„Anders na białym koniu”
Propagandowa agresja komunistów wobec generała Władysława Andersa
Dla sowieckich właścicieli powojennej Polski i dla ich kolaborantów sprawa była jasna. Generał Władysław Anders to niebezpieczny człowiek. Cieszy się szacunkiem Polaków jako ten, który wyprowadził swoich rodaków z sowieckiego domu niewoli. Jako zwycięski wódz, obdarzony charyzmą i niekwestionowanym autorytetem. To, co on powie, będzie dla rodaków drogowskazem.
Nie mając większego wpływu na działalność Generała na emigracji, propaganda komunistyczna postanowiła całkowicie odciąć go od kontaktów z krajem oraz nie dopuścić do pokazania go takim, jakim naprawdę był. Wszechwładna cenzura, wywodząca się z sowieckiej cenzury wojskowej, panowała nad wszystkim, o czym pisano w gazetach i książkach oraz co mówiono przez radio. To jednak nie wystarczyło. Nie chodziło bowiem o samo przemilczanie postaci Generała, bo to było niewykonalne nawet w warunkach cenzury, lecz o propagandową agresję wobec jego osoby. Wykorzystano więc całą watahę pismaków i „rysowników”, którzy za ochłapy w postaci różnych przywilejów, charakterystycznych dla państwa typu sowieckiego, czekali tylko na sygnał, by z ujadaniem rzucić się na dowódcę II Korpusu Polskiego, a po wojnie – Naczelnego Wodza i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych RP na uchodźstwie. Wszelkie chwyty były dozwolone. Czy ci ludzie wstydzili się swojej działalności? Może od czasu do czasu tak, ale pamiętajmy, że Stalin był bardzo przewidujący i przygotował zawczasu listek figowy i usprawiedliwienie dla wszelakiego szujostwa. Oficjalnie Polska nie była ani komunizowana, ani sowietyzowana. Oficjalnie Polska była „demokratyzowana”. Każdy kolaborant, uczestniczący w sowieckich akcjach propagandowych, mógł je „racjonalizować” na użytek własnego sumienia. Mógł sobie powiedzieć, że „takie są realia”, że „Związek Radziecki zapewnia nam pokój po najstraszniejszej z wojen”, że „Anders i siły reakcyjne prą do następnego światowego konfliktu” etc. Krótko mówiąc, kolaboranci wysługujący się Sowietom mogli pozować na „realistów” i „demokratów”. Mogli usprawiedliwiać się w ten sposób zarówno przed sobą, jak i przed rodziną oraz znajomymi. Chyba że byli to znajomi z przedwojennej KPP albo z komunistycznych jaczejek… Tu nie trzeba było żadnych usprawiedliwień. Rozumieli się bez słów. Teraz my!
Jeszcze podczas wojny
rozpoczął się atak na Generała – szczególnie w sierpniu 1944 r., gdy Niemcy, przy biernej postawie Sowietów, mordowali Warszawę. Od początku propaganda sowiecka przeciwstawiała „prostego, bohaterskiego żołnierza” powstania „garstce niepoczytalnych przywódców, którzy na rozkaz Sosnkowskiego, w imię nędznych kombinacji politycznych kliki sanacyjnej, pchnęli ludność Warszawy do walki”. Nie trzeba chyba dodawać, że według norm sowieckiej propagandy, do „kliki sanacyjnej” zaliczał się też generał Anders. Na łamach sowieckiego pisma, zatytułowanego szyderczo „Rzeczpospolita”, wydawanego w Chełmie, Lublinie, potem w Łodzi i w Warszawie pod redakcją Benjamina Goldberga vel Jerzego Borejszy, niejaki Sigalin pisał 17 sierpnia 1944 r.: „Co czuje żołnierz Andersa, walczący bohatersko na włoskim froncie, gdy go dochodzą wieści o płonącej Warszawie? Czyż nie wolałby razem z nami, z Armią Czerwoną, szturmować i wyzwolić naszą stolicę”? Żadnych skrupułów nie miał ten sowiecki pismak! Bredził o szturmowaniu Warszawy przez armię sowiecką, gdy stała ona pod Warszawą i nawet nie myślała o żadnym szturmowaniu. Pismak odwołuje się znowu do znanego schematu: Anders kontra bohaterski żołnierz. Trzeba tu przypomnieć, że nie był to wynalazek z roku 1944. W 1920 r. bolszewicy szli na Warszawę pod hasłami wspólnej walki „z pomieszczykami”, „jaśniepanami”. W roku 1939, gdy Sowieci rzucili się zdradziecko na Polskę, kolportowali ulotki, wzywające żołnierzy do „rozprawienia się z oficerami”, którzy służą „pańskiej Polsce”. Wtedy żołnierze wycierali sobie takimi ulotkami wiadomą część ciała. Teraz, pod koniec wojny, po kilku latach deprawacji ludności przez obu okupantów, braku dostępu do nauki, po świeżych dostawach komunistycznej żulii z terenu Związku Sowieckiego, takie treści były do przełknięcia dla części Polaków, marzących o tym, by „iść z prądem” i z tego „prądu” wyciągnąć jak najwięcej korzyści dla siebie. Smutne jest to, że trzon kolaborantów stanowiła, niestety, część komunizującej przed wojną inteligencji.
Moskwa
była rzeczywistym ośrodkiem dyspozycyjnym nagonki na generała Andersa. Włączono do niej także sowiecką prasę partyjną. 20 sierpnia 1944 r. „Krasnaja Zwiezda” opublikowała ohydną karykaturę. Pokazuje ona generała Andersa i generała Kazimierza Sