Polska między historią a geopolityką
„Kiedy trwoga – to do Boga”. To staropolskie przysłowie już dawno zostało sprawdzone przez wielu z nas w różnych życiowych, czasami dramatycznych sytuacjach. Jest ono bardzo prawdziwe, bo jest bardzo ludzkie, pokazuje nasze ludzkie słabości, także moje własne, i wcale się tego nie wstydzę.
Pięć kolejnych Wigilii spędzałem za więziennymi kratami. Najpierw na Rakowieckiej w Warszawie, a później już w Barczewie na Mazurach. Był mroźny grudzień 1986 roku, siedziałem w zupełnej izolacji, sam w podziemnym karcerze Barczewa. Pomalowane olejną farbą grube mury celi pokryte były rano, po nocy, szronem. Przez trzy zimowe miesiące nie miałem możliwości nawet odezwać się do kogokolwiek. Aby otrzymać więzienny posiłek, należało uklęknąć przed kratą w drzwiach (tzw. tygrysówka dla szczególnie niebezpiecznych więźniów). Na kilka dni przed świętami przyjechała z Warszawy moja Halina, aby mieć tzw. widzenie, ale nawet jej nie wpuścili do środka. Stała pod żelazną bramą więzienia na mrozie prawie pół dnia i oprawcy łaskawie zgodzili się przyjąć od niej paczkę dla mnie z jedzeniem, opłatkiem i jemiołą. Dowiedziałem się o tym dopiero na wiosnę, kiedy wypuścili mnie z karceru i musiałem pokwitować odbiór paczki, a właściwie tego, co z niej zostało.
To była moja najbardziej samotna, najsmutniejsza Wigilia. Nie miałem oczywiście nawet zegarka i kiedy w środku nocy usłyszałem przytłumione bicie dzwonów, to wiedziałem, że to już północ i że normalni wolni ludzie udają się do kościoła na Pasterkę. W karcerze nie było okna, a grube mury dawnego krzyżackiego klasztoru przerobionego przez Niemców na więzienie w przedziwny sposób wyciszały dźwięki dzwonów, tak że były one subtelne, miękkie, odległe, niemal jakieś bajkowe. Ze ściśniętym sercem, z uchem przy zimnym murze, klęczałem na betonowej podłodze i modliłem się do Boga tak długo, aż z tą modlitwą usnąłem chyba już nad samym ranem w Boże Narodzenie. To była moja najsmutniejsza, ale zarazem najważniejsza Wigilia w życiu, kiedy sam ze sobą dzieliłem się kromką chleba, zamiast opłatkiem, sam sobie składałem życzenia z myślami i marzeniami o moich najbliższych i o Polsce w komunistycznej niewoli.
Od tamtej pory minęła epoka, a właściwie kilka epok! Żyjemy w zupełnie innych czasach. Pod względem politycznym, ekonomicznym, społecznym, a wreszcie cywilizacyjnym. Zmienia się nasza obyczajowość, również ta związana z tradycją Bożego Narodzenia. Choinki coraz piękniej i barwniej zdobione stoją już ponad dwa miesiące jak Polska długa i szeroka. Opłatkiem dzielimy się z naszymi bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi już od początku grudnia. Prezenty są coraz bardziej wyszukane, droższe, nowocześniejsze, a już szczególnie zabawki (?) dla najmłodszych. Tradycyjnego w naszym kraju karpia coraz częściej na wigilijnym stole zastępują inne ryby. Proszę zwrócić uwagę, jak stopniowo i coraz powszechniej w naszych polskich domach pojawia się na Boże Narodzenie piękny doniczkowy kwiat – „gwiazda betlejemska”. Razem z choinką, sianem „gwiazda betlejemska” tworzy tę szczególną wzruszającą symbolikę świąteczną Bożego Narodzenia. Zarazem definitywnie zanikają inne tradycje, jak choćby prawdziwe świeczki na choince, które pamiętam, jak w odległym dzieciństwie zapalałem z moim tatą, a mama z obawą spoglądała na firanki.
Najważniejsze w tym wszystkim jest, aby pamiętać o istocie świąt, aby wiedzieć, dlaczego kupujemy prezenty, dlaczego wieczerza wigilijna jest obfitsza i bardziej uroczysta od zwyczajnej rodzinnej kolacji. Że wszystko to ma i powinno mieć odniesienie do Tego, który urodził się dwa tysiące lat temu w Betlejem. Boże Narodzenie to nie imieniny albo inne spotkanie koleżeńskie. Ma ono wymiar ważnej tradycji, aby zwracać się do Boga nie tylko wtedy, kiedy trwoga, ale także wówczas, kiedy radość. Angielska, uniwersalna i coraz bardziej powszechna nazwa Bożego Narodzenia – CHRISTMAS sprawiła, że miliardy ludzi na całym świecie, nawet ci, którzy nie są chrześcijanami, przyjmują nasze święto i naszą tradycję. Nigdy od czasów apostolskich imię Chrystusa nie było w świecie tak znane, jak obecnie na progu XXI wieku. Natomiast na ile Christmas są powierzchowną gonitwą za prezentami, a na ile głębokim religijnym doznaniem – to już zupełnie inna historia, zależna od nas samych.
Józef Szaniawski
