Ich celem jest wyniszczenie chrześcijan

Z Moniką Łobodą, polską misjonarką świecką w Indiach, rozmawia Sławomir Jagodziński

Dramatyczne informacje, jakie docierają od ponad dwóch miesięcy do Polski o prześladowaniach chrześcijan w Indiach, a szczególnie w stanie Orisa, przerażają okrucieństwem i barbarzyństwem oprawców. Jak te wydarzenia są odbierane i komentowane w rejonie, w którym Pani pełni posługę misyjną?

– Mieszkam w stanie Karnataka, w mieście Bangalore liczącym ponad 8 milionów ludzi, na południu Indii. Wydarzenia, które następowały w Orisie od sierpnia 2008 r., weszły w świadomość ludzi niemal w całych Indiach. Także wcześniejsze okrutne incydenty w tym stanie, w grudniu 2007 r., ukazały Indiom i światu nienawiść do chrześcijan. Dochodzące wiadomości prosto z gazet lokalnych, radia czy od naszych znajomych z Orisy paraliżowały nas, gdy widzieliśmy, jak człowiek człowiekowi wyrządza zło w swoim własnym kraju. Otrzymane także zdjęcia czy krótkie filmy z okrutnych wydarzeń z Orisy nie pozwalały milczeć. Do dziś ludzie modlą się gorliwie i poszczą – myślę, że nie tylko w Bangalore, ale i w całych Indiach czy na świecie.

Szczególnie też stan Orisa jest mi bliski z tego względu, że gdy przebywałam tam razem z ojcem Marianem Żelazkiem, były to ważne dla mnie w życiu chwile. Także dzięki niemu, jego chęci, pomocy, dziewczęta (katolickie), czując powołanie zakonne, zdecydowały się przyłączyć do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (w Polsce tzw. siostry z Lasek) i pracować z niewidomymi w naszych ośrodkach Jyothi Seva.

Dramat, jaki rozegrał się w Orisie, nie oszczędził rodzin i wiosek obecnych sióstr franciszkanek z Orisy, które mieszkają teraz w Bangalore i w Kotagiri (w stanie Tamil Nadu).


Czy były jakieś akty przemocy wobec chrześcijan w okolicy?


– 25 września 2008 r. jeden karmelita powiedział: w obecnej sytuacji nikt nie jest bezpieczny w Indiach. Wówczas od tygodnia w naszym stanie Karnataka (południowe Indie) atakowane były kościoły chrześcijańskie. Bez czci sumienia fanatycy hinduistyczni niszczyli tabernakula, obrazy, rzeźby, wszystko to, co jest związane z naszą wiarą chrześcijańską. Cały czas w mojej głowie tli się niepokój, smutek, niepewność. Lecz te obawy nie przerażają, tylko umacniają, by być razem z innymi w naszym ośrodku. 24 września wieczorem ktoś zadzwonił do naszej placówki Jyothi Seva. Głos w słuchawce krzyczał: „Wynoście się, wynoście się!”.

Dwa dni wcześniej późnym wieczorem kamień wielkości dłoni wylądował w pokoju u jednej z polskich sióstr. Ktoś wrzucił go przez okno z zewnątrz na pierwsze piętro. Siostrze na szczęście nic się nie stało.

Zaatakowano w Bangalore dwa kościoły, jeden w Sultan Palya, a drugi w Marian Palya – nieopodal naszego ośrodka. Niemal na każdym kroku słyszy się o nienawiści i niepokoju. Nikt nie jest bezpieczny. Nawet policji nie możemy ufać, ponieważ jest także przeciwko nam. Rząd stanu Karnataka zdecydowanie propaguje nienawiść do chrześcijan i sam ogłosił publicznie, by misjonarze natychmiast zaprzestali działalności w Indiach. Rząd nie powstrzymuje ani ataków, ani gróźb. Ludzie, którzy sprzeciwiają się takiemu myśleniu, mówią o politycznym terroryzmie.

Nasze najsłabsze niewidome dzieci, upośledzone umysłowo i fizycznie zabrane zostały w bezpieczniejsze miejsce, do innego stanu Indii. Bo ciągle myślimy, co zrobimy, jeśli nas zaatakują. Jak uratujemy te najsłabsze dzieci?

