Recesja w USA nie wstrząśnie Polską

Z Arturem Śliwińskim, ekonomistą, wieloletnim profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Mariusz Bober


Czy to, co przechodzą USA, to już bez wątpienia recesja? Właśnie to słowo przewija się w ostatnich dniach w doniesieniach medialnych.


– Można śmiało powiedzieć, że jest to recesja. Mamy do czynienia z osłabieniem amerykańskiej gospodarki przynajmniej w kolejnych dwóch kwartałach. Jednak należy to traktować jak normalne zjawisko gospodarcze związane z cyklem koniunkturalnym.


Mówiąc językiem giełdowym, to korekta?


– To po prostu naturalne zjawisko weryfikacji stanu gospodarki przez rzeczywistość. Można to porównać do stwierdzenia, że po siedmiu „tłustych” latach zapowiada się siedem lat „chudych”.


Tak długo będzie trwała recesja?


– Niestety, po latach siedemdziesiątych cykle stały się bardzo nieregularne. Może trwać dwa albo nawet dwanaście lat.


Czy największa gospodarka świata wciąż ponosi skutki kryzysu na rynku kredytów hipotecznych?


– Recesja jest w pewnej mierze skutkiem kryzysu na rynku kredytów hipotecznych z sierpnia ubiegłego roku. Chodzi o to, że część kredytobiorców utraciła wypłacalność ze względu na silną zwyżkę cen nieruchomości. Działał następujący mechanizm: ceny rosły z powodu wzrostu popytu nakręcanego przez tani kredyt oraz inwestycje funduszy w nieruchomości. Po pewnym czasie silny wzrost cen spowodował odwrócenie sytuacji: wyzbywanie się nieruchomości, a następnie spadek ich wartości. Inwestorzy zrozumieli, że wartość ich nieruchomości została przeszacowana. Jeszcze szybciej zrozumiały to banki, dla których to oznaczało, że ustalone wcześniej zabezpieczenia hipoteczne są za słabe. W takiej sytuacji banki ograniczają aktywność kredytową, dyktując ostrzejsze warunki dla swoich klientów. To jest pierwsza faza kryzysu, w której pojawia się problem wypłacalności klientów. W drugiej fazie pojawia się problem utraty płynności banków.


Ale z czego wynikają problemy klientów z wypłacalnością, jeśli nie spadły ich dochody, z podniesienia oprocentowania kredytów?


– To jest drugi powód. Pierwszym jest natomiast nabycie nieruchomości po zbyt wysokiej cenie. Odbija się to ponadto na deweloperach. Od podjęcia przez nich decyzji o inwestycji do jej zakończenia zwykle upływa 1-3 lata. W sytuacji, gdy zdecydowali się na inwestycję, ceny nieruchomości były wysokie, a więc mogli oczekiwać wysokich zysków. W trakcie realizacji ceny gwałtownie spadły, a koszty zaciągniętych przez nich kredytów na budowę raczej rosły. Musiało więc dochodzić do bankructw.


Jednak jeśli mowa o zwykłym kredytobiorcy, to przecież jeśli ma on stabilne przychody, nawet w sytuacji, gdy ceny nieruchomości spadły, to nie powinno to zachwiać jego wypłacalnością. Po prostu jedynie kupił nieruchomość po zawyżonej cenie.


– Takie rozumowanie można jednak zastosować tylko do części klientów, którzy dobrze skalkulowali obciążenie swoich budżetów i nie dali się ponieść „owczemu pędowi”. Przy założeniu, że nie przecenili swoich przyszłych dochodów. Natomiast ci, którzy kupili nieruchomości, aby na nich zarobić, po prostu stracili.


Najbardziej więc stracili spekulanci?


– Stracili ci, którzy nie wycofali się w odpowiednim czasie. Później wystąpiła druga faza kryzysu, kiedy problemy klientów przeniosły się na banki, które również stawały się niewypłacalne. To groziło paniką, czyli swego rodzaju ucieczką z płonącego budynku. W USA udało się zapobiec wystąpieniu paniki, choć to dużo kosztowało.


Ale to chyba nie jedyny powód recesji w USA?


– Nie. Drugim powodem jest ciągle silna ekspansja kredytów zaciąganych w celu realizacji fuzji i przejęć firm, a także inwestycji wysokiego ryzyka. To się wiąże z „cudownym” zwiększeniem wartości połączonych firm na giełdzie. Według mnie, właśnie ten czynnik miał większy wpływ na wywołanie recesji niż kryzys na rynku kredytów hipotecznych. Jednak oba te zjawiska zbiegły się w czasie.


Czy z tego powodu ostrzegano wcześniej, że amerykańska gospodarka jest napompowana jak balon, który w końcu może pęknąć?


– Dokładnie, chodzi właśnie o ten balon. Już na początku obecnego stulecia ostrzegano, że sektor technologii internetowych i komunikacyjnych osiągnął granice rozwoju, a to zamyka okres wyciągania z niego ogromnych dochodów. Sektor ten wszedł już w etap stabilizacji, co generuje także pewne problemy. Gdy przestał pełnić rolę konia pociągowego gospodarki amerykańskiej, zaczęto szukać innego. Odkryto go właśnie w rynku nieruchomości. Dlatego ekipa George’a W. Busha postawiła na tanie kredyty hipoteczne oparte na niskich stopach procentowych.


Spadek wartości dolara jest skutkiem recesji czy jedną z jej przyczyn?


– Wynika on głównie z polityki taniego kredytu, czyli utrzymywania niskiej stopy procentowej w USA.


Niektórzy analitycy uważają, że amerykańska gospodarka będzie odczuwać skutki obecnej recesji aż do 2010 roku? Czy przedświąteczne obniżki stóp procentowych w USA oraz te zapowiadane uspokoją sytuację?


– Utrzymywanie niskich stóp procentowych może mieć tego typu skutki. Sytuację uspokajają przede wszystkim pieniądze wpompowane w system bankowy przez FED, ale też międzynarodowe organizacje – m.in. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy, a także banki centralne państw europejskich. Sytuacja ta pokazuje, że na naszych oczach rozsypuje się dotychczasowy model globalnej gospodarki, opartej na wspólnych instytucjach finansowych i koncepcji tzw. niewidzialnego rządu. Dlatego możemy spodziewać się nawet pewnych zaburzeń.


Jakich?


– Chodzi między innymi o dalsze szukanie pod presją wielkich korporacji znaczących zysków z akcji zbrojnych albo z szantażu ekonomicznego.


Jakie będą konsekwencje recesji dla Stanów Zjednoczonych? Co najmniej jeden duży bank amerykański przed bankructwem uratowało tylko przejęcie za bezcen.


– Bankructwa już były, początkowo ich koszty sięgały 20 mld USD. Osłabiona zostanie dynamika wzrostu gospodarczego w USA, o ile nie ujawnią się czynniki, które mogłyby rozruszać rynki. Na razie jednak ich nie widać.


Na świecie już są odczuwalne problemy amerykańskiej gospodarki. Jak bardzo zaciążą one na globalnym rozwoju?


– Na ten temat jest wiele sprzecznych poglądów. Recesja ma niewątpliwie wpływ na zachowanie inwestorów międzynarodowych, którzy odchodzą od gospodarki amerykańskiej. Inną konsekwencją jest utrzymujący się spadek wartości dolara. Poza tym silny wpływ na wzrost gospodarczy świata ma czynnik psychologiczny, który sprawia, że inwestorzy również w innych krajach „zarażają” się nieufnością do lokowania funduszy. Przecież przy inwestowaniu główną rolę odgrywają oczekiwania, oczekiwania osiągnięcia wysokich zysków.


Niektórzy spekulują, że recesja jest w jakimś stopniu wyreżyserowana albo że przynajmniej władze USA mogą ją wykorzystać, aby zmniejszyć wpływ Chin na amerykańską gospodarkę. Kraj ten posiada największe na świecie rezerwy walutowe w dolarze.


– Nie można wykluczyć, że tego typu pomysły w polityce USA występują. Natomiast jestem sceptyczny co do ich wykonalności. Trzeba odróżnić pozycję wierzyciela, którą zajmują Chiny, od pozycji dłużnika, którą przyjmują Stany Zjednoczone. Dla nich byłoby lepiej, aby te rezerwy były rozproszone, a nie skumulowane w jednym ręku.


Niektórzy ekonomiści uważają, że jeśli kryzys w USA utrzyma się, to w przyszłym roku tempo wzrostu PKB w Polsce spadnie do 4 procent.


– Polacy są stosunkowo mało wrażliwi na sytuacje kryzysowe, w każdym razie znacznie mniej niż Amerykanie, Brytyjczycy, a nawet Niemcy. Dlatego też wpływ kryzysu w Stanach Zjednoczonych na naszą gospodarkę nie jest duży. W Polsce również występuje kryzys nieruchomości, ale nie powoduje aż takich emocji jak w USA. Ma to jednak również swoje złe strony, mianowicie jest mniejszy nacisk społeczeństwa na politykę gospodarczą rządu. Jednak może się zdarzyć, że ośrodki opiniotwórcze w Polsce posłużą się recesją w USA, żeby wytłumaczyć nadchodzące osłabienie naszej gospodarki. Będzie to po prostu szukanie „kozła ofiarnego”. Tego typu sygnały są już wysyłane, głównie ze strony rządu. Przyjął się u nas pogląd, że w Polsce są stabilne perspektywy wzrostu gospodarczego. Tymczasem z poważnych analiz zagranicznych wynika, że nie jest to udowodnione.


A więc kryzys, a przynajmniej spadek wzrostu gospodarczego, może w Polsce wystąpić, ale nie z powodu recesji w USA?


– Kryzys na polskim rynku nieruchomości już występuje. Pojawiły się nawet te elementy mechanizmu, które widać w USA, a o których wcześniej mówiłem. Jednak te obydwa kryzysy występują niezależnie od siebie. Po prostu w obu krajach rynek dokonał korekty zawyżonych cen nieruchomości. W Polsce przebiega to jednak inaczej i mniej spektakularnie. Ceny nieruchomości będą u nas spadać, ponieważ są horrendalnie wysokie i nie mają ekonomicznego uzasadnienia. Spadek cen musi objąć duże aglomeracje miejskie, gdzie zostały one najbardziej zawyżone.


Ale przecież mówi się, że ceny nieruchomości w Polsce są wciąż niższe niż w innych krajach Europy…


– Rzeczywiście, ale w innych krajach płaci się za wyższy standard. Ceny nieruchomości o podobnym standardzie są porównywalne. Zwłaszcza w Warszawie stawiane są budynki w niezwykłym zagęszczeniu, w niskiej zabudowie i dla oszczędności bez wind. W ten sposób budowano kołchozy w czasach komunistycznych.


Czy ceny nieruchomości w Polsce już nie wzrosną?


– Może się zdarzyć, że ekskluzywne mieszkania w prestiżowych osiedlach będą drożały, ale przeciętne, o średnim i niskim standardzie powinny tanieć.

Ostatnio obserwujemy wzrost cen niemal wszystkich surowców i większości produktów pierwszej potrzeby nie tylko w Polsce, ale również na światowych rynkach. Czy to również skutek recesji w USA?

– Wzrost cen wynika przede wszystkim ze wzrost popytu, zwłaszcza ze strony Chin, a także ze wzrostu ryzyka zakłócenia dostaw, co zmusza do utrzymywania większych rezerw.


Także na polskim rynku?


– W Polsce problem wzrostu cen jest bardziej skomplikowany. Czynnikiem inflacyjnym są koszty utrzymania mieszkań, tylko częściowo związane ze wzrostem cen energii. Natomiast sam wzrost cen mieszkań dotyczy przede wszystkim dużych aglomeracji miejskich. W małych miejscowościach może wystąpić wkrótce nadwyżka mieszkań na rynku sprzedaży. Ludzie bowiem, zwłaszcza młodzi, jadą tam, gdzie jest praca. Natomiast starsi często przenoszą się na wieś. Według mnie, wzrost cen w dużych miastach był sztuczny. Po prostu na wiele lat zahamowano budowę nowych mieszkań. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że mieliśmy do czynienia ze swoistą „zmową deweloperów”.


W jaki sposób?


– Działo się to również za przyzwoleniem rządu, który forsował wzrost popytu, a nie podaży mieszkań. Deweloperzy tłumaczyli się brakiem rąk do pracy i gruntów pod inwestycje, ale sztucznie ograniczali inwestycje. Takie działania mają charakter monopolistyczny.


Ale obecnie jest podobno „przesyt” mieszkań na rynku?


– Sektor ten u nas uważa się za wschodzący. Przyjmuje się, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat będzie się gwałtownie rozwijał. Wielu komentatorów tłumaczy, że dlatego nie grozi nam kryzys podobny do amerykańskiego. Nie jest to jednak do końca słuszne. Nasz rynek jest płytki. Nie obejmuje całego kraju, ale tylko dość mobilną grupę ludzi ciążących ku największym aglomeracjom. Taka sytuacja nie daje jednak perspektyw na rozwój rynku nieruchomości w całym kraju. Sektor nieruchomości jest wciąż niedojrzały, zwłaszcza jeśli chodzi o kompetencje pracowników i technologie budowy.


Jednak w ostatnich latach, przynajmniej w aglomeracji warszawskiej, większość nieruchomości została kupiona – zwykle na kredyt – przez osoby o średnich zarobkach w celach mieszkaniowych, nie spekulacyjnych?


– Zgoda, ale proszę zwrócić uwagę, że jest to ludność głównie napływowa, która przyjechała za pracą do Warszawy. Napływ jednak w końcu wyczerpie się.


Nie tyle więc wzrosną ceny, co jakość?


– Jakość wzrośnie, a ceny spadną. Inaczej sektor nie będzie się rozwijał. Spadek cen może właśnie przyspieszyć rozwój sektora nieruchomości. Będą musiały jednak zostać ograniczone praktyki monopolistyczne.


Euro bije rekordy notowań kursowych, zwłaszcza wobec dolara. Czy to oznacza, że amerykańska waluta przeżywa tak duży kryzys, że pieniądz eurolandu zaczyna przejmować jej rolę?


– Jestem sceptyczny co do ambicji przejęcia przez euro roli dolara. UE ma większą skalę wyzwań globalnych niż USA, nie wspominając już o różnicach w potencjale i poziomie technologicznym obu stron. Unia wciąż nie jest dynamiczną gospodarką. Strategia lizbońska była pierwszą próbą sprostania wyzwaniom globalnym, może kolejne będą bardziej udane, jak zwykle najbardziej prawdopodobna będzie trzecia…


To znaczy?


– Chodzi o globalny wyścig. Na razie UE w tym wyścigu realizuje interesy dużych korporacji. Realizowany za 56 mld euro Program Ramowy 7 jest pomyślany tak, żeby sfinansować badania i rozwój technologiczny dużych korporacji. Unia próbuje w ten sposób stworzyć przeciwwagę dla polityki amerykańskiej. Prowadzi to jednak do uzależniania gospodarki od kilkudziesięciu dużych europejskich korporacji przemysłowych czy usługowych. Polskich korporacji tam nie ma. Zarazem jest to zawężenie wyłącznie do sektora zaawansowanych technologii. W ten sposób za bardzo ogranicza się widzenie przyszłości ekonomicznej UE.


Czy wobec tego euro jeszcze nie zachwieje dolarem i przetrwa on obecny kryzys?


– Chodzi przede wszystkim o perspektywy gospodarcze UE i USA. To od nich zależy siła waluty jednej i drugiej strony. Perspektywy Unii nie rokują nadziei na doścignięcie Stanów Zjednoczonych.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj