Dla wolności słowa konieczny jest pluralizm opinii

Ze Stanisławem Michalkiewiczem, publicystą, prawnikiem, wykładowcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Marek Żelazny

Czy należy się spodziewać intensyfikacji procesu „prywatyzacji” mediów publicznych? Jakie mogą być jego dalekosiężne skutki?

– Nic strasznego się nie stanie. Jak zniknie telewizja państwowa, to ludzie, którzy nie mogą bez telewizji wytrzymać, będą oglądali inne stacje, na przykład – Telewizję Trwam. Dla tych stacji to chyba dobra wiadomość. Politycy uchodzą w opinii publicznej – i chyba słusznie – za środowisko wyjątkowo zdemoralizowane. Dlaczego zatem pokutuje pogląd, że właśnie to zdemoralizowane środowisko za pomocą państwowej telewizji będzie najlepiej nas moralizowało? – trudno zgadnąć. Osobiście widzę inne zagrożenie w postaci ustawy medialnej, która jest po prostu próbą przywrócenia cenzury ręcznie sterowanej przez rząd za pomocą swoich przedstawicieli w Krajowej Radzie, która będzie wydzielała licencje, i Radzie Programowej, która będzie je opiniowała. To jest dopiero niebezpieczne, bez względu na to, czy istniałaby państwowa telewizja, czy nie.

Jakie jest, Pańskim zdaniem, głębsze podłoże walki o media publiczne, czy chodzi tu o zapanowanie nad przestrzenią medialną w Polsce, czy też o bardziej prozaiczne względy np. podział bogatego łupu po ośrodkach telewizyjnych (cenne budynki i grunty, nowoczesne studia, drogi sprzęt, olbrzymie zasoby archiwalne itd.)?

– Niewątpliwie PO liczy na to, że jej polityczne zaplecze się na tym obłowi, ale nie sądzę, żeby sama wszystko zjadła. Wejście w życie ustawy „medialnej” wymaga szerszego konsensusu politycznego, więc i łupy też trzeba będzie podzielić między większe grono uczestników. Niektórym z nich rzeczywiście przyświecają jeszcze względy ideologiczne, ale gdyby takie środowiska opanowały państwową telewizję, to robiłyby to samo, tylko za nasze pieniądze. Więc może lepiej, jeśli będą musiały robić to za swoje.

Ważą się właśnie ostateczne losy owej ustawy. Prezydent Lech Kaczyński do czwartku musi podjąć decyzję, co dalej z „medialną”. Jakiego stanowiska spodziewa się Pan w tej sprawie?

– Myślę, że pan prezydent tej ustawy nie podpisze, co prawda z innych powodów niż sprzeciw wobec cenzury, ale mniejsza o intencje, liczy się skutek. Na razie zatem bezpośredniego niebezpieczeństwa nie ma, ale rządzący nami totalniacy prędzej czy później do pomysłu powrócą, bo przecież jest rozkaz, żeby w Unii Europejskiej – a więc i w Polsce też – zapanowała jedność moralno-polityczna, a to wymaga likwidacji wolności słowa, no i w ogóle, żeby wszyscy nie tylko mówili, ale i myśleli pod sztancę.

Podczas niedawnej pielgrzymki Rodziny Radia Maryja do amerykańskiej Częstochowy ks. bp Antoni Dydycz, mówiąc o wyjątkowej roli Radia Maryja i dzieł przy nim powstałych, stwierdził, że „Radio Maryja wraz z Telewizją Trwam i innymi dziełami jest współczesnym szańcem, który stoi przy Chrystusie i przy Krzyżu, stoi na straży naszej jedności”. Czy po ewentualnej marginalizacji mediów publicznych (przez PO i akolitów) te katolicko-narodowe media nie znajdą się pod jeszcze większym ostrzałem?

– Pozycja Radia Maryja i Telewizji Trwam nie ma żadnego związku z istnieniem lub nieistnieniem państwowych mediów elektronicznych. Zagrożeniem dla Telewizji Trwam i Radia Maryja może być perspektywa odebrania koncesji, co wynika z intencji przywrócenia cenzury ręcznie sterowanej przez rząd, każdorazowy rząd. Dlatego sytuacja tych stacji zależy od tego, czy w Polsce będą przestrzegane standardy wolności słowa, czy nie. Radio Maryja – przez samo swoje istnienie – zaburza ład medialny zaprojektowany przy Okrągłym Stole, według którego pewne środowiska miały monopol na wypowiadanie się w imieniu wszystkich, inne – tylko w imieniu własnym, a reszta – miała słuchać i klaskać. Media państwowe zostały w ten ład też wkomponowane i kiedy państwową telewizją sterował pan prezes Kwiatkowski służyły temu monopolowi.

Istnienie Radia Maryja czy Telewizji Trwam jest solą w oku środowisk, które pragnęłyby całkowicie zawładnąć przestrzenią medialną w Polsce. Tu dotykamy zasadniczego problemu, jakim jest wolność słowa, na straży której stoją również i te katolickie media..
.
– Zgadzam się z tą oceną i dodam, że zagrożeniem dla wolności słowa, z którym dzisiaj mamy w Polsce do czynienia, jest z jednej strony próba narzucenia w dyskursie publicznym tematów tabu, a więc takich, których albo w ogóle nie wolno poruszać, albo wolno wyłącznie w sposób przez kogoś (kogo?) zatwierdzony, zaś z drugiej – egzekwowanie tego poprzez narzucenie monopolu medialnego, w którym – jak już przypomniałem – doskonale funkcjonowały państwowe media elektroniczne. Dlatego, z punktu widzenia wolności słowa, ważne jest ograniczenie uprawnień władzy publicznej do decydowania o prowadzeniu rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych, bo w przeciwnym razie kolejne rządy, postępując cierpliwie i metodycznie, przywrócą monopol. Tymczasem dla wolności słowa konieczny jest pluralizm opinii, który wymaga niezbędnego minimum swobody gospodarczej.

Takie minimum gospodarczej swobody usiłuje wywalczyć środowisko Rodziny Radia Maryja, m.in. zabiegając o realizację, projektów podejmowanych przez Fundację „Lux Veritatis”, a związanych z toruńską geotermią. Jak należy ocenić postępowanie reprezentantów rządu Donalda Tuska, kierującego się rzekomo liberalnymi zasadami w gospodarce, w odniesieniu do tej cennej dla całego kraju inicjatywy?

– Nie chodzi mi w tym przypadku o realizację poszczególnych przedsięwzięć, tylko o zmianę prawa w pożądanym kierunku chociaż i ten przykład pokazuje, jak groźne jest wyposażanie rządu, tzn. władzy publicznej, w nadmierne uprawnienia. Na przykład, co ministrowi spraw wewnętrznych do tego, że jacyś ludzie zamierzają przekazać własne pieniądze na jakiś cel? Dlaczego niby ten urzędnik ma mieć możliwość zabronienia im tego, jeśli cel nie jest przestępstwem? Platforma Obywatelska nie kieruje się zasadami liberalizmu gospodarczego. W każdym razie, mimo upływu prawie dwóch lat, gdy rządzi, żadne totalniackie prawa w gospodarce nie zostały zniesione. Do rangi symbolu urasta fakt, że pan poseł Janusz Palikot, stojący podówczas na czele sejmowej komisji „Przyjazne Państwo”, która miała likwidować najbardziej rażące absurdy w ustawodawstwie, głosował za ustawą, według której nawet jednoosobowe firmy powinny zatrudnić strażaka i bezpieczniaka. To pokazuje, jaką mądrością Polska jest rządzona.
Zasadniczo chodziłoby o likwidację modelu ekonomicznego, który nazywam kapitalizmem kompradorskim i zastąpienie go kapitalizmem zwyczajnym. W zwyczajnym kapitalizmie o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na nim decydują w zasadzie osobiste właściwości podmiotu działającego: czy jest przedsiębiorczy, rzutki, czy ma skłonność do ryzyka, czy jest pracowity, czy wreszcie ma szczęście, natomiast w kapitalizmie kompradorskim o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na nim decyduje przynależność do sitwy. Bardzo wymowny jest tu przykład pana Romana Kluski czy choćby toruńskiej geotermii. W rezultacie podtrzymywania w Polsce kapitalizmu kompradorskiego narodowy potencjał ekonomiczny wykorzystywany jest w niewielkim stopniu, a coraz to nowe grupy społeczne są usuwane poza główny nurt życia gospodarczego. I to trzeba zmienić koniecznie w imię interesu narodowego.

Jednak blokowanie tego przedsięwzięcia to nie tylko podcinanie skrzydeł Ojcom Redemptorystom i – w pewnym sensie – walka z prowadzonymi przez nich mediami, ale także ograniczanie szans na rozwój polskiej młodzieży akademickiej studiującej w murach toruńskiej WSKSiM (wykorzystanie źródeł geotermalnych umożliwiłoby m.in. ogrzewanie pomieszczeń uczelni). Czy taka postawa i strategia przystoi urzędnikom państwowym?

– Nie przystoi. Urzędnik państwowy, który dostaje pieniądze zabrane podatnikom, nie powinien ich zwalczać nawet we własnym dobrze pojętym interesie, bo podcina w ten sposób gałąź, na której siedzi. Ale co tu wymagać od durniów albo od łajdaków, którzy wykonują zadania zlecone, a z którąś z tych sytuacji mamy właśnie do czynienia.

Czego pragnąłby Pan życzyć swym studentom z WSKSiM?

– Przede wszystkim, żeby dobrze rozumieli rzeczywiste mechanizmy rządzące państwem, bo tylko wtedy, kiedy się prawidłowo diagnozuje sytuację, można znaleźć właściwe remedium na różne patologie. Zresztą, takie rozeznanie po prostu przystoi ludziom, którzy w przyszłości będą stanowili elitę naszego społeczeństwa. Życzę im zatem również, żeby im się udało to, co niestety, jak widać, na razie nie udało się nam, tzn. wprowadzenie w Polsce ustroju ufundowanego na wolności i sprawiedliwości – nie tej „społecznej”, bo to jest tylko inna, elegancka nazwa rabunku – tylko zwyczajnej, tej, o której mówił Ulpian: „Iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” (sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy), w którym system prawny ufundowany byłby na zasadzie „volenti non fit iniuria” (chcącemu nie dzieje się krzywda) – bo na niej właśnie zbudowana jest nasza łacińska cywilizacja. No i oczywiście, osiągnięcia w przyszłości pozycji zawodowej i społecznej na miarę ambicji.

Dziękuję za rozmowę

drukuj