Granica zablokowana tirami
Celnicy, walcząc o lepsze warunki pracy, nie odprawiają pojazdów czekających przed wschodnią granicą. Rosną kolejki tirów i desperacja kierowców, a rozwiązania patowej sytuacji nie widać, gdyż rząd Donalda Tuska nie godzi się na warunki stawiane przez protestujących celników.
– Dlaczego rząd i celnicy spierają się naszym kosztem – denerwują się kierowcy koczujący całymi dniami pod granicą. Blokują swoimi wielkimi ciężarówkami drogi dojazdowe do przejść granicznych.
Od października ubiegłego roku trwa protest celników, którzy domagają się m.in. podwyżek płac, przyznania im uprawnień emerytalnych takich, jak mają inne służby mundurowe, i zapewnienia właściwej ochrony prawnej przy wykonywaniu obowiązków służbowych. Po Nowym Roku celnicy na wschodnich granicach nasilili akcję protestacyjną, nagminnie korzystając ze zwolnień lekarskich i biorąc urlopy na żądanie. A kolejki tirów rosną.
Kiedyś celnik był jak król
Wołodia, kierujący wielkim tirem z przyczepą na rosyjskich numerach rejestracyjnych, stoi tuż przed szlabanem przejścia granicznego w Dorohusku. Pytany, jak długo czekał na odprawę, drapie się w głowę, a potem sięga po tachograf. Okazuje się, że stanął w kolejce dokładnie 66 godzin przed naszą rozmową. Trzy dni jechał z Francji do Chełma, a po drodze sporo czasu zajął mu załadunek w Niemczech. Nieomal tyle samo czasu stracił na pokonanie 27-kilometrowego odcinka z Chełma do Dorohuska. Gdy mówi o opłacie za tranzyt i o paliwie, które bezproduktywnie stracił, lekko się denerwuje, ale nie żali się zbytnio na fatalne warunki sanitarne przed granicą.
– Pożarniki wodu dali – mówi. Chwali kobiety, które całkiem za darmo roznosiły zupę, chleb, kawę i herbatę. – Polaki to dobry narod – mówi z uznaniem. Wołodia, który jeździ tirami od 1988 r., na temat strajku polskich celników ma swoje zdanie.
– Kiedyś celnik na granicy był jak król – mówi. – Ale to się skończyło, jak weszliście na Unii. Oni teraz zobaczyli, że za mało zarabiają, i chcą więcej. Ale i lekarze u was chcą więcej, i nauczyciele – wylicza na palcach – a wasz rząd wszystkim naraz pensji nie podniesie – tłumaczy z charakterystyczną dla ludzi ze Wschodu wyrozumiałością dla władzy.
Zupełnie innego zdania są zdesperowani polscy kierowcy stojący w ciągnącym się po horyzont sznurze unieruchomionych pojazdów. Uważają, że stanowią kartę przetargową w przeciągających się rozgrywkach między rządem a celnikami. W proteście blokują drogi dojazdowe do granicy. Mają nadzieję, iż dzięki temu zwrócą na siebie uwagę i wymuszą rozwiązanie problemu.
Co ten rząd wyprawia z kierowcami?
– To, co się tu dzieje, woła o pomstę do nieba – mówi nieogolony mężczyzna przedstawiający się jako Andrzej, kierowca ciężarówki. – Trzeba pościągać tu po kolei tych wszystkich Tusków, nie-Tusków, ministrów od finansów, granic, ceł i spytać, co oni wyprawiają z kierowcami. Zupełnie ich nie obchodzi, co tu się dzieje ze zwykłymi obywatelami płacącymi przecież podatki. Im tylko chodzi o stołki dla siebie i jak pieniądze podzielić między sobą – denerwuje się coraz bardziej. Andrzej tłumaczy, że jego kurs trwa już 3 tygodnie. – Jak wyjechałem 6 stycznia z domu, tak cały czas jestem w trasie. Cztery dni zajęło mi głupie oclenie towaru w Chełmie. I teraz utknąłem w tej kolejce. To skandal.
Przed Dorohuskiem kierowcy stoją w szczerym polu, nie mają się gdzie umyć, jedzą głównie suchy prowiant, są niewyspani i wściekli na cały świat.
– Jak my stoimy, to i inni nie przejadą, nic nas nie obchodzi, że ktoś musi gdzieś zdążyć albo że ktoś na niego czeka. Na nas też czekają – denerwuje się młody kierowca, który w Okopach Woli blokował drogę. Wraz z kilkoma kolegami postawili swoje tiry w poprzek jezdni, całkowicie tamując ruch.
– W nocy człowiek śpi jak zając pod miedzą – mówi inny przewoźnik. – Ledwo zdąży się zasnąć, a już podjazd 200-300 metrów. I postój. Jak długo to można wytrzymać? Jeden z naszych kolegów tu, przed Dorohuskiem, po dwóch dobach takiego stania umarł na zawał, a po stronie ukraińskiej dzisiaj kierowca spalił się w kabinie. To są skutki tego paraliżu – dodaje.
