny, związany
tylko interesem gospodarczym konglomerat, właśnie pluralistyczny: Babilończyków,
Medów, Elamitów, Arabów, Żydów, Egipcjan, Syryjczyków, Persów i innych nacji.
Kiedy Aleksander Wielki 1 października 331 r. przed n.Chr. wkroczył do Babilonu,
był witany radośnie jako wybawca od chaosu i walk wewnętrznych. On jednak w lot
zrozumiał sytuację i po miesięcznym tylko pobycie w Babilonie powiedział, że
„nie sposób sprawować władzy twórczej nad stu różnymi narodami”.
W
przeszłości imperia tworzyły się albo przez jedną władzę, choćby zaborczą, albo
przez wspólne cele, głównie obronne, często też starano się o silne więzi
religijne, choćby w postaci upodabniania religii. UE chce stworzyć jedno
imperium dzięki hegemonii „twardego jądra”, głównie Niemiec i Francji, oraz
przez wprowadzenie jednej ideologii, która ma zastąpić brak religii i wyższych
wartości. Faktycznie jednak w administracji często pociągają za sznurki jakieś
czynniki spoza otwartej sceny unijnej. W odniesienieu do Ameryki pisarz Dan
Brown napisał niedawno w swojej powieści, że „Ameryką rządzą masoni”. Robią to
bądź bezpośrednio, bo obejmują wielką ilość czołowych stanowisk i każdy
prezydent musi do nich należeć, bądź pośrednio – przez media, instytucje,
gospodarkę i przez swoją narzucaną kulturę („Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”,
28.10.2010). W jeden i drugi sposób atakują głównie chrześcijaństwo, a w zamian
oferują wiarę w pustą ideę Boga jako matematycznego konstruktora świata.
Oczywiście powstał ogromny krzyk przeciwko tezie Browna.
Obawiamy się, że w
chórze narodów cichnie powoli głos Polski, a nasze elity społeczne w tym
procesie pustki tracą coraz częściej poczucie tożsamości polskiej. Toteż i inni
coraz mniej nas zauważają. Na uroczystościach 65. rocznicy wyzwolenia obozu
Auschwitz-Birkenau spośród licznych mówców bodajże tylko nasz prezydent i
premier Izraela Benjamin Netanjahu wspomnieli, że byli tam mordowani także
Polacy. Poza tym tylko premier Netanjahu wypowiedział słowo „Bóg”. Zaś prezydent
Barack Obama w swoim liście napisał, że Polacy, Węgrzy, Francuzi, Holendrzy,
Romowie, Rosjanie, heteroseksualiści i homoseksualiści – ginęli tylko „przy
wyzwalaniu obozu” („Nasz Dziennik”, 28.01.2010). Zresztą Obama nie liczy się z
całą UE.
Udziela się to wielu naszym dygnitarzom w Unii. Przewodniczący PE
Jerzy Buzek nie chce nas bronić przed paszkwilanckim filmem szwedzkim, według
którego rybacy polscy to złodzieje i rabusie, ludzie prymitywni i barbarzyńcy.
Również nasze władze tak przejęły się zarzutami „polskiego nacjonalizmu”, że
chętnie ulegają „internacjonalistom niemieckim”, którzy opanowują nasz kraj w
większości dziedzin, którzy w imię jedności Europy zabierają nam nasze jako
„swoje”, którym nawet jako prześladowcom i zbrodniarzom coraz chętniej stawiamy
pomniki, wmurowujemy tablice honorowe i którym daliśmy pierwszeństwo w
redagowaniu rzekomo wspólnej „historii niemiecko-polskiej”. Nie mówiąc już o
tym, że cała Polska staje się postulowanym już przez Hitlera „korytarzem
eksterytorialnym”, tyle że tym razem z Niemiec do Rosji.

Pustka moralna
Życie ludzkie wznosi się nie tylko na
dobrach materialnych, lecz także na dobrach i wartościach moralnych, przez które
człowiek jako jednostka i społeczność spełnia się najbardziej. Tymczasem w
cywilizacji zachodniej ciągle szaleje demon niemoralności. Znaczącym przykładem
są zachowania po tragedii trzęsienia ziemi w Port-au-Prince na Haiti. Obok
poruszenia ludzkich serc pojawiły się tam także, niestety, czyny straszne, m.in.
kradzieże dzieci, głównie sierot, dla pedofilów, w celu wykorzystania jako
służących i niewolników lub do pobrania organów do przeszczepów. Czynniki
światowe prawie temu nie przeciwdziałają. Zresztą na całym świecie nasila się
zjawisko handlu dziećmi dla rozmaitych celów. Ludzie o rzekomo najwyższej
kulturze nie chcą rodzić dzieci, bo to niewygodne, wolą je kupować w Afryce i
Ameryce Południowej albo „produkować je in vitro, dla zaspokojenia swoich
egoistycznych uczuć. Takie straszliwe zaćmienie moralne nie omija też wielu
katolików, którzy z katolicyzmem już niewiele mają wspólnego” (ks. abp S.
