Z mojego domu zostały gruzy
Ze Stanisławem Soszyńskim, wypędzonym jako 13-chłopiec ze Starówki, rozmawia Mariusz Bober
Wypędzenie Pana rodziny z Warszawy miało związek z powstaniem? Było formą represji za udział w nim?
– Nie. Mieszkaliśmy do wybuchu powstania na Starówce. W 1942 r. zmarł mój ojciec. Oprócz tego, że mama przynosiła do domu do segregowania Biuletyn Informacyjny, a w naszym domu utworzono punkt sanitarny, nie braliśmy udziału w powstaniu. Ale nawet o tym Niemcy nie wiedzieli. Po prostu cała ulica leżała w gruzach. Akurat dzień przed wypędzeniem nas w mój dom trafił pocisk z tzw. szafy [ciężkiego moździerza kolejowego – red.], powodując pożar. Gdy wkroczyły niemieckie wojska, wyrzucały stamtąd wszystkich cywilów. Wypędzono nas 2 września o 6.30 rano. Musieliśmy wyjść z piwnic pod naszym domem przy ul. Freta z podniesionymi w górę rękami. Pierwszy spotkany Niemiec na widok wychodzących z ruin mieszkańców naszej ulicy spytał zdziwiony: „Skąd was tu jeszcze tyle jest?”. Było nas ok. 100 osób.
Dokąd wszystkich skierowano?
– Ten pierwszy spotkany oficer tłumaczył, że na plac Zamkowy, gdzie „tylko sprawdzą nam dowody tożsamości i wrócimy”. Dopiero gdy wyszliśmy na ulicę, zobaczyliśmy kłębiących się żołnierzy niemieckich, a właściwie mieszankę międzynarodową walczącą dla Niemców. Byli tam m.in. Kałmucy, chyba Azerowie, Kozacy itp. Nigdy nie zapomnę tego pochodu ulicami płonącej Starówki, wśród ciągłej strzelaniny, mordów, gwałtów na kobietach, po prostu trudno to opisać bez przywołania emocji przerastających człowieka. Niemal co krok Niemcy zabijali kogoś z tego pochodu śmierci. Pamiętam, jak w pewnym momencie niemiecki żołdak podbiegł do jakiegoś mężczyzny, który niósł butelkę. Odebrał mu ją i zaczął pić, myśląc, że to wódka, choć mężczyzna wołał: „To olej!”. Wtedy tamten zdenerwowany wypluł go ze wstrętem, rzucił butelką o mur i zastrzelił tego mężczyznę. Wbrew temu, co nam mówił spotkany wcześniej oficer, zapędzono nas nie na plac Zamkowy, ale do kościoła św. Wojciecha na Woli. Tam usłyszałem groźne słowo „selekcja”. Niemcy oddzielali mężczyzn od reszty ludności. Choć byłem dość wysoki jak na swoje 13 lat – mierzyłem 170 cm wzrostu – udało mi się zostać razem z mamą oraz młodszą siostrą i bratem. Razem trafiliśmy do obozu w Pruszkowie.
Udało się Pana rodzinie cokolwiek zabrać ze sobą?
– Właściwie jedynie kilka rzeczy: garnek, nożyczki, legitymację szkolną i serdak, który przydał się zwłaszcza w obozie w Pruszkowie, podobnie zresztą jak garnek, w który mogliśmy dostawać zupę rozdzielaną przez Radę Główną Opiekuńczą (nie Niemców!). Po pewnym czasie załadowano nas do zwykłych węglarek [wagonów przewożących węgiel – red.] i w ten sposób dojechaliśmy do Skierniewic. Tam jakiś kolejarz podczas postoju powiedział nam, że jeśli skręcimy w prawo, to pojedziemy do Generalnej Guberni, a jeśli w lewo – do Oświęcimia. Pociąg skręcił w prawo, ale udało nam się po drodze wyskoczyć z niego.
Udało się też wrócić do Warszawy?
– Nie. Wróciliśmy, zresztą też pociągiem, do Grodziska Mazowieckiego. Tam jednak się okazało, że Niemcy wyłapywali wszystkich, którzy nie mieli specjalnych przepustek, a my oczywiście nie mieliśmy ich. Obstawiony był przez nich cały dworzec kolejowy. Na szczęście trafiliśmy na jakiegoś dobrego kolejarza, który spytał mamę, dokąd idzie z dziećmi. Mama odpowiedziała: „Do końca peronu”. Wtedy powiedział jej, że kordon Niemców kończy się za stacją, gdzie nas przeprowadził. Tam przeskoczyliśmy przez betonowe ogrodzenie. Wtedy zobaczyłem, że kordon jednak stoi. Na szczęście się okazało, że byli to węgierscy żołnierze. Ci nie tylko pomogli nam wszystkim przejść przez ogrodzenie, ale też schowali nas przed dwoma Niemcami, którzy zaalarmowani biegli w naszą stronę. Stamtąd doszliśmy piechotą do wuja mieszkającego w Lesznie pod Warszawą.
O powrocie na Starówkę nie mogło być mowy?
– Do stycznia 1945 r. był to teren zamknięty. Po wyzwoleniu udaliśmy się tam i zobaczyliśmy, że cała ulica została zniszczona. To było jedno wielkie rumowisko.
Dziękuję za rozmowę.
