Seksbomba i robokop w jednym

„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę.” (Rdz 1, 27)

Z pewną regularnością powraca temat udziału kobiet w życiu społeczno-politycznym i kwestia tzw. parytetów. To, czy kobiety powinny aktywnie uczestniczyć w tej przestrzeni, nie jest dylematem, chodzi o reprezentację ilościową. Ile procent gremiów ustawodawczych i innych różnych ważnych instytucji mają stanowić panie? Oto jest pytanie. Pewnie Margaret Sanger nawet nie śniła o zawrotnych karierach przedstawicielek naszej płci, gdy „wyrwała” je spod zależności męskiej, walcząc o dostęp do swobodnej aborcji i antykoncepcji, uważając, że rola matki i żony jest nie do pogodzenia z aktywnością na innym polu. Minęło kilkadziesiąt lat i świat jawi się jako zdominowany przez kobiety, które można spotkać we wszystkich miejscach, które pełnią najbardziej odpowiedzialne funkcje, wykonują nawet najbardziej egzotyczne zawody. Do tego w dalszym ciągu zdecydowana większość pragnie rodzić dzieci i być paniami domu. Niewątpliwie wymaga to geniuszu, który Jan Paweł II określił mianem kobiecego. Ów geniusz nie ma nic wspólnego z byciem jednocześnie seksbombą i robokopem, a zasadza się na pewnych cechach płci wyróżniających kobiety. Wrażliwość, empatia, ciepło i umiejętność ogarnięcia rzeczywistości w adekwatnym porządku – to przymioty powodujące, że przedstawicielki naszej płci mogły i w dalszym ciągu potrafią łączyć zadania, wydawałoby się, nie do pogodzenia. Karmić piersią i zarządzać ogromnym przedsiębiorstwem, prowadzić dom i pracować na etacie, studiować i wychowywać dziecko. Oczywiście panie nie mogłyby doskonale godzić wszystkich tych zadań, gdyby nie wspaniali mężowie rozumiejący wartość towarzyszki życia jako matki, ale też jako osoby, która ma własne ambicje zawodowe. Dlatego ustalanie parytetów wydaje się niespójne z życiem i bądź co bądź uwłaczające kobietom. Wyróżnik, którym jest płeć, nie może być decydującym kryterium do zasiadania w jakimś gremium. Kobiety same wiedzą, kim chcą być i co mają robić, a ich konkretna sytuacja życiowa, talenty i możliwości w danym momencie są podstawowymi wytycznymi wyboru drogi życiowej. Niczego nie muszą udowadniać – ani że są lepsze, ani słabsze od mężczyzn. Owszem, pewne feministyczne trendy szkodzą kobietom przez kreowanie mody na uwolnienie od przymusu rodzenia. To błędna ideologia. Bo to nie przymus, a przywilej. Kobieta jest stworzona do bycia matką. Nawet jeśli nigdy nie urodzi, i tak w myślach, pragnieniach, a także w czynach będzie komuś matkować. I to jest normalne, gdyż zgodne z jej naturą. Wszelkie zabiegi próbujące „wyzwolić” kobietę od – jak zwą to niektóre postępowe feministki – stereotypu matki-Polki, muszą spalić na panewce. Po pierwsze, to brak szacunku dla matek. Po wtóre, jest pewien trend do „wyswobadzania” ze wszystkiego – odpowiedzialności, miłości i hojności. Szkoda tylko, że pewna część młodych daje się łapać na ten lep pseudowolności. Parytety powracają, walka płci zastępuje walkę klas i ras, których finał mieliśmy nieszczęście poznać. Płeć zaś jest takim samym darem jak inne darmo otrzymane. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają realizować zadanie, które Jan Paweł II opisał jako „odpowiedzialność za losy ludzkości tak w życiu prywatnym, jak i na arenie życia publicznego według wymagań dnia powszechnego i ostatecznego przeznaczenia każdego człowieka, jakim jest połączenie z Bogiem” (Mulieris dignitatem, 1988).


Hanna Wujkowska
drukuj