Czy NBP będzie bronić złotego?

Z prof. dr. hab. Arturem Śliwińskim, pracownikiem naukowym Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych im. Jana Pawła II w Zielonej Górze, wieloletnim wykładowcą analizy koniunktury gospodarczej na Uniwersytecie Warszawskim, rozmawia Mariusz Bober


Niektórzy twierdzą, że spadek wartości złotówki to „tylko” efekt odpływu kapitału zagranicznego z Polski wywołany światowym kryzysem. Czy nie ma Pan wątpliwości, że Polska stała się ofiarą ataku spekulacyjnego?


– Nie mam wątpliwości, że Polska została wystawiona na atak spekulacyjny wskutek nieostrożnej polityki finansowej, a także co do tego, że zostało to dostrzeżone przez międzynarodowe kręgi finansowe. Przypomnę tylko, że już we wrześniu ubiegłego roku JP Morgan puścił wiadomość, iż złoty jest najsłabszą walutą i mniej bezpieczną niż węgierski forint. W tej wiadomości padło też charakterystyczne zdanie, że w przypadku kryzysu Polska pozostałaby prawie bez rezerw. To nie wyglądało na prognozę, lecz na zapowiedź. Odpływ kapitału jest czynnikiem, który niewątpliwie sprzyja spekulacjom finansowym obliczonym na osłabienie złotego.


Co umożliwiło taką sytuację? Niektórzy ekonomiści oskarżają NBP, twierdząc, że niepotrzebnie niedawno obniżał stopy procentowe.


– Sytuacja jest bardziej złożona. Polityka NBP powiela rozwiązania przyjęte w pierwszej fazie kryzysu w Stanach Zjednoczonych, określane jako polityka stabilizacji finansowej. Sądzono wówczas, że mamy do czynienia z kryzysem płynności. Okazało się jednak, że sytuacja jest dynamiczna: to jest obecnie kryzys niewypłacalności, obejmujący banki, przedsiębiorstwa, konsumentów, a także państwa. W kryzysie tym kluczową sprawą jest poziom zadłużenia. Dotychczas wydawało się, że zadłużenie zagraniczne Polski jest w normie. Niestety, w tym tkwi największa słabość.


Czy rzeczywiście nasze zadłużenie jest tak poważne? Wśród rozwiązań na wyjście z obecnego kryzysu opozycja proponuje m.in. różne wydatki na inwestycje, które jednak zwiększą zadłużenie państwa.


– Mówimy o zadłużeniu zagranicznym. Przekroczyło ono 50 proc. PKB, na co NBP reagował do niedawna ze stoickim spokojem. Stanowczo twierdzono, że sytuacja finansowa w Polsce jest stabilna. Teraz się przekonamy, że jest to wielkie zagrożenie.

Czym innym jest natomiast wzrost wydatków inwestycyjnych. Tutaj konieczne jest zastrzeżenie: nie wszystkich, lecz jedynie tych, które dają realne efekty gospodarcze, wpływają na dochody ludności i popyt krajowy. Ten ostatni jest najważniejszy, gdyż w gospodarce opartej na wolnym handlu klasyczne instrumenty pobudzania wzrostu gospodarczego nie działają. Zamiast popytu krajowego można pobudzić import. Interwencjonizm gospodarczy jest z natury rzeczy protekcjonistyczny.

Powinien być szybko przygotowany precyzyjny i na dużą skalę program inwestycji dających najwyższe efekty zewnętrzne (społeczne). Przedsiębiorstwa prywatne i komunalne można ratować przez zlecenia z tego programu, a nie tylko dzięki zdecydowanie mniej efektywnej pomocy finansowej. Czy obecny rząd stać na tak gruntowną zmianę sposobu myślenia? To jest problem.

Na marginesie warto zauważyć, że silny spadek kursu złotego hamuje import i niewątpliwie przyczyni się do dalszego pogłębienia kryzysu w całej UE, zwłaszcza w Niemczech. Przywódcy UE powinni być mocno zainteresowani szybkim zneutralizowaniem ataku spekulacyjnego na Polskę. Na pewno nie powinni się uskarżać, że to Polska ciągnie ich w dół, a nie międzynarodowe kręgi finansowe.


Skutki obecnego osłabienia złotówki poważnie odczuwają Polacy, którzy zaciągnęli kredyty w walutach obcych. Jakie dla nich będą konsekwencje obecnego ataku spekulacyjnego?


– To zależy, jak potoczy się sytuacja. Kredyty w złotówkach również będą drożeć. To jest wyścig wielu koni. Na razie nie wiadomo, który wygra. Dla kredytobiorcy jednak ważna jest nie tyle kolejność, ile raczej ogólne tempo drożenia kredytu. Moja subiektywna opinia jest taka: szwajcarscy bankierzy są ciągle najbardziej wiarygodni, ponieważ nie są skłonni wchodzić do gry spekulacyjnej.