Kolejki tirów niszczą kierowcom zdrowie i szkodzą naturze. – Co jakiś czas samochód trzeba „przepalić”, żeby baterie naładować – tłumaczy jeden z nich. Ogromne tiry, co chwila odpalające, jadące po parędziesiąt metrów i stające emitują ogromne ilości spalin. A wszystko to w sercu chronionego Chełmskiego Parku Krajobrazowego szczycącego się unikalną fauną i florą. – Ja przyjechałem do kolejki wczoraj o godz. 9.00 rano – włącza się do rozmowy kolejny kierowca. – Cały wczorajszy dzień nie ruszyłem się ani metra. W nocy gdzieś od godz. 21.00 kolejka zaczęła się przesuwać i przejechaliśmy kilka kilometrów. Ale w nocy jedzie ten, kto jest wytrzymały i da radę nie spać. A kto zaśnie, to stoi, a inni go objeżdżają – dodaje.
Kierowcy wskazują, że kilkudniowe postoje na granicy pozbawiają ich zarobków. – Lekarze zaczęli strajkować, bo za mało zarabiają, potem nauczyciele, teraz celnicy, po kolei cała budżetówka. Ale dlaczego to my mamy być za przeproszeniem w d… bici, bo oni za mało zarabiają. My tu stoimy praktycznie za darmo, żony i dzieci w domu, ile to można wytrzymać – żali się Bogdan z wielkiego MAN-a.
– To proste, my nie dostajemy pieniędzy za dniówkę, ale za kurs – tłumaczy inny kierowca. – Im więcej kursów w miesiącu, tym więcej zarobimy.
Trzeba aż zablokować Warszawę?
– To jest paranoja. Jedziemy do Zaporoża. Dwa dni drogi w jedną stronę i dwa z powrotem. Ale dochodzi stanie po parę dni przed polską granicą i tyle samo po ukraińskiej stronie. I niewiele już miesiąca zostaje. A przy normalnej przepustowości granicy możemy miesięcznie zrobić cztery kursy – tłumaczy jeden z blokujących drogę kierowców. – Nikt się tym nie interesuje, może jak całkiem zablokujemy drogę, to zwrócą na nas uwagę. Jak na razie to nic nie daje, więc chyba trzeba będzie zablokować Warszawę.
– Niektórzy kierowcy są tak zdesperowani, że odmawiają posiłku, a jedzenie naprawdę jest bardzo smaczne: żurek, kiełbasa z rusztu, kasza i sos, surówka z kapusty – wylicza pani Ewa Prus, pracownik Ośrodka Wsparcia Bliźniego Caritas w Chełmie, przeciskająca się wysłużonym volkswagenem między tirami. – Międzynarodowe Stowarzyszenie Przewoźników zgłosiło się do Caritas Ordynariatu Polowego w Chełmie i zamówiło 500 obiadów dla kierowców. Przyjęliśmy zlecenie i w tej chwili jedziemy wzdłuż kolejki i wydajemy darmowe obiady kierowcom.
– Kierowcy nie są nic winni, mnie to ich żal – tłumaczy blokujących drogę tirowców mieszkaniec pobliskiego Ludwinowa, który w drogę wybrał się przezornie na rowerze. Bezskutecznie prosił kierowców o przepuszczenie przez blokadę jego siostry, która nie może dojechać do domu. – Widzę z okna, jak wloką się po cztery doby, głodne, chłodne i do domu daleko. To wszystko wina celników. A kierowców to my czasem zapraszamy do domu na kawę. To są przecież też ludzie, oni pracują.
W piątek, 25 stycznia, na przejściu granicznym w Dorohusku stojące w blisko 20-kilometrowej kolejce tiry odprawiał tylko jeden celnik. W tym czasie w Warszawie trwały negocjacje przedstawicieli rządu i czterech związków zawodowych zrzeszających pracowników służb celnych. Po 12 godzinach rozmów uzgodniono 500 zł podwyżki dla celników, większą ochronę prawną oraz obietnicę zmiany ustawy o służbach celnych zrównującą celników z innymi pracownikami służb mundurowych. Warunki te zdecydowanie odrzucił nieuczestniczący w obradach Komitet Protestacyjny „Porozumienie Białostockie”, organizujący protest i domagający się m.in. 1500 zł podwyżki. Celnicy z tego komitetu wystosowali apel do premiera i ministra finansów o jak najszybsze podjęcie z nimi rozmów.
Tymczasem w nocy z piątku na sobotę odprawy tirów w Dorohusku całkowicie wstrzymano, a od rana w sobotę do odprawy ok. tysiąca aut stawiło się raptem dwóch celników. Sytuacja nie zmienia się, a kolejka tirów rośnie.
Tekst i zdjęcia Adam Kruczek