Wielgus).
W Ameryce w lutym 2010 r. feministki protestują gwałtownie
przeciwko wyświetlaniu filmu, w którym pewien słynny sportowiec dziękuje swojej
matce, że nie dokonała na nim aborcji, na co nalegali lekarze, strasząc kobietę
pogorszeniem jej stanu zdrowia. W tym proteście jest coś strasznego, chodzi nie
tylko o przykład wykazujący feministkom błąd w ich postawach moralnych, ale
wściekają się one po prostu, że ten człowiek się narodził i żyje wspaniale jako
dowód przeciwko nim. Z kolei prezydent Barack Obama do prawodawstwa aborcyjnego
dorzuca jeszcze „prawo” do swobodnej eutanazji, popierając w Ameryce podręcznik
„Twoje życie, twój wybór”, dzieło Departamentu ds. Kombatantów. Tak, jeśli ich
nie zabito na wojnie, to powinni sami się zabijać.
Powraca ciągle pytanie,
skąd w pewnych kręgach pojawia się taka niesamowita nienawiść do etyki i
moralności ewangelicznej. Ewangelia przecież inspiruje najwyższą moralność na
świecie. Bez niej wcześniej czy później powrócimy do takiego okrucieństwa, jakim
chwalił się potomnym król semickiej Asyrii Aszurnarsirapli II (883-859 przed
n.Chr.), który tak potraktował miasto próbujące się wyzwolić spod jego okrutnej
władzy: „Przed bramą miasta ustawiłem słup, obdarłem ze skóry wszystkich
przywódców buntu, a skóry ułożyłem na słupie. Niektórych zamurowałem w słupie,
innych wbiłem na pale ustawione na słupie, jeszcze innych nadziałem na pale
ustawione wokół słupa. Wiele skór zdjąłem w mym kraju, a okryłem nimi mury…
Wielu jeńców spaliłem. Wielu żołnierzy pojmałem żywcem. Niektórym obciąłem ręce
lub dłonie; innym nos, uszy i kończyny. Wielu wojownikom wyłupiłem oczy.
Ułożyłem stos z żywych, a drugi z głów. Rozwiesiłem je na drzewach wokół miasta.
Spaliłem ich młodzież, chłopców i dziewczęta. Od mego miecza zginęło 6500
wojowników, a resztę pochłonął Eufrat, gdyż na pustyni cierpieli pragnienie” (J.
Roux, Mezopotamia, Warszawa 1998, s. 247).
Bez etyki chrześcijańskiej,
zwłaszcza katolickiej, znowu grozi nam dzikość moralna, przede wszystkim co do
życia ludzkiego. Jeśli ideologia liberalna nie spycha społeczeństw
postchrześcijańskich tak nisko, to dlatego, że dziedziczą one jeszcze tradycję
tej etyki. Co będzie jednak, gdy liberalizm ateistyczny dojdzie do swojej pełni
i stworzy konsekwentnie „swoją”, proponowaną już, etykę?

„…ale w Grenadzie zaraza”
W społeczeństwie narasta
krytyka naszej polityki zagranicznej i wewnętrznej, jedna i druga zdają się
wisieć w próżni. Społeczeństwo jest karmione mitami: o pełnym upadku komunizmu,
o pełnej suwerenności, o transformacji ustrojowej, o bezkryzysie, o demokracji,
o wolności słowa i w ogóle o państwie prawa. W rzeczywistości mało z tych rzeczy
istnieje. Ogromnie dokuczliwy jest chaos w prawie i jego nadużywanie przez
mających władzę i różnych graczy, co przypomina raczej „legalne bezprawie”.
Padają po kolei: służba zdrowia, inwestycje komunikacyjne, szkolnictwo,
uniwersytety i nauka, liczne przemysły, armia, policja i inne służby. Padają
regionalne ośrodki telewizyjne i radiowe, np. ośrodek lubelski otrzymał budżet o
połowę niższy niż wcześniej. Grubo ponad dwa miliony ludzi żyje w biedzie, znowu
rośnie bezrobocie. Na Pomorzu np. wzrosło ono w 2009 r. o 48 proc., bezrobotni
tylko przez pół roku otrzymują zapomogę. Władze tymczasem się tym nie przejmują,
interesują się tylko rzeczami drugorzędnymi, chwalą się rzekomymi sukcesami, a
pewne czynniki kulturalne widzą swoją rolę jedynie w szerzeniu liberalizmu, i w
rezultacie w demoralizacji społeczeństwa.
O pustce naszej polityki świadczą
też jakieś „śluby antypisowskie”. W zmaganiach partyjnych nie bierze się pod
uwagę programów, idei, profilu politycznego, tylko jakąś jedną czy drugą osobę i
chce się ją zniszczyć jako osobistego wroga. Głosi się jedynie: „Stanę do
wyborów, żeby nie został wybrany Lech Kaczyński”, „Nie dopuścimy Lecha
Kaczyńskiego do reelekcji”, „Zrobimy wszystko, by PiS nie dopuścić do władzy”
itp. Przecież to nie jest polityka, to jakby jeden chłop chciał drugiego chłopa
zatłuc kłonicą. Nie przedstawia się swojego programu, nie zestawia się go z
programem partii przeciwnej, nie prowadzi się dialogu, tylko walczy się z
osobami. Nie mogą jedni mieć za cel zniszczyć Lecha Kaczyńskiego, a drudzy –
zniszczyć Donalda Tuska. Tu chodzi o społeczeństwo, o Polskę, o lepszą Polskę, o
jej rozwój i godność. U takich polityków osobista nienawiść wzięła górę nad
rozumem.
Jest też dużo nierozumnych sloganów. Mówi się np.: „Jest niedobrze,
bo jesteśmy jeszcze młodą demokracją”. A co będzie, jeśli ta młoda demokracja
utrwali się w takim stanie? Z grzybni muchomora sromotnikowego nie wyrośnie
borowik. To nie jest demokracja „młoda”, lecz felerna i trzeba ją leczyć, a nie
czekać, aż dorośnie. Nic nie denerwuje tak, jak brak logiki. Platforma
Obywatelska np. domaga się, żeby prezydent był ponadpartyjny i żeby nie wiązał
się w żaden sposób ze swoją poprzednią partią, a jednocześnie wysuwa swojego
polityka jako kandydata na prezydenta, pan Radosław Sikorski mówi zaś, że
chętnie i ściśle współpracowałby z Donaldem Tuskiem i domyślnie z programem
Platformy. To też nie jest demokracja.
W naszych partiach politycznych
brakuje często zarówno rzeczowości i obiektywizmu, jak i w ogóle myślenia o
dobru Polski. Cały kunszt polityki polega na zachowaniach przypominających
niektórych wiejskich chłopców, myślących tylko, skąd wyrwać sztachetę i komu nią
przywalić, no i oczywiście na szukaniu zaczepki. Często niektórzy członkowie
partii przegranej starają się przejść do partii zwycięskiej. Jest to naganna
polityka bezideowości. Z kolei kiedy nowa partia dochodzi do władzy, zmienia nie
tylko ministrów rządu, ale możliwie wszystkich ludzi na ważniejszych
stanowiskach politycznych i niepolitycznych, biorąc na ich miejsce „swoich”,
choćby całkowicie niekompetentnych i nieprzygotowanych. Nominacja partyjna ma
zastąpić brak fachowości i nawet moralności, jest to polityka pustki ideowej i
powinna być absolutnie wyeliminowana.
Jest też bardzo cyniczna gra, obliczona
na bezdenną głupotę ludzką, jeśli chodzi o wybory. Oto okazuje się dziś, że
sukcesów wyborczych jednostek i całych partii nie tworzą racje obiektywne i
rzeczowe, lecz specjaliści od wizerunku. Jest to po prostu marketing wyborczy.
Tak byli wybierani ostatnio Blair, Clinton, Jelcyn, Tusk, Obama itd. Jest to
kpina z podstawowych aktów politycznych. Życie polityczne traci swoją treść, a
staje się sztuczką magików cyrkowych. Specjaliści od wizerunku, oczywiście za
grube pieniądze, wymyślają chwytliwe hasła wyborcze i obmyślają najrozmaitsze
wabiki kandydata. Są po prostu jak wędkarze, którzy badają, na jaki rodzaj
błyszcza ryby biorą. A więc profilują: wygląd kandydata błyszcza, kolory,
stroje, ruchy, miny, słowa, sposób mówienia, zdolności aktorskie, podsuwają
samochwalstwo życiorysowe, różne zmyślone historyjki z życia itd. – aby tylko
jak najwięcej ryb się nabrało. Nie mówię, że wszyscy tak profilowani kandydaci
są zawsze źli i nieodpowiedni, tylko że częściej ci dobrzy i uczciwi przegrywają
z takimi retuszowanymi cyrkowcami.
Oczywiście, jest to brak dostatecznej
orientacji wyborców, ale państwo nie powinno pozwalać na takie oszukiwanie
ludzi. Na tym bowiem cierpi całe życie społeczno-polityczne. Źli wybrańcy szybko
pozyskują sobie podobnych, a ci wyznają zasadę: lepiej jest z władzą grzeszyć,
niż z podwładnymi dobrze czynić. W partiach prawicowych jest wielu bardzo
szlachetnych i mądrych ludzi, ale cóż – nie mają daru wspólnotowości: każdy ma
inne poglądy i programy, traktuje je jako dogmaty i trzech prawicowców tworzy
zaraz cztery partie. Z kolei niemal wszystkie partie lewicowe i liberalne są
duchowo puste. Następuje zmierzch partii, bardzo się degenerują. Trudno jednak
zmienić je w wyborach, te same bowiem partie wystawiają swoich ludzi do
następnych wyborów. Trzeba by tutaj ingerencji spoza partii.
Bardziej bolesne
jest to, co coraz częściej podnoszą pisarze patriotyczni, a mianowicie, że dziś
w Polsce jest coś z atmosfery czasów rozbiorowych: poddawanie Ojczyzny obcym
państwom, wyrzekanie się lub lekceważenie tradycyjnej polskości, próby podziału
Polski na landy, pogardzanie ludźmi prostymi i szlachetnymi, zdradzanie
tradycji, historii i godności polskiej, zanieczyszczanie języka polskiego,
atakowanie Kościoła jako ostoi społecznej, nieporadność sejmów, rozpad armii.
Brakuje wielkich patriotów u władzy, a wielu ważnych polityków zachowuje się
tak, jak magnaci w XVIII wieku: służą obcym, a nie Polsce, często za jakieś
korzyści materialne. Oligarchowie współcześni bronią fałszywej wolności jak
kiedyś magnaci bronili rzekomo „wolności szlacheckiej”. I tak Polska gdzieś
znika ze sceny życia.
Liberalizm sugeruje osłabienie lub zniesienie państwa,
Leszek Balcerowicz powtarza ciągle, że „państwa jest za dużo”. Ale im słabsze
jest państwo i słabsza władza centralna, tym bardziej brutalne i bezwzględne
stają się władze lokalne. Zaczynają nam bardzo ciążyć niektórzy nieprzygotowani
lub po prostu źli urzędnicy lokalni. Na przykład urzędnik może zabrać ci
dziecko, bo źle wychowujesz, może nie dopuścić cię do leczenia albo może kazać
zburzyć ci dom z całym dobytkiem, może ci zrujnować firmę i nie masz znikąd
ratunku, choćby urzędnik się tylko pomylił. Sąd? Trzeba mieć dużo pieniędzy i
czasu, wyrok może zapaść po 10 latach albo sprawa może zostać umorzona z racji
przedawnienia czy ze względu na niską szkodliwość społeczną, bo cię nie zabito.
Nie mając już swojego domu, możesz zamieszkać w jakimś baraku, dopóki nie
wyjdzie na jaw, że jest to teren i obiekt jakiegoś Niemca lub innego kupca.
Prawo polskie na ogół źle funkcjonuje. Liberalizm!
Wyrazem jakiejś pustki
ogólnej, zwłaszcza kulturalnej, jest degradacja, wulgaryzacja i prymitywizacja
naszego wspólnego języka polskiego, w którego obronie Episkopat Polski wydał 26
listopada 2009 r. wspaniały list pasterski „Bezcenne dobro języka polskiego”.
Także w życiu społeczno-politycznym powinien funkcjonować język czysty,
komunikatywny, sensowny, precyzyjny, jasny, piękny i niejako oddający godność
osoby ludzkiej, także u najbardziej krewkich polityków. Tymczasem język wielu z
nich nie ma nie tylko szlachetności, kultury, przyjaźni ludzkiej i twórczej
funkcjonalności społecznej, ale nieraz nie ma niejako moralności, nie ma zmysłu
prawdy, nie ma w nim godnego człowieka i jest straszliwym narzędziem w czynieniu
zła. Już nie mówię, że najczęściej nie ma w takim języku ani Boga, ani Polski. A
tym bardziej boli nas wszystkich, że niektórzy wysoko postawieni w kontaktach
prywatnych zalatują rynsztokiem, co widać choćby w podsłuchach.
Trzeba
jeszcze raz zauważyć, że niekiedy język nie tworzy wielkiej myśli w mediach.
Weźmy choćby niektóre programy dyskusyjne i wywiady na żywo w TV i w radiu. Ci
ludzie nie tylko biją się słowami jak ludzie z ulicy, ale nawet nie znają
techniki budowania myśli i dialogu. Zapewne nie przygotowują do tego dzisiejsze
szkoły. Osoba prowadząca, mająca sztywny zestaw pytań i problemów, niekiedy
prawie pół minuty zadaje bełkotliwe pytanie, aż dziw bierze, że odpowiadający
wie, na co odpowiadać. Z kolei zdarza się, że i u respondenta sensowna myśl
rodzi się dopiero po jakimś czasie, zaczyna zdanie, ale go nie kończy, tylko
wpada w korkociąg zdań pobocznych, wtrąconych, zbędnych, czasami już nawet nie
na temat. Ale najgorsze następuje dalej: odpowiadający, prowadzący myśl jasną
lub powikłaną, zbliża się do puenty, której widz oczekuje, wtedy prowadzący
wpada bądź z jakąś swoją uwagą, bądź z następnym pytaniem i chwilę mówią oboje
naraz. Nie słychać, o co chodzi. Zresztą bywa też, że odpowiadający i prowadzący
mówią razem dłuższy czas. Gdy dyskutantów jest więcej, chaos jest już kompletny
i w mowie, i w poglądach, a nieraz mówią wszyscy razem. W takiej sytuacji
prowadzący puentuje: musimy kończyć, bo nie mamy już czasu. Taka dyskusja to
wspaniała okazja do tworzenia myśli, poznania i wiedzy. Konieczne jest więc
odpowiednie szkolenie, żeby spełniła ona swój cel za pomocą fenomenu języka
ludzkiego.
Dzięki Bogu, że powoli normalni, a mądrzy ludzie na dole zaczynają
„się ruszać” społecznie i politycznie, żeby odrodzić Ojczyznę. Przykładem tego
jest choćby Świdnik k. Lublina. Miejski Ośrodek Kultury nawiązał do wydarzenia,
kiedy to na początku lutego 1982 r. ludzie w Świdniku postanowili bojkotować
publicznie zakłamane dzienniki telewizyjne i codziennie od godz. 19.30 do 20.00
wszyscy wychodzili na ulicę Niepodległości. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi
w ten sposób manifestowali swój sprzeciw wobec antypolskiej propagandy. Władze
się wściekały, zwłaszcza że praktyka ta przeszła szybko również na Lublin.
Niektórych młodszych ludzi brano na komisariat lub do aresztu. I oto w tym roku
wezwano w dniach od 6 do 17 lutego do zademonstrowania sprzeciwu wobec obecnej
sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. Według ulotki spacery miały być
protestem przeciwko:
– degradacji kultury i tradycji chrześcijańskiej

niesprawiedliwości społecznej
– demoralizacji dzieci i młodzieży

panoszeniu się kłamstwa i manipulacji w środkach społecznego przekazu

nadużywaniu wolności i tolerancji
– degradacji znacznej części Narodu z
powodu biedy i bezrobocia
– powszechnemu brakowi bezpieczeństwa

szerzeniu się cywilizacji śmierci.
Protest ten wprawdzie nie osiągnął jeszcze
wielkich rozmiarów, ale powinien dać wiele do myślenia dzisiejszym politykom w
Polsce. Świdnik, jak wiele innych miast w Polsce, jest właściwie robotniczym
bankrutem. Bezrobocie jest tam ogromne, a jeszcze tak niedawno, przed
neokapitalizmem, był pierwszym na polską skalę producentem śmigłowców. Żeby z
powodu braku myślenia u rządzących taki los nie spotkał całej Polski.

Ks. prof. Czesław S.
Bartnik

drukuj