Historia opowiedziana przez świętych
Ewa Polak-Pałkiewicz
To nie chrześcijanie (nawet Papieże) czynią Kościół świętym, przypomniał w jednym ze swych esejów Vittorio Messori, „ale właśnie Kościół czyni chrześcijan świętymi”. Czy dzisiejsze publiczne zniewagi wobec Ojca Świętego nie są – paradoksalnie – tego dowodem?
Godność Następcy Świętego Piotra nie wynika bowiem z mądrości, pobożności czy nieposzlakowanego życia każdego z Papieży. Vittorio Messori przypomina skrajny przypadek Aleksandra VI (Rodriga Borgii), wybranego na Urząd Piotrowy w 1492 roku (wybory, zdaniem historyków, były przekupione). Nikt nie próbuje go dziś bronić jako człowieka. Ale Papież ten, „szczyt zgorszenia”, jak się często podkreśla, nie zasłużył na żaden zarzut w kwestiach religijnych. „Czystość doktryny, której nauczał jako papież, pozostała nietknięta, była wręcz nieposzlakowana” – twierdzi katolicki historyk papiestwa Ludwig von Pastor. Nie łudźmy się, to nie pociągająca osobowość, kultura osobista i umysłowe horyzonty Josepha Ratzingera budzą zawiść ludzi o mniej pojemnych umysłach i prowadzą do grubiańskich publicznych zniewag wobec niego. Podobnie Jan Paweł II irytował swoich przeciwników nie tylko zdumiewającą umiejętnością zjednywania sobie ludzi w pogawędkach z milionową publicznością. Jana Pawła II i Benedykta XVI – i ich poprzedników – słucha się z taką czcią z powodu prawdy, nietkniętego „depozytu wiary”, którą głoszą z mocą. Tu tkwi tajemnica obiektywnej świętości Kościoła. To ona wywołuje taką furię nienawiści. Zgorszeniem dla pogańskiego świata jest to, że Ojciec Święty nie tylko kieruje Kościołem – przy całej kolegialności, w sumie przecież jednoosobowo – ale jest strażnikiem wiary. Dlatego tak powszechnie – celowo – rola Papieża mylona jest z rolą trochę większego zarządcy czy prezesa jakiejś firmy. Kurczy się liczba osób – nawet w samym Kościele – które rozumieją, że decyzje Benedykta XVI, jak ostatnia, zdjęcia ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa św. Piusa X, są wynikiem postawy Bożego wojownika. A sprzeciw wobec nadużywania wolności, zdecydowane „nie” wobec handlowania śmiercią na kontynencie afrykańskim, to przecież nic innego, jak głoszenie Ewangelii i Dziesięciorga Przykazań. Papież, walcząc o prawdę, walczy o wiarę (a nie walczy z „religią” holokaustu, jak mu się to dziś przypisuje). Walczy heroicznie. I dlatego potrzebuje zrozumienia, kim jest jego osoba dla Kościoła.
Dobrze rozumieli to święci. Poświadcza to szczególna więź wielu z nich z Ojcem Świętym. A przecież tyle było wśród Papieży trudnych osobowości. Znajomość ich, fatalnych nieraz, ludzkich przywar, nie przeszkadzała im widzieć jasno, iż władza Papieża ma nadprzyrodzony charakter.
Zaufanie i wierność wobec Głowy Kościoła przejawiały się w ich życiu – zwłaszcza w czasach zagrożenia Kościoła – w bardzo osobisty, często zaskakujący, daleki od konwencjonalności sposób. Włoski karmelita Antonio Sicari w swojej książce pt. „Nowe portrety Świętych” (t. 1-5, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2007) zawarł sylwetki osób niegdyś bardzo czczonych, dziś, niestety, w większości zapomnianych. Bez literackiej egzaltacji przedstawia również historie ich związków z Papieżem. Z racji ich temperatury emocjonalnej mogą wydawać się wręcz bajkową opowieścią. Zwłaszcza z perspektywy współczesnego człowieka, który niby to spoufalony jest z całym światem, a w istocie często nie potrafi nawiązać relacji nawet z bliskimi. Ojciec Sicari, zakonnik i naukowiec, przypomina dzisiejszym ludziom, jak mogą wyglądać chrześcijańska miłość i chrześcijańska wolność.