Teraz nie modlimy się w grupie. Nie spotykamy się na wspólnej wieczornej modlitwie z dziećmi, gdzie od ponad 15 lat jest to dla Jyothi Seva jakieś wypełnienie dnia i rytuał dla wszystkich. Nasze dzieci to w większości hinduiści, ale nigdy nie stało się tak, by ktoś czuł się zobowiązany być z nami.

Od 25 września miało być z nami dwóch policjantów z karabinami. Mieli pilnować naszego ośrodka dzień i noc do momentu, aż sytuacja się uspokoi. Ale wciąż pytamy siebie: dlaczego nawet policja nie może być policją? Ze strony rządu padają hasła antychrześcijańskie. Na ulicach niepewność…

Pojawił się w Jyothi Seva pewien człowiek, niby zainteresowany pomocą dla naszych dzieci. Wiele pytał, długo przebywał w naszym ośrodku. Nagle padło pytanie: „Czy jest tu ktoś z zagranicy?”. Czyżby więc szukał „białych” misjonarzy…?

I tak powtarza się, że nikt nie jest bezpieczny. Nikt nie wie, kto następny będzie zaatakowany. Przerażające obrazy jeszcze ze stanu Orisa, śmierć niewinnych ludzi – chrześcijan, tkwią w moim umyśle. Lecz wierzę, że siła tkwi w niemocy. Wierzę.


Pani, jako świecka misjonarka, doświadcza zapewne różnych reakcji tzw. prostych ludzi na chrześcijaństwo, orędzie ewangeliczne, Kościół katolicki. Czy dominuje w nich wzajemna otwartość i życzliwość, czy raczej wrogość i nieufność?


– Mieszkam w ubogiej dzielnicy muzułmańskiej, gdzie oprócz muzułmanów nie brakuje hinduistów, dżanistów czy chrześcijan (protestanci, katolicy, zioniści (zajoniści), metodyści itd.). I tutaj właśnie, na ulicy czy w czyimś domu spotykam tzw. prostych ludzi. Nigdy wśród nich nie doświadczyłam wrogości, powiedziałabym, że dominuje w nich otwartość, życzliwość, a nawet chęć pomocy (najczęściej kiedy jestem z dziećmi niewidomymi). W okolicy to jakoś wiemy, czujemy, by szanować drugiego człowieka, by zwyczajnie wiedzieć o różnorodności naszych rytuałów religijnych. Nasi sąsiedzi, celebrując jakieś święto czy wydarzenie, chętnie zapraszają nas, jako ośrodek, do wspólnego świętowania. I zazwyczaj chętnie w tym uczestniczymy, podkreślając naszą wzajemną życzliwość, otwartość, a nawet ufność.

Po sierpniowych wydarzeniach w Orisie miałam tylko jedno przykre doświadczenie wraz z indyjską siostrą na głównej ulicy w Bangalore, daleko od naszego ośrodka – jeden rikszarz głośno krzyczał, że chrześcijan nie wozi, nie zabiera!


Po wybuchu pod koniec sierpnia br. obecnej fali prześladowań chrześcijan w Indiach spotkała się może Pani z wyrazami solidarności ze strony wyznawców innych religii?


– Solidarność wyczuwam dzięki małym gestom muzułmanów, czuję także skruchę hinduistów, którzy mówią, iż wszystkiemu są winni fanatycy religijni – ruch, który rozwinął się głównie wśród maonistów.


Czy władze indyjskie nie chcą czy już nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa chrześcijanom? Opieszałość władz, bierność czy nawet współudział policji w atakach nie świadczy dobrze o tej największej demokracji w świecie, jaką chlubią się Indie?


– Od czasu, kiedy rząd w Indiach się zmienił, zmienił się także stosunek do zagranicy, do ludzi przebywających w Indiach z paszportem europejskim czy amerykańskim. Od tego czasu człowiek „biały” stał się przeszkodą i niewygodną osobą w tym kraju. Rząd indyjski prawie bezlitośnie zaczął po prostu wyrzucać „białych” ludzi z Indii. Wiadomo także, że człowiek z Europy czy USA kojarzy się z chrześcijaństwem i z tego też względu rząd indyjski wyraźnie wyraża niechęć do kontynuowania pracy czy służby przez chrześcijan w tym kraju.

Wydaje mi się, że „zmniejszenie” chrześcijaństwa w Indiach, wśród ludności indyjskiej, poprzez ataki, jest niejako ukazaniem tego, czego tak naprawdę rząd indyjski oczekiwał. Indie mówią, że to ma być kraj hinduistyczny. Stąd muzułmanie czują niesmak. Stąd Pakistan stał się osłoną dla islamu.

