Prostowanie dróg przeszłości

Adwentowe wezwanie do prostowania własnych dróg nie może się nie odnosić także do naszej przeszłości. Pod wpływem sukcesu typowo nowożytnej idei „postępu” – ukształtowanej przez skupienie umysłów na badaniach z obrębu nauk szczegółowych – przeszłość traktowana jest często jako już nieważna. Nawet niektóre środowiska, określające siebie „konserwatywnymi” (z wyjątkiem neokonserwatystów amerykańskich, na których oddziałały idee Leo Straussa przekonującego o konieczności powrotu do projektów politycznych nade wszystko Sokratesa i Ksenofonta), część tej naszej przeszłości chyba wykreślają ze swojej świadomości historyczno-aksjologicznej, lokując granice naszej teraźniejszości w pięknych obrazkach ze szczytu świetności średniowiecznej Europy. Tego należy się trzymać i do tego także powrócić, włącznie z odrodzeniem monarchii, uważa się zatem w tych środowiskach. To jest jakoby nasza teraźniejszość, naruszona jednak ostatnio przez ocean „postępu”. Pierwsze przyjście Chrystusa miałoby się zatem dokonać w scenerii całkowitego moralnego amoku, który jakoby trawił świat grecko-rzymski. Zrozumiałe jest, że dzisiejsi neopoganie spragnieni są takiego właśnie świata i z tego powodu na użytek tych marzeń preparują naszą przeszłość. Dziwią jednak takie ambicje u niektórych chrześcijan. Czyżbyśmy także ulegli mitowi „postępu”? Czyżbyśmy także uważali się za ludzi przyszłości, ale bez przeszłości? Jeśli jednak nasza przeszłość jest nieważna, to jakże może być coś warta nasza teraźniejszość?

To wybrzydzanie na przeszłość ma różne przyczyny, a nie tylko dającą się usprawiedliwić ignorancję. Nieraz ubolewanie nad tragicznymi obyczajami świata starożytności greckiej i rzymskiej ma służyć „wybaczeniu” Ojcom Kościoła za żywione przez nich poglądy, niezyskujące sympatii u współczesnych nam katolickich telewidzów. Poduczani codziennie np. ars amandi po wielu latach takich telewizyjnych studiów mają już bardzo wrażliwe sumienia na rzekomo niemiłosierne traktowanie erotyki przez Ojców Kościoła. Gotowi są jednak wybaczyć tym „staruszkom”, którzy jakoby żyli i myśleli pod ciśnienieniem wyjątkowo niedobrych czasów i z tego powodu nie mieli tak dobrego rozeznania, jakie podobno my mamy.

Wytrawni teologowie nie powinni jednak tej modzie niektórych publicystów ulegać, w każdym razie powinni się jej zdecydowanie przeciwstawić, czego niekiedy brakuje. Czytamy np. w monografii arcygłośnego dzisiaj autora „Akt małżeński”, iż „nauczania Kościoła w pierwszych wiekach nie można zrozumieć bez wiedzy o rozwiązłości seksualnej, jaka panowała w przedchrześcijańskim świecie” (s. 34). Dla uzasadnienia tej tezy nie sięga się jednak do dobrze zachowanej starożytnej literatury greckiej i rzymskiej, ale korzysta z rozmaitych opracowań tej epoki, co oczywiście nie jest niczym zdrożnym, byleby tylko orientować się w wartości tych opracowań. Czyżby w książkach pisano tylko prawdę i najprawdziwszą prawdę? Wiadomo, że tak nie jest także z książkami naukowymi. Sięgając zatem do szeroko dostępnych źródeł, otrzymamy zupełnie inny obraz epoki, która przygotowała narodzenie Chrystusa i do której musieli się ustosunkować Ojcowie Kościoła. Dość zajrzeć np. do „Uczty” i „Ekonomiki” Ksenofonta, „Praw” Platona, „Polityki” i „Etyki nikomachejskiej” Arystotelesa, „Dialogu o miłości” i „Zaleceń małżeńskich” Plutarcha z Cheronei. Są to dzieła stuprocentowych pogan, ze stuprocentowym rozeznaniem, iż relacje erotyczne winny być życzliwością, „pomocą” drugiej osobie, a zatem niekonsumpcyjnym traktowaniem drugiej osoby i siebie. Zamiast wykorzystania tej wielkiej literatury autor katolickiego dzieła „Akt małżeński” raczy nas sceną z domu publicznego, pióra Lukiana z Samostat, o tytule „Dialog kurtyzan”. Przecież to jest „pikantna” satyra syryjskiego sofisty, poduczonego w grece, a żyjącego dopiero w II wieku po Chrystusie, czyli ponad 500 lat po śmierci Sokratesa. Co to za źródło dobrej informacji o klasycznych Atenach?

Pewnie z powodu tego przeoczenia czytamy w książce „Akt małżeński”, że w starożytnych Atenach „homoseksualizm traktowano nawet jako wyższą formę kontaktów seksualnych. W elitach władzy, nauki i kultury był on szczególnie popularny. Dużą popularnością cieszyli się młodzi chłopcy. Pederastię powszechnie akceptowano, a nawet traktowano jako wyjątkowo korzystny, z punktu widzenia ówczesnej pedagogiki, sposób wychowania młodzieży. Wykształciły się nawet bardziej wysublimowane formy pederastii, zarezerwowane dla chłopców z dobrych domów. Chłopców rozbudzał seksualnie pedagog – mężczyzna starszy wiekiem, który miał być nie tylko partnerem seksualnym, ale także przyjacielem i przewodnikiem. Miał w nich rozwijać uczuciowość, wrażliwość na piękno, cnotę męstwa i patriotyzm”.

Nic, tylko tę grecką przeszł ość skreślić albo ją praktykować, oczywiście jeśli ktoś uwierzy w te historyczne bajki, o których w kilku swoich książkach pisałem, jak widać, bez sukcesów. Skoro tak miałaby wyglądać aktywność pedagogiczna między innymi Homera, Sokratesa, Platona, Ksenofonta, Arystotelesa i innych czołowych przedstawicieli starożytności greckiej, to szkoda zaglądać do ich dzieł i czegokolwiek z nich się uczyć. Stracilibyśmy jednak w ten sposób jedyną szansę, aby przejrzeć się w dobrym zwierciadle i przekonać, jak bardzo współczesne nam poglądy na temat sfery erotycznej odległe są nie tylko od nauczania Kościoła katolickiego (którym nawet niektórzy teologowie się nie przejmują, jak diagnozuje Jan Paweł II w encyklice „Veritatis splendor”), ale także od zdrowego, niezdeprawowanego mediami rozumu. Dysponowała nim niewątpliwie intelektualna czołówka starożytnej Hellady i jej pierwszego ucznia – Rzymu.

Aby zatem być sobą, trzeba dobrze wiedzieć, nie tylko dokąd zmierzamy, ale także skąd wyruszyliśmy.


Marek Czachorowski
drukuj