Katarzyna, czyli „Kochany tatusiu!”
Święta Katarzyna ze Sieny – Katarzyna Benicasa (1347-1380), wiedziała już jako bardzo młoda dziewczyna (zmarła w wieku 33 lat), że jakimś tajemniczym, znanym tylko Panu Bogu sposobem „cierpienia i losy Kościoła dotyczą jej samej”. Nawet w sposób fizyczny, odczuwalny w ciele. Jej wielką życiową misją było doprowadzenie do powrotu Papieża z Awinionu do Rzymu. Skromna dominikańska tercjarka słała w tej sprawie setki listów do samego Ojca Świętego i wpływowych osobistości ówczesnego świata (jako niepiśmienna dyktowała je skrybom). Pokonywała najrozmaitsze intrygi – które w jednej chwili potrafiła rozszyfrować – by dostać się do Grzegorza XI. A gdy już dotarła do pałacu w Awinionie, musiała słuchać szyderstw kardynałów: „Jakże ty, biedna kobiecina, możesz uzurpować sobie prawo do rozmawiania z papieżem na podobne tematy?”. Gdy jedna z intryg, która miała powstrzymać Papieża przed powrotem do Rzymu, została przez Katarzynę udaremniona, „odważyła się z całym szacunkiem i delikatnością, upomnieć papieża, aby nie zachowywał się jak dziecko: 'Proszę was w imieniu Chrystusa Ukrzyżowanego, nie bądźcie lękliwym dzieckiem, ale odważnym mężem'” (List 239). W kolejnych listach zdecydowanie przeciwstawiała się większości kardynałów (z reguły byli to Francuzi), którzy woleli pozostać w Awinionie. I wreszcie Grzegorz XI ruszył w podróż do Rzymu.
W ciągu kilku lat, jakie dzieliły ten moment od czasu wielkiej schizmy, która raz jeszcze postawi Katarzynę wobec konieczności walki o Kościół, narodziło się mistyczne dzieło, dzięki któremu święta ze Sieny otrzyma tytuł doktora Kościoła. Jest to „Księga” zawierająca jej pytania do Boga – i odpowiedzi. Nie jej. „Bóg mówił, a Katarzyna (…) recytowała słowa Boga skierowane do niej”. „Drugie pytanie 'Księgi’ dotyczyło 'miłosierdzia dla świata’; trzecie – 'miłosierdzia dla Kościoła’. Katarzyna prosiła, aby Ojciec 'usunął ciemności i prześladowania’ i by to ona mogła wziąć na siebie ciężar wszelkiego zła”. Jej język pozostał tym samym co zawsze, prostym i jędrnym językiem kobiety z prowincji, córki rzemieślniczej rodziny (była 24. z kolei dzieckiem swych rodziców, po niej przyszło na świat jeszcze jedno dziecko). W ten sposób udowodnione zostało, że cała doktryna chrześcijańska „w przeróżnych jej aspektach teologicznych, moralnych i ascetycznych” może być opowiedziana przez zwyczajnego człowieka. Zasłuchanego w słowa Boga.
„Zaledwie skończyła swoje dzieło – pisze o. Sicari – ziemia rozpękła się pod naporem Wielkiej Schizmy. Dwóch papieży zostało wybranych przez tych samych kardynałów, a chrześcijaństwo pękło na dwie części i przez czterdzieści lat Kościołem miotała niepewność o to, kto jest prawowitym pasterzem”. Katarzyna nie miała wątpliwości, że jest nim Urban VI, człowiek trudny, o gwałtownym i wybuchowym charakterze. Odważnie wystąpiła przed konsystorzem kardynałów. Udzielała Papieżowi roztropnych rad związanych z odnową kurii i jego otoczeniem – troszczyła się, by był to krąg ludzi szlachetnych, znowu pisała dziesiątki listów w sprawie Papieża do władców Europy i do ustosunkowanych duchownych. Potrafiła nawet upomnieć Papieża, by nie był surowy w swych słowach lub decyzjach, by pozyskiwał ludzi dobrocią. Papież nie krył zdumienia. „Oto bracia moi – rzekł na zakończenie konsystorza – jak bardzo jesteśmy bojaźliwi, skoro ta kobietka potrafi nas zawstydzić. (…) To ona powinna mieć raczej wątpliwości, tak jak my winniśmy być pewni, a tymczasem ona (…) umacnia nas swymi świętymi argumentami”.