Jak zarabia się na spekulacjach walutowych w sytuacji takiej, jaka obecnie powstała w Europie?


– Trudność wytłumaczenia mechanizmu omawianej spekulacji walutowej polega na tym, że odbiega ona od sprawdzonych w latach 90. scenariuszy ataku spekulacyjnego, może z wyjątkiem kryzysu argentyńskiego. W każdym tego rodzaju przypadku musi istnieć konkretny cel ataku albo lepiej – łup. Zazwyczaj tym celem były rezerwy walutowe. W rozpatrywanym tutaj przypadku nie jest to oczywiste. Co prawda polskie rezerwy są znaczne, oceniane na blisko 60 mld USD, ale celem ataku są obecnie raczej korzyści z wysokiego oprocentowania nowych obligacji skarbowych (minister Rostowski chce wydać obligacje na 155 mld zł), ułatwiających tegoroczną spłatę zadłużenia zagranicznego. Do tego dochodzą duże korzyści ze sprzedaży walut dla pokrycia tegorocznych kosztów zadłużenia zagranicznego. To wystarczy, aby zacząć grać na obniżkę złotego.


Co powinny zrobić władze i NBP? Większość komentatorów uważa, że interwencja na rynku walutowym nie ma sensu i trzeba tę sytuację przeczekać.


– Nie bardzo wiadomo, jak i czy w ogóle NBP ma zamiar bronić złotego. Publiczne zapowiedzi na ten temat byłyby zresztą nieroztropnym odkrywaniem kart. Nie można wykluczyć jednak, że na istniejącą sytuację nakładać się będzie potrzeba prowadzenia operacji otwartego rynku, a wtedy sytuacja mogłaby się jeszcze pogorszyć. Przeczekanie nie jest w tej sytuacji przemyślaną reakcją na kryzys walutowy. Konieczna jest aktywna polityka, ale niekoniecznie polegająca na tradycyjnych, przewidywalnych kontrakcjach. Ale jeszcze bardziej nieprzemyślane, wręcz lekkomyślne, jest oświadczenie, że rząd planuje interwencję na rynku walutowym, jeśli kurs euro przekroczy 5 złotych. To jest przecież sygnał dla spekulantów, że mogą liczyć na dobranie się do naszych rezerw walutowych. Premier Tusk nie powinien mówić takich rzeczy. Osobiście uważam, że cała społeczność międzynarodowa powinna przeciwstawiać się atakom spekulacyjnym. Nie może być tak, że rządy największych krajów deklarują zaangażowanie mające na celu stabilizację finansową w skali globalnej oraz potrzebę respektowania w świecie finansów zasad moralnych, a jednocześnie godzą się na kolejne, destabilizujące finanse światowe ataki spekulacyjne. Jeśli chcą one trzymać psy na łańcuchu, to nie powinny zezwalać na poluzowanie tego łańcucha w odniesieniu do innych krajów. Polityka nie może być dzisiaj neutralna wobec ataków spekulacyjnych. Należy także zakładać możliwość ogłoszenia moratorium na spłatę zadłużenia zagranicznego, co oczywiście nie jest posunięciem popularnym. Ale przecież nie o popularność powinniśmy się martwić.


Władze liczą też, że problem rozwiążą fundusze z Unii Europejskiej, których sporo – jak planuje rząd – powinno w tym roku trafić do nas…


– Zdaje się, że jest to nieporozumienie. Efektywne wykorzystanie funduszy unijnych jest obowiązkiem administracji rządowej, a nie odpowiedzią na kryzys. Ważne jest zwłaszcza wykorzystanie tych funduszy na inwestycje infrastrukturalne. Ale trzeba wyczuwać proporcje: fundusze nie rozwiążą więcej niż 10 proc. problemów, które gotuje kryzys. A ponadto trzeba mieć świadomość, że fundusze unijne są obwarowane licznymi wymogami. Ich przesterowanie na przeciwdziałanie kryzysowi będzie niezwykle trudne.


Wraz z informacjami o ataku spekulacyjnym pojawiły się też nawoływania do szybkiego przyjęcia euro, co miałoby pomóc nam uniknąć w przyszłości tego rodzaju problemów. Podziela Pan tę opinię?


– To jest musztarda po obiedzie. Co do przyszłości to najważniejszą kwestią jest ponowne przemyślenie procesu integracji europejskiej. Na razie w gronie kilku przywódców najsilniejszych państw UE toczą się spory wokół koniecznych przewartościowań dotychczasowej praktyki unijnej. Od tego zależy, czy warto będzie przyjąć euro, a nawet to, czy Unia wyjdzie na prostą.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj