Wyzbyć się dzikości w polityce
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
Polityka wciąż chyba najbardziej odchodzi od moralności. Jest ciągle pogańska i dzika, i to nie tylko polityka zewnętrzna, ale i wewnętrzna, w stosunku do swojego społeczeństwa i narodu. Powodem tego jest odchodzenie od Boga. Autopropaganda głosi, że nastaje wiek dobrobytu, szczęścia i wolności, że buduje się wreszcie królestwo człowieka, ale rozlewa się coraz szerzej niepokój, niestabilność, zamęt duchowy i dzikość życia. Ludzie rozważni boją się, że jeśli wyrzucimy Boga z naszego życia społeczno-politycznego i kulturalnego, to dostaniemy się w szpony dzikiego liberalizmu bezbożnego, przed czym w podobnej sytuacji przestrzegał Izraela w VII w. przed Chrystusem prorok Habakuk: „Oto powołam (…) lud dziki [nieznający Boga] a gwałtowny, który przemierza ziemie rozległe, aby zagarnąć siedziby nie swoje. Trwogę budzi ten naród, on sam ustala prawo i panowanie” (Ha 1, 7).
Postępująca alienacja Narodu
W życiu polskim jest coraz mniej tlenu duchowego, prawdy, dobra, piękna, życzliwości, łagodności, pokoju, ofiarności, nadziei. Tak liczni koryfeusze życia społeczno-politycznego są jacyś spłaszczeni, płytcy, pokancerowani jako ludzie, obcy, jakby nie wyrastali z serca społeczeństwa, po prostu dzicy względem Polski. Temperatura dzikości rozlewa się szeroko, ale ostatnio podniosła się ogromnie w związku z ratyfikacją traktatu lizbońskiego. Walki tutaj toczą się, niestety, nie o to, czy ratyfikować, czy nie ratyfikować, bo wszystkie partie u władzy polubiły swąd niewolniczy, ale toczy się zażarty bój o to, w jakim stopniu poddać się bezbożnemu ludowi Europy i niektórzy są skorzy oddać się w niewolę nie tylko materialną, ale także moralną, duchową i religijną. Tak to kiedyś część Izraelitów znajdowała szczęście w niewoli babilońskiej. Toteż i u nas rozwija się pewna dzikość polityczna, wewnątrzspołeczna: odchodzenie od Boga prawdziwego, pogrążanie się w materializmie i otwarta lub podstępna walka z katolicyzmem społecznym i z etyką ewangeliczną. W dużej więc części jesteśmy Narodem ciągle obcym dla siebie samego na płaszczyźnie politycznej.
A propos kompromisu z Joaniny
Jest charakterystyczne, że dla Platformy Obywatelskiej i dla LiD, maszerujących z pieśnią na ustach do materialnego i duchowego kołchozu europejskiego na podobieństwo zniemczonych jeńców pochodzenia sowieckiego, spieszących do baraków obozowych, czymś ksenofobicznym jest nawet słabiutki prawnie tzw. kompromis z Joaniny.
Otóż politycy, którzy popierają absolutnie wszystko, co jest w traktacie lizbońskim bez żadnych zastrzeżeń, są właśnie owymi ludźmi dzikimi. Unią Europejską rządzą niepodzielnie i dyktatorsko cztery kraje: Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy. Żeby upozorować demokrację, ułożono pewien układ głosów dla wszystkich państw. Chodzi już nie o sam traktat lizboński, ale o cały nieustanny proces legislacyjny, gdyż Unia może żyć tylko wtedy, kiedy będzie wydawała nieustanne akty prawne. Prawa weta już nie ma. Dlatego Hiszpania jako piąty co do wielkości kraj z kolei wywalczyła sobie w Joaninie, w Grecji, pewne zabezpieczenie przed dyktatem wielkich. Normalnie obowiązuje prawo podwójnej większości, tzn. porozumienie 55 proc. krajów i jednocześnie 65 proc. ludności całej UE, ludności, która w roku 2006 wynosiła 493 miliony. Żeby jakoś dopuścić do głosu państwa mniejsze, traktat dopuszcza możliwość zablokowania aktu prawnego Unii przez porozumienie ponad 45 proc. krajów i ponad 35 proc. mieszkańców. Ten stan prawny sprawia, że mniejsze państwa, wasalskie, mogą nie mieć większego wpływu na prawodawstwo urzędów Unii. Hiszpania uzyskała w Joaninie, że decyzja Unii może zostać zablokowana przez niższą liczbę głosów, jednak tylko raz. Polska, która ma szóste miejsce w Unii, 23 czerwca 2007 roku wywalczyła poszerzenie kompromisu z Joaniny. Według tego, do zablokowania jakiegoś projektu legislacyjnego wystarczy 75 proc. owej ogólnej mniejszości blokującej, licząc zarówno państwa, jak i ludność. Ale ma tak być jedynie do 31 marca 2017 roku. Potem mniejszość blokująca musi uzyskać co najmniej 55 proc. krajów albo co najmniej 55 proc. ludności. Nie jest jednak określone, jak długo może trwać owo opóźnianie aktu legislacyjnego, niekorzystnego, czy dwa lata, czy tylko trzy miesiące. Ponadto kompromis z Joaniny ma tylko status deklaracji, nie wchodzi w korpus traktatu.
I oto PO i LiD, które cierpią na kompleks niższości polskiej i smakuje im chleb niewoli, nie doceniają tego, co wywalczył prezydent Lech Kaczyński, śmieją się z tego, a nawet atakują prezydenta i PiS jakoby za megalomanię i dywersję w kołchozie europejskim. Partie te uważają, że kraj uzyska najwięcej, gdy będzie najbardziej uległy Zachodowi, według ludowego porzekadła o pokornym cielęciu. Owszem, kompromisu polskiego nie można przeceniać i ma on charakter raczej dyplomatyczny, ale pozostaje wyraźnym akcentem godności polskiej, honoru i partnerstwa. I kompromis ten jest na korzyść państw mniejszych w Unii.
A propos protokołu brytyjskiego
Właściwa dzika walka toczy się o Kartę Praw Podstawowych, która została przedstawiona w grudniu 2000 roku w Nicei i wprowadzona do projektu konstytucji i teraz do traktatu reformującego. Karta ta nadal nie przyjmuje nawet wzmianki o wartościach chrześcijańskich, a wspomina jedynie o „inspiracji z dorobku kulturowego, religijnego i humanistycznego Europy”. Prawa te dają podstawę do unijnych działań antyreligijnych, antykatolickich i antymoralnych, nie są bowiem ani definiowane, ani formułowane ściśle, są to mgławice celowo sformułowane, żeby urzędy unijne mogły niszczyć wartości tradycyjne i chrześcijańskie w imię rzekomo haseł postępowych. Wielka Brytania i Irlandia wywalczyły sobie niezależność od tej Karty i od ich interpretacji przez Trybunał w Strasburgu. Prezydent Lech Kaczyński, idąc tym tropem i nawiązując do Jana Pawła II oraz katolickiego charakteru Polski, wywalczył to, że Polska może samodzielnie przyjmować akty prawne Unii w zakresie problemów etycznych, jak moralność publiczna, prawa rodziny, ochrona ludzkich wartości i poszanowania fizycznej i psychicznej nienaruszalności człowieka, a także własną interpretację prawa własności.
Media w Polsce służące interesom niemieckim wyśmiewają naszą obawę, że na podstawie strasburskiej interpretacji prawa własności możemy utracić pół Polski. Tymczasem według zapisu „nikt nie może być w UE pozbawiony majątku (lub mienia), a jeśli tak dla wyższej konieczności, to pod warunkiem uczciwej rekompensaty”. I oto już dziś niektórzy Niemcy, którzy wyjechali po roku 1950, odzyskują sądownie swoje majątki i domy, a cóż dopiero mówić po roku 2009, kiedy spory o własność będzie rozstrzygał Trybunał w Strasburgu. Może on w procesach indywidualnych zażądać „zwrotu” majątku, nie tylko Niemcom, ale także volksdeutschom, Żydom, Ukraińcom, emigrantom wojennym i powojennym, i wszelkim dawnym właścicielom majątków, nie mówiąc już o zabużanach. No i Trybunał może określać wysokość rekompensaty, bo i dziś już określa wysokość kar pieniężnych za odmowę aborcji na życzenie. W sumie usunięcie Polaków z Ziem Odzyskanych będzie dla Unii tym łatwiejsze, że będzie to już jedno państwo europejskie i że Polacy są tam jedynie dzierżawcami, a nie właścicielami. Właścicielem jest państwo polskie, poddane prawom unijnym. Musiał być jakiś tajny układ między Kohlem a Mazowieckim, bo kiedy Sejm uchwalił uwłaszczenie dzierżawców, to prezydent Aleksander Kwaśniewski ustawę zawetował, działając na korzyść Niemiec. A ci, którzy dziś krzyczą, że nic majątkom polskim nie zagraża, są zwykłymi propagandowymi oszustami.