Katarzyna znajduje też po kobiecemu uroczy sposób, by przekonać nieprzystępnego i surowego Urbana VI, że warto zapanować nad własnymi skłonnościami wynikającymi z usposobienia. Ofiarowuje mu na Boże Narodzenie pięć pomarańczy, starannie wydrążonych i wypełnionych słodką konfiturą, przyrządzoną według starodawnej sieneńskiej receptury. Pomarańcze mają skórki pomalowane na złoto. Dołączone jest do nich wyjaśnienie, jak to woda wyciąga gorycz z owocu, nadzienie zaś sprawia, że całość jest nie tylko ponętna, ale i wspaniale łagodna dla podniebienia. Dzisiaj uznaje się bez zastrzeżeń, że to Katarzyna „zmusiła świat do uznania papieża Urbana VI” i w ten sposób wpłynęła znacząco na losy Kościoła i Europy. Czy była herosem? Raczej typową kobietą, pełną delikatności i ciepła, ale zarazem zdumiewająco nieustępliwą, gdy przynaglał ją głos z nieba. Nigdy się nie cofała.
Gdy błagała Grzegorza XI o męstwo i szybszą decyzję powrotu do Rzymu, zdarzało się jej zagalopować w pełnych emocji słowach. Wtedy od razu przepraszała – ale i nacierała od nowa: „Ach, ach, kochany tatusiu, wybaczcie mi moje spoufalanie się w tym, co wam powiedziałam i co mówię. Jednak owa słodka pierwotna prawda zmusza mnie, aby wam o tym mówić…” (List 255).
Joanna, czyli sztuka męstwa
Święta Joanna d’Arc (1411-1431) stanowi dla dzisiejszego katolika nie lada wyzwanie. Autor „Nowych portretów Świętych” jest zdania, że jej osoba wzbudza intrygujące pytania, „które mogą ruszyć z posad zbyt łatwo nabyte przekonania”. Jakie? Na przykład, że wiara i polityka nie mają ze sobą nic wspólnego – i nie powinny mieć. „Że Pan Bóg nigdy nie sprzymierzył się z żadnymi wojskami”. Że wszystkie wojny są złe. Że historia to jedynie sprawa ludzi i ich wyborów. Że tworzenie się narodów nie ma nic wspólnego z opatrznościowym Bożym planem. Że jest wynikiem przypadku bądź sumą zręcznie prowadzonych interesów oraz gry o władzę. A także, że cud jest czymś, co nigdy nie dotyczy życia zwyczajnych ludzi, np. wieśniaków. Tych, którzy zażywają spokojnego żywota na cichej prowincji.
A jednak – jeśli można nazwać cichą prowincją francuską wioskę Domremy, w czasie gdy Francja pochłaniana była przez inwazję wojsk angielskich (trwała wojna stuletnia) – to właśnie tutaj zdarzył się cud, jaki uratował to chrześcijańskie państwo przed niechybnym rozpłynięciem się w imperium Brytyjczyków. W wyniku tego cudu Francja, która w tamtych latach zwątpiła sama w siebie – nawet następca tronu Karol VII nie miał siły, by upomnieć się o przysługującą mu koronę, a kolejne klęski militarne pogłębiały rozpacz i poczucie beznadziei – została uratowana. Kościół, ogłaszając świętą 19-letnią dziewczynę, która stanęła na czele rycerstwa, „uznał za prawdziwą jej misję – jak pisze o. A. Sicari – w której została wezwana do ratowania królestwa Francji w walce z Anglikami i Burgundczykami”. Nie jest świętą męczennicą, nie zginęła za wiarę – spalono ją na stosie, fałszywie oskarżając o herezję i czary w wyniku intrygi Anglików – lecz zabito ją z powodów politycznych. Jej świętość oznacza, że okazała do końca „posłuszeństwo wobec Bożego polecenia, które wzywało ją do militarnego ratowania Francji”. Gdyby nie powstrzymała siłą obcych wojsk – a wcześniej, gdyby sama uznała głos Boga za omam, rozpaloną wyobraźnię czy megalomanię wieku dorastania – nie wybrała się w podróż do króla, by utwierdzić go w przekonaniu, iż jest prawowitym władcą, nie sięgnęła po przywództwo nad oddziałami żołnierzy, przywdziawszy zbroję – Francja zostałaby nieuchronnie „wymazana z geopolitycznej mapy Europy”. Jak to wszystko było możliwe? Tylko zrządzeniem Bożej Opatrzności, która wybiera sobie narzędzia spośród ludzi. Naszym zadaniem, jak przekonuje jej biografia, jest przede wszystkim słuchać Boga. A potem działać.
W najbardziej dramatycznym momencie jej życia, gdy zdradziecki trybunał sędziowski – było w nim zapewne także niemało ludzi nieświadomych roli, jaką odgrywają – przypiekał ją żywym ogniem zręcznie spreparowanych argumentów i szukał punktu zaczepienia w niespójności zeznań (w rzekomym braku posłuszeństwa nakazom Kościoła), Joanna odwołała się do Ojca Świętego. Była przekonana, że u niego znajdzie sprawiedliwość i oczyszczenie z zarzutów. „Powiedziała, że jest gotowa przyjąć wszystko, o ile nakaże jej to sam papież: 'Całkowicie oddaję się Bogu i naszemu papieżowi’. Za czasów inkwizycji takie zdanie wystarczało, aby zawiesić proces i dokumenty przekazać Stolicy Apostolskiej. Jednak Joanna została już skazana [w sercach sędziów – E.P.P.]. Powiedziano jej, że papież jest zbyt daleko”. Ale więcej już nie żonglowano argumentem posłuszeństwa. Znamienne, iż angielski biskup, który uznał ją za heretyczkę, obłożył ekskomuniką i podpisał wyrok, nie był w stanie, tuż przed jej śmiercią, nie udzielić jej prawa do przyjęcia Komunii Świętej. „Biskupie – rzekła do niego – umieram z waszej winy!… Za waszym pośrednictwem odwołam się do Boga!” – przytacza autor książki jeden z najbardziej wstrząsających momentów historii Kościoła. Tylko Pan Bóg wie, dlaczego ten człowiek, przecząc sam sobie i swej decyzji o ekskomunice i winie Joanny, zaskoczył wszystkich odpowiedzią: „Proszę jej udzielić Komunii Świętej i tego wszystkiego, o co poprosi”.
Poprosiła jeszcze o krzyż. Ktoś ze świadków zrobił dla niej niewielki krzyżyk z drzazg drewnianych. Ucałowała go i umieściła na piersi. Miłosierny zakonnik angielski trzymał przed jej oczyma wielki krzyż procesyjny przyniesiony z pobliskiego kościoła, gdy umierała w płomieniach. Ów świadek, dominikanin, podkreślał, że mimo iż kat nieustannie dokładał węgli i siarki oraz dolewał oliwy do rozpalonego stosu, „nie był w stanie spalić serca Joanny, co 'zaskoczyło go bardziej niż jakikolwiek inny oczywisty cud'”.
Ta prawdziwa historia – tak dawna, a jednak czujemy jej nieustanną aktualność – nasuwa wciąż na myśl inną wielką niezabliźnioną ranę naszego Kościoła – sprawę ks. abp. Stanisława Wielgusa. Czy ktoś wie, dlaczego dotąd pokrywa ją pełne zakłopotania milczenie ze strony tych, którzy uczestniczyli w jego „procesie”?
Jan, czyli posłuszeństwo bez granic
Na tle biografii św. Jana Bosco (1815-1888), założyciela salezjanów, jego stosunek do Papieża może wydawać się paradoksem. Absolutna wierność i oddanie, podczas gdy prawie we wszystkich innych sprawach swej burzliwej, wprost niewiarygodnie bogatej i pełnej sukcesów działalności, nieustannie szedł pod prąd. I musiał zmagać się z niezrozumieniem, a nawet wrogością części hierarchów. Bo ten „przedsiębiorca w sferze sacrum” – jak nazywają go dziś kąśliwie niektóre włoskie gazety – geniusz zaskakujących pomysłów, organizacji, inwestycji, do szaleństwa odważny menedżer, a nade wszystko apostoł – mistrz wychowania młodych uliczników turyńskich na oddanych Bogu i ludziom, świadomych swej roli społecznej chrześcijan, był także mistykiem. „W życiu księdza Bosco pojawiają się cudowne zjawiska wszelkiego rodzaju: prorocze sny, wizje, bilokacja, zdolność przenikania najskrytszych tajemnic duszy, rozmnożenie chleba, pożywienia i hostii, uzdrowienia, a nawet wskrzeszenia z martwych” – czytamy u o. Antonia Sicariego. Dwa zaledwie epizody z tej długiej listy nadzwyczajnych znaków, które przytacza włoski karmelita, są wstrząsające. Gdy król zamierzał podpisać prawo zezwalające na likwidację wszystkich klasztorów – były to czasy wielkiego duchowego i politycznego zamętu we Włoszech i Europie, naprzemiennych rewolucji i restauracji oraz szczytowego antyklerykalizmu – św. Jan Bosco miał sen. Ktoś z królewskiego otoczenia przekazał mu wiadomość: „Uroczyste pogrzeby odbędą się na dworze”. Don Bosco natychmiast wysłał do króla list z przestrogą, by w sprawie nowego prawa postąpił rozważnie, unikając grożących mu kar kościelnych (ekskomuniki ze strony Papieża). Był grudzień 1854 roku. Król nie przyjął tych słów. Między styczniem a majem następnego roku zmarły cztery osoby z najbliższej rodziny monarchy, w tym jego żona i syn. Drugi fakt dotyczył epidemii cholery, która szalała w Turynie w 1854 roku. Brakowało ochotników do opieki nad chorymi i transportu ludzi do prowizorycznych szpitali. Don Bosco zgromadził swoich podopiecznych, młodych chłopców, wśród których nie brakowało dzieci i – prosząc o pomoc chorym – przyrzekł im: „Jeśli oddacie się całkowicie Bożej Łasce i nie popełnicie żadnego śmiertelnego grzechu, to zapewniam was, że nikogo z was zaraza nie dotknie”. Jest 5 sierpnia, święto Matki Bożej Śnieżnej. Chłopcy formują się w trzy drużyny i ruszają na swoje posterunki: przy umierających na ulicach, chorych w lazaretach i domach i w lotnym pogotowiu czekającym na każde wezwanie.
W październiku epidemia się skończyła, zabierając 1400 osób. Nie było wśród nich ani jednego chłopca od ks. Bosco.
W ciągu następnych lat w tworzonych przez św. Jana Bosco domach, szkołach, warsztatach i innych instytucjach – w Europie i poza nią – znalazło się 100 tys. młodych ludzi. Opuścili je jako kwiat chrześcijaństwa, apostołowie wiary, służący jak najlepiej Kościołowi i swoim ojczyznom.
„Dziś – pisze o. Antonio Sicari przy okazji tej biografii – każdy może sobie bez żadnego ryzyka pozwolić na jakikolwiek banał czy brutalność, mówiąc o rzeczach dotyczących Kościoła czy o jego członkach, tym bardziej że wielu chrześcijan akceptuje takie sądy, a nawet się z nimi zgadza, jakby w obawie przed popadnięciem w triumfalizm”. Także w sprawie osoby Papieża. Don Bosco w każdej sytuacji go bronił. Często mawiał, że wyznaje „politykę Pater noster”, a jego naczelną zasadą jest: „stać zawsze przy papieżu”. „Był, wedle własnego określenia, przywiązany do papieża jak 'polip do rafy koralowej'”. A były to czasy nieustannego szukania sposobu na to, jak uczynić Głowę Kościoła wygodnym politycznym bądź ideologicznym narzędziem – np. przeciwstawić Piusa IX poprzednikom w nadziei, iż będzie on Papieżem liberalnym. Także Don Bosco był „badany” przez fałszywych przyjaciół w kwestii „problemu rzymskiego”. Odpowiadał wtedy: „Jestem zawsze z Papieżem. Jestem katolikiem i jestem ślepo posłuszny Papieżowi (…). Jeśli chcemy być katolikami, musimy myśleć i wierzyć tak, jak myśli i wierzy Papież”.
W swoim systemie wychowawczym zachowywał się tak jak ojciec. Nigdy nie dał się wplątać w żadne polityczne czy pseudonaukowe nowinki. Brzydził się wszelką manipulacją. Gdy tworzył drugie z kolei oratorium, Marks kończył „Manifest komunistyczny”. Metoda wychowawcza ks. Bosco to osoba wychowawcy i jej absolutne oddanie podopiecznym. „Przyrzekłem Bogu – mówił – że do mojego ostatniego tchu będę zawsze do dyspozycji moich biednych młodzieńców. Dla was studiuję, dla was pracuję, dla was żyję, dla was jestem gotów tak umrzeć”. Mawiał też, że „edukacja jest sprawą serca, a tylko Bóg jest jego władcą i nie osiągniemy niczego, jeśli Bóg nie da nam klucza do serc”.
Św. Maksymilian, czyli bezgraniczne zawierzenie
W życiu św. Maksymiliana Marii Kolbego (1894-1941) jest pewien moment, który okazał się zwrotny dla rozeznania przez niego swej drogi i misji, którą wypełniał z radością i dziecięcą ufnością. Ufnością w orędownictwo Maryi Niepokalanej. Był Jej rycerzem. Ten moment to pewien wieczór w czasie, gdy Maksymilian Maria studiował w Rzymie filozofię i teologię (1912-1919). Przed jego oczami przesuwała się procesja ku czci Giordana Bruna. „Podczas tej procesji – pisze o. Antonio Sicari – niesiono czarny sztandar przedstawiający Lucyfera zwyciężającego Świętego Michała Archanioła. Na placu Świętego Piotra rozdawano ulotki, na których napisano: 'Szatan powinien rządzić na Watykanie, a papież ma być jego sługą'”.
Ten moment upewnił młodego zakonnika – wstąpił do seminarium franciszkanów, mając 13 lat – „że nadeszła Era Niepokalanej, ów czas, kiedy Maryja, tak jak mówi o tym Księga Rodzaju, zmiażdży głowę węża”. Oddał się całkowicie na Jej służbę. Ojciec Sicari podkreśla „niezmierną czułość i poufałość św. Maksymiliana wobec Maryi, z jaką potrafią przemawiać do Niej tylko Polacy. Był wewnętrznie przekonany, że chrześcijanie winni stać się 'rycerzami Niepokalanej’ (…)”. Pierwsze słowa statutów „Milicji Niepokalanej”, stowarzyszenia, które założył, brzmiały: „Starać się o nawrócenie grzeszników, heretyków, żydów itd., a najbardziej masonów (słowo to jest dwukrotnie podkreślone) i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem Niepokalanej”. Zakładając Niepokalanów, zamierzał „zatknąć Jej sztandar na wydawnictwach dzienników i czasopism, na domach wydawniczych, na antenach radiowych, na uczelniach artystycznych i językowych, na teatrach, na salach kinowych, na parlamentach i senatach, jednym słowem na całej ziemi. A poza tym czuwać, aby nikt tych sztandarów nie pozdejmował. Dopiero wtedy zniknie wszelki socjalizm, komunizm, herezje, ateizm, masoneria i wszelkie inne idiotyzmy, które wywodzą się z grzechu…”. Ogromną ilość tych zamierzeń wprowadził w życie. Po 10 latach w Niepokalanowie – który został zbudowany od zera – było prawie 800 zakonników, a nakład „Rycerza Niepokalanej” osiągał blisko milion egzemplarzy. Tuż przed wojną w szeregach Milicji Niepokalanej znajdowało się 800 tys. członków, a lokalną edycję „Rycerza Niepokalanej” wydawano w Nagasaki, w Japonii.
W Oświęcimiu nigdy się nie skarżył. Także wtedy, gdy zmuszono go do przewożenia zmarłych lub zamordowanych i układania ich ciał w krematorium. Szeptał nad nimi: „A Słowo ciałem się stało”. Współwięźniów pocieszał słowami: „Nienawiść nie jest siłą stwórczą, jedynie miłość jest stwórcza”. Powtarzał, że Niepokalana wszystkich wysłuchuje.
Ojciec Sicari podkreśla, że w chwili, gdy niemieccy oprawcy zaakceptowali wybór o. Maksymiliana, że to on zajmie miejsce skazanego Polaka, który ma żonę i dzieci, nastąpił pierwszy cud. Pierwszy cud polskiego franciszkanina. „Dla Lagerführera więźniowie byli tylko numerami. Ojciec Kolbe zmusił go, by przypomniał sobie, że są ludźmi posiadającymi własną tożsamość (…). Ojciec Maksymilian nie mógł spodziewać się jakiegokolwiek historycznego echa swojej decyzji. A właśnie on pokazał światu, że ten obóz był Kalwarią. Nie odwołujemy się tutaj do jakiegoś symbolu, ale wprost do Mszy świętej”.
Ojciec Maksymilian w obozowym piekle, w bunkrze śmierci udowodnił, że nienawiść nigdy nie zatriumfuje. A strażnikiem Miłości i Prawdy jest Kościół święty. Po dwóch tygodniach agonii w głodowym bunkrze, w wigilię święta Wniebowstąpienia, oprawcy wstrzyknęli czterem pozostałym przy życiu skazańcom, w tym o. Maksymilianowi, dawkę fenolu. „Kiedy otwarłem żelazne drzwi – opowiada jeden ze strażników – już nie żył. Wyglądał jednak, jakby ciągle żył. Wspierał się o ścianę. Oblicze jego było nadzwyczaj promienne. Oczy szeroko otwarte i skupione na jednym punkcie. Cała postać była jakby w ekstazie. Nigdy tego nie zapomnę”.
„Tu es Petrus”
Jaki jest sens tej ofiary polskiego męczennika, który – będąc młodzieńcem – nie przeraził się czarnych sztandarów przed Bazyliką św. Piotra? Uczynił ofiarę z siebie, „nie będąc wcale kimś, kto nie potrafi nic innego uczynić, kto natychmiast się poddaje i ustępuje wobec przemocy, lecz kto wszystkiego spodziewa się z wysoka i właśnie dlatego potrafi znosić cierpienia. Ojciec Maksymilian oddał życie, godząc się na śmierć, po tym jak wykorzystał wszystkie swe siły do budowania innego świata, owego biblijnego 'sto razy więcej tu na ziemi’. Męczeństwo nie było więc pobożną ucieczką, lecz pełnym wyrazem jego życiowej energii”.
Jaki jest związek tej ofiary z dzisiejszym dramatem, jaki przeżywa Kościół, którego Sternik jest w tak bezwzględny, bezprecedensowy sposób atakowany również przez „swoich”? Gdy nieposłuszeństwo, polemiki, publiczne faryzejskie „zastanawianie się”, czy Głowa Kościoła powinna „popełniać takie błędy”, jak wyciągnięcie ręki do kapłanów katolickich, do ludzi wierzących w tego samego Chrystusa, stają się nowym obyczajem, nową modą, także – niestety – części prasy i mediów katolickich? I pod pretekstem ujawnienia tych rzekomych błędów stawia się Benedyktowi XVI zarzuty, że neguje nową globalną „religię”, religię holokaustu. Czy to nie są próby podważenia samego fundamentu wiary oraz myślenia o Kościele? Wymuszania zmiany tego myślenia w duchu uznania jakiejś nadrzędnej, ponadkościelnej instancji, której Kościół musi się podporządkować? Bo inaczej spełnią się jakieś nieokreślone groźby, którymi próbuje się szantażować Ojca Świętego.
Ojciec Maksymilian Maria swym życiem i śmiercią – na wzór Chrystusa – zdefiniował wiarę w Chrystusa z zaskakującą precyzją i z jeszcze większym zaangażowaniem ją głosił. Pragnął, jak pisze o. Sicari, wcielić ją we wszystkie przestrzenie życia kulturalnego i społecznego. Jako męczennik miłości postawił „fundamentalne pytanie, które demaskuje i osądza postawę każdego chrześcijanina”. Brzmi ono: „Czy ktokolwiek, kto – w imię wymagań chrześcijańskiej miłości – rozwadnia wiarę i czyni ją kulturowo nieistotną oraz mało znaczącą dla historii, może zasadnie powiedzieć, że ma taką miłość, która sprawia, że jest się gotowym oddać życie?”.
Tak jak oddał je polski franciszkanin. Tak jak oddał je – za Kościół – polski Papież Jan Paweł II, co staje się dla świata katolickiego coraz bardziej jasne… Santo subito. Tą samą drogą kroczy Benedykt XVI. Nieugięty sługa Prawdy.