W czasie aktów barbarzyństwa w Orisie cierpiący ludzie nie mogli nawet liczyć na policję. Okazała się ona dla nich wrogiem i jednym wielkim oszustwem. Ludzie do dziś ukrywają się w lesie, nie mogąc wrócić do wiosek czy raczej do tego, co z nich pozostało. Tam są okropne warunki, w czasie monsunu, kiedy kobiety rodziły w lesie, nie miały nawet schronienia i pomocy. Całe Indie o tym wiedziały i wiedzą, ale nikt nie chce narazić się policji czy rządowi. To wydaje się niewiarygodne, ale jest prawdziwe. Odważni jednak, lecz nieliczni, ryzykując posadą i życiem, przedostają się do cierpiących ludzi. Jednak wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że nastąpią kolejne ataki. Mimo to, że wielu ludzi jest pogrążonych w smutku, każdy, kto tylko wyraża pragnienie pomocy – pomaga: modlitwą, protestem, funduszami. Część ludzi organizuje spotkania, które mają dotyczyć dialogu między stronami. Lecz do dziś Orisa, a także pozostałe stany, jak Karnataka, w której mieszkam, są niewiadomym jutrem.

W Karnatace, gdzie również były ataki na kościoły (w Bangalore), władze stanu to przemilczały. Ludzie zaczęli głośno o tym mówić, odważne stacje telewizyjne o tym dyskutowały. W końcu ordynariusz diecezji Bangalore ks. abp B. Moras spotkał się z prezydentem Karnataki. Po tym spotkaniu nasz stan żył w napięciu, ponieważ nie wiedzieliśmy, jak to spotkanie mogło zadziałać na fanatyków religijnych.

I nieoczekiwanie, około dwóch tygodni temu, zniszczono kolejny kościół niedaleko Bangalore…


Czy media hinduskie informują o tym, co się dzieje w Orisie i jak to komentują?


– Media zawsze komentują, gdy się dzieje coś niedobrego. Wszystkie gazety lokalne z dokładnością opisują to, co się wydarzyło. Nie oszczędzają czytelnika, zamieszczając okrutne zdjęcia mordów. Najbardziej wstrząsający był fakt zgwałconej siostry zakonnej. Siostra ta przeżyła i dziś głośno o tym mówi… o swoim bólu. Jej wystąpienia w telewizji przekazują nam siłę w wiarę w Jezusa.


Kościół w Indiach nikomu nie czyni nic złego. Obok głoszenia Ewangelii prowadzi szkoły, szpitale, domy opieki, pomaga najuboższym i odtrąconym. Jak to się stało, że to wszystko zdaje się przekreślane falą przemocy? Przecież nawet zaatakowane zostały tak znane w całym świecie – za sprawą bł. Matki Teresy z Kalkuty – misjonarki miłości?


– Mentalność indyjska niesie w sobie porywczość, energię czy bieg za czymś, co jest emocjonalnie ukazane, opowiedziane, stworzone.

Myślę, że poprzez zaatakowanie sióstr misjonarek miłości jeszcze bardziej zaakcentowane zostało to, iż wielu pragnie, aby chrześcijaństwo w Indiach było sprawą przegraną. Oprawcy celowo wybierają takie miejsca, takich ludzi, którzy mają zostać zniszczeni.

Mówi się tutaj, że fanatyzm rozszerza się i te ataki oraz prześladowania będą kontynuowane. Oprawcy nie zrezygnują ze swoich „ideałów”.


Jak wygląda Pani posługa misyjna w Indiach?


– Otrzymałam krzyż misyjny od nuncjusza apostolskiego w 2003 roku i od tego czasu rozpoczęłam moją drogę, począwszy od Indii. W moich myślach zamieszkała chęć pomocy tym ludziom, którzy jej potrzebują. I tak piąty rok staram się, aby te moje myśli zamieszkiwały tam, gdzie jest potrzeba pomocy. Kiedyś to była Ukraina, niedawno południowa Afryka czy Zambia, a dziś – ponownie Indie.

W Jyothi Seva (Służba Światłu) – placówce, w której jestem, przebywa 69 (w internacie) niewidomych i słabowidzących dzieci, w tym 20 sierot. Dzieci pochodzą właściwie z biednych rodzin hinduistycznych, muzułmańskich i chrześcijańskich.