Nierozumienie innych wyłączeń?
PO, LiD, PSL i inne ugrupowania polityczne, stawiające dobro Polski na dalszym planie po dobru Brukseli, udają, że nie rozumieją polskiego wyłączenia, zresztą bardzo wąskiego, spod Karty Praw Podstawowych. Taką postawę wyraził premier Donald Tusk przed Papieżem Benedyktem XVI. Dążą oni zatem do ratyfikacji traktatu lizbońskiego bez owych zabezpieczeń, poczynionych przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. PO wydała w grudniu 2007 roku dwa teksty przeciwko takim zabezpieczeniom przed antymoralną interpretacją praw podstawowych przez Brukselę. I teraz żąda, by PiS dołączyło do ratyfikacji bez żadnego zabezpieczenia utrzymania autonomicznej interpretacji owych praw przez obecny i przyszłe rządy. PiS chce takiego zabezpieczenia w formie ustawy sejmowej, a PO oszukuje, że byłoby to niekonstytucyjne. Ostatecznie PO godziła się tylko na uchwałę, a nie ustawę, bo uchwałę można na drugi dzień zwyczajnie zmienić. Przy tym PO popełnia drugie oszustwo, a mianowicie głosi przez usłużne sobie niepolskie media, że PiS jest przeciwne ratyfikacji w ogóle. Tymczasem PiS jest cały czas za ratyfikacją, czego od początku nie pochwalamy, a tylko chce zachować odrobinę godności i moralności chrześcijańskiej.
I tu znowu ma miejsce dzikość. Postawę całej PO dobrze wyraża minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, który 17 marca 2008 roku powiedział w TVP, że umacnianie naszego zabezpieczenia praw podstawowych przed niemoralnymi interpretacjami Brukseli to – „mówiąc językiem dyplomatycznym – eurofobia przez wiązanie nieuctwa z paranoją”. Te słowa odnosiły się niewątpliwie nie tylko do braci Kaczyńskich, których on nienawidzi, ale i do milionów ludzi, m.in. zwolenników Radia Maryja, którzy nie są za oddaniem Polski w niewolę, a jedynie za współpracą państw Unii. Gdyby nasza obecna polityka nie była dzika, to minister byłby natychmiast zdjęty ze stanowiska. Ale cały problem w tym, że minister wyraża również poglądy premiera. Przypominamy sobie, jak słusznie pani prof. Anna Raźny przestrzegała w swoim czasie p. Jarosława Kaczyńskiego, by nie mianował tej osoby ministrem obrony.
Ludzie pokroju p. Tuska i p. Sikorskiego forsują tezę – i podpierają się sondażami niczego nierozumiejących ludzi – że brukselska demoralizacja nie będzie rozciągana na Polskę. Ale przeczą temu fakty już obecne, a cóż dopiero będzie po roku 2009, kiedy już cała ideologia brukselska będzie i naszą ideologią oficjalną. Istotnie, Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uchwaliło, jak podaje TVP z 23 marca 2008 r., by aborcja na życzenie była wprowadzona w krajach UE, gdzie dotychczas jest zabroniona, m.in. wymieniona jest Polska. Skąd się więc bierze taka pasjonalna obrona antymoralnej postawy Zachodu? Nie możemy też zrozumieć, dlaczego nie obawiają się infiltracji amoralizmu zachodniego nawet niektórzy duchowni, arcybiskupi, ojcowie dominikanie i niektórzy jezuici, jak np. były prowincjał Stanisław Opiela, który się wypowiada, że prawo i etyka nie mają pól stycznych i nie rozumie, że prawo państwowe musi też mieć walor wychowawczy i wzmacniający motywację dobra.
Dlaczego tak niemal wszędzie życie się robi dzikie? Czy w sporze o protokół brytyjski PO i PiS nie mogłyby rozmawiać zwyczajnie, po ludzku? Czy nie mógłby jakiś Radosław czy Donald mówić do jakiegoś Jarosława: Słuchaj, czy twoje stanowisko nie oznacza odrzucenia ratyfikacji? A Jarosław nie mógłby ich z kolei zapytać: Czy wasze stanowisko nie osłabia Polski i nie zagraża suwerenności, Kościołowi i etyce ewangelicznej? I obie strony mogłyby zwołać radę, złożoną nie tylko ze zjełczałych polityków, ale także chłopów, robotników, rzemieślników, urzędników, ludzi kultury, duchownych, a przede wszystkim wybitnych profesorów polskich, nie ciągle tych samych propagandystów. Przez 12 lat pracowałem w Centralnej Komisji ds. Tytułów i Stopni Naukowych, gdzie miałem możność poznania setek profesorów polskich z najrozmaitszych specjalności. Cóż to za wspaniali ludzie, bez względu na światopogląd: mądrzy, godni, szlachetni, twórczy, szerokomyślni! Czy musimy się kwasić zawsze z tymi samymi, często niedowarzonymi, wypłowiałymi politykami?
A jeśli chodzi o skrajny liberalizm, który się w Polsce już krzewi, to przypomina mi się powiedzenie z czasów PRL: czy socjalizmu nie można było wypróbować najpierw na szczurach? Czy więc i socjalistyczno-kapitalistycznego liberalizmu ateistycznego nie można przed utratą wolności wypróbować na jakichś innych istotach, np. na wilkach?
Czy klasyczny patriotyzm to nurt „boczny”?
Jest jeszcze jeden ciężki przesąd polityczny. Wyraził go, chyba niechcący, p. Jarosław Kaczyński, który pytany przez dziennikarzy „bronił” ludzi orientacji Radia Maryja, że jest to nurt polityczny uprawniony w Polsce, jakkolwiek boczny. Co to znaczy boczny? Czy miliony Polaków, gorących patriotów i katolików, wymagają przywracania obywatelstwa polskiego w polityce i tylko tolerancji gdzieś na marginesie? Wynikałoby z tego chyba, że dziś centrum i substancję społeczeństwa polskiego stanowią lilipucie partie: PiS, PO, LiD, katolewica, masoni – coraz liczniejsi. Idąc wstecz, do nurtu bocznego Polski należeliby: Jan Paweł II, Prymas Stefan Wyszyński, ksiądz Jerzy Popiełuszko, „Solidarność”, powstańcy warszawscy, Traugutt, powstańcy listopadowi, kosynierzy, konfederaci barscy… A nurt główny reprezentowaliby: Gomułka, Bierut, Światło, Berman, Poniatowski, Poniński, targowiczanie, magnaci na żołdzie Prus i Moskwy… Jeśli coś takiego wyrwało się wybitnemu człowiekowi i politykowi, to cóż dopiero myślą o normalnych, patriotycznych Polakach wąskomyślni, zacietrzewieni i ślepawi sekciarze liberalni. Taka mentalność skrajnie egoistyczna i bezkrytyczna grozi różnym społecznościom. Kiedyś mówił do mnie prowincjał ojców dominikanów, że oni są esencją Kościoła: nie papiestwo, nie hierarchia, nie inne zakony, nie lud, lecz tylko oni. Jaka to esencja, to widać u nas.
Zagrożenie dzikością Sejmu i rządu
Dlaczego tak się dzieje, że w każdym Sejmie znajdzie się paru wariatów, którzy podminowują całe to zgromadzenie? Czy wyborcy są kompletnie ślepi? Nawet niektóre nasze kochane panie w Sejmie i rządzie, które miały łagodzić złe obyczaje, przodują w nienawiści, złośliwości i niedostatku merytorycznym. Czy takie różne osoby nie są przypadkiem dobierane umyślnie, żeby burzyć tradycyjne życie społeczne? Weźmy np. choćby pomysł, żeby dopuszczać do doktoratu już po trzech latach studiów, kiedy to student zgłębi dopiero podręczniki ze swej specjalności, a w dodatku byłyby zniesione habilitacje, i tak ktoś po licencjacie mógłby być profesorem uniwersytetu.
Trzeba jeszcze raz wyłożyć, jak ciężkie problemy stoją obecnie przed rządem:
Cztery miliony Polaków żyje w skrajnej nędzy.
Co czwarte dziecko jest niedożywione.
Kilka milionów alkoholików i narkomanów.
Sprawa ogromnych roszczeń Niemców, Żydów, Ukraińców i innych.
Szybko drożeje żywność, za Tuska więcej niż za Kaczyńskiego, jak to było w polemice wyborczej.
W UE zaczyna narastać kryzys gospodarczy, głównie żywnościowy, co zaczyna się wyraźnie od Włoch, które już zaczynają omijać turyści.
500 mld zadłużenia zewnętrznego 135 mld samych odsetek rocznie.
Rosja utrzymuje nadal niemal całe embargo na towary polskie.
Niemcy i Rosja prowadzą politykę gospodarczą niekorzystną dla Polski.
Trwa potężny kryzys w służbie zdrowia, ale też niemal we wszystkich sektorach społecznych, m.in. w sądownictwie i w urzędach (J.R. Nowak), a w policji dochodzi do tego, że nieraz funkcjonariusz musi sobie przynosić do komisariatu swoje krzesło z domu, bo nie ma pieniędzy, a rząd tymczasem obniżył budżet o 143 mln zł, co gorsza, jest to chyba ideologiczne, bo w liberalizmie policji nie potrzeba.
Postępujący rozkład moralny młodzieży, studentów, społeczności sportowych i innych.
Na złych drogach giną tysiące ludzi, a liczba pijanych kierowców lawinowo rośnie.
Nie ma wyższych idei ani wychowywania społeczeństwa.
Ożywa znowu korupcja i maleje penitencjarność.
Zawaliła się cała logika prawodawstwa.
Brakuje dobrych umów gospodarczych z innymi państwami, np. z Irakiem.
Zarządy spółdzielni mieszkaniowych blokują przekazywanie 1,5 mln mieszkań dla niezamożnych.
Fatalne uzbrojenie wojska.
Brak obrony dobrego imienia Polski przed atakami lobby żydowskiego w Ameryce i w Europie (J.R. Nowak).
Ataki rządu na patriotyczne ośrodki polonijne.
I takich spraw jest dużo więcej. A co robi rząd PO? Ano zajmuje się pękniętą oprawą laptopa Zbigniewa Ziobry, walką z PiS, usuwaniem ze stanowisk ludzi mianowanych przez b. rząd i atakami na Radio Maryja. Przepraszam, jest jednak pewna dziedzina, w której rząd ma dokonać czegoś istotnego. A mianowicie, pełnomocnik równego statusu kobiet i mężczyzn, p. Elżbieta Radziszewska, idąca po linii ideologii liberalnej, zapowiada, że „Tusk zamierza zmienić za rok polską kulturę samczą na humanistyczną, czyli na samiczną”. To dobre!
Czy z UE można wystąpić?
Pan Wojciech Sadurski pisze, że nie ma co kruszyć kopii o zabezpieczenie prezydenckich osiągnięć w sprawie Karty Praw Podstawowych, „bo z UE można w każdej chwili wystąpić” („Gazeta Wyborcza”, 17.03.2008 r.). Otóż nie jest to takie proste.
Pierwsze projekty eurokonstytucji nie przewidywały wystąpienia w ogóle, zakładając, że przystąpienie jakiegoś państwa do Unii będzie już wieczne. W ostatnich dokumentach jednak wystąpienie dopuszczono: „Każde państwo członkowskie, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi może podjąć decyzję o wystąpieniu”. Państwo takie musi zgłosić taki zamiar do Rady Europy, która podejmuje odpowiednie negocjacje i zawiera z tym państwem umowę, określającą warunki tego wystąpienia, łącznie z bilansowaniem finansów z czasów przynależności i sprawą przyszłych stosunków tego państwa z Unią. Umowę musi zatwierdzić Parlament Europejski oraz Rada Europy kwalifikowaną większością głosów (75 proc. członków Rady). Jeśli do umowy nie dojdzie, to państwo występujące musi dwa lata czekać na decyzję Rady. Rada ta jednak może przedłużyć ten okres dwóch lat, jeśli jest jednomyślna. Wydaje się zatem, że łatwiej jest do UE wejść, niż wyjść.
Trzeba nam zatem całe życie społeczno-polityczne i kulturalne na nowo humanizować, cywilizować i chrystianizować. Po prostu życie to musi wracać do normalności, stabilności, życzliwości i łagodności. „Trzeba się wystrzegać – jak pisze św. Paweł – starego kwasu złości i przewrotności, przyjmując chleb czystości i prawdy” (1 Kor 5, 8). Nie wolno pozwolić, by państwem rządzili ludzie przez krzywdy, bezprawie i pieniądze (Syr 10, 8). „Okazujemy się sługami Boga przez cierpliwość, czystość, umiejętność, wielkoduszność, łagodność, przez miłość nieobłudną, przez głoszenie prawdy i przez oręż sprawiedliwości” (2 Kor 6, 4-7).