Jestem wychowawcą niewidomych chłopców. Jest ich dziewięciu. Najmłodsi chłopcy mają po 7 lat, a najstarszy uczeń szkoły średniej ma lat 15. Wśród nich są dwie sieroty. Wspólnie mieszkamy razem w Domu Chłopców przy Jyothi Seva w muzułmańskiej biednej dzielnicy.

Codzienność przebywania razem pozwala nam poznawać nas samych, co potem daje możliwość tworzenia rodzinnej atmosfery, począwszy od spotkań, aż po niezachwiane zaufanie we wspólnej pracy. Bóg, podarowując mi niewidomych chłopców, uczy mnie rozumieć troski i radości moich podopiecznych.

Zajmuję się zwykłymi obowiązkami domowymi – od budzenia dzieci po sprzątanie czy pranie ubrań. Moja rola wychowawcza polega na pokazywaniu moim chłopcom, jak funkcjonować, uczyć się i spędzać dobrze czas w naszym domu. Zawsze staram się pomóc, by nauczyć chłopców i inne dzieci samodzielności, aby stawały się jak najbardziej niezależne od innych.

Jestem także nauczycielem w szkole dla niewidomych. Prowadzę zajęcia z warsztatów oraz gimnastyki. Uczenie dzieci jest moją pasją. Nie umiem wyrazić radości, którą otrzymuję wprost od moich uczniów. Przekazywanie wiedzy oraz umiejętność prowadzenia zajęć jest bezcennym czasem, który nagle przerywa dzwonek na przerwę…

Ośrodek prowadzony jest przez siostry franciszkanki z Lasek. Został on założony w 1989 roku w Bangalore (obecnie w mieście jest ponad 8 milionów ludzi). Od samego początku Jyothi Seva było przeznaczone dla niewidomych. Obecnie są tutaj dwie siostry z Polski oraz siostry indyjskie z tego zgromadzenia, które z roku na rok powiększa się o nowe powołania z różnych stanów Indii.

Wielu ludzi zadaje mi pytanie, dlaczego właśnie taka wędrówka? Zazwyczaj nie wiem, co odpowiedzieć. Wzruszam ramionami i mówię: „Taka potrzeba, dla Nieba”.

Lecz myślę, że jeśli dane mi jest być w takich miejscach i z takimi ludźmi, to wędrówka taka pogłębia sens życia. Pogłębia potrzebę niesienia pomocy. Gdy przyjdzie mi kiedyś być zupełnie gdzie idziej, to pomyślę właśnie, że nadeszła kolejna chwila życia, która ma sens… Ma sens.


Jak wygląda posługa innych polskich misjonarzy?


– Otwarcie nie mówi się w Indiach o misjach i misjonarzach. Jeśli już wspomnieć wspaniały przykład posługi w Indiach, to trzeba powiedzieć o doktor Helenie Pyz z ośrodka Jeevodaya dla trędowatych. Także w naszym ośrodku są dwie siostry franciszkanki z Lasek: siostra Adela oraz siostra Sara; obie służą niewidomym i biednym. To także przykład wspaniałej posługi. Wspomnę również siostrę Katarzynę z Lasek, która prowadzi nowicjat w stanie Tamil Nadu.

Myślę, że każdy, kto jakkolwiek pomaga, służy, pochyla się nad drugim człowiekiem, zasługuje na wyraz wdzięczności z Nieba. Zapewne jest jeszcze kilka osób z Polski w Indiach, których nie miałam okazji poznać. Zapewne ich posługa także jest dziełem. Bożym dziełem…


Czy misjonarze nie myślą o powrocie do kraju? Czy czują się bezpiecznie?


– Nie wiem, czy ktoś myśli o powrocie do kraju. Myślę, że nasza polskość w takich sytuacjach jest podobna do mesjanizmu narodowego. Polak wówczas staje się niejako bohaterem, czy zdaje sobie z tego sprawę, czy też nie…

Czy misjonarz czuje się bezpiecznie? Kiedyś ktoś mi powiedział: „Pamiętaj, cokolwiek zrobisz na obcej ziemi, to i tak zawsze będziesz na świeczniku”. Myślę, że życie, które podarowane jest, aby być tutaj, jest przepiękne. A czasem właśnie brutalne.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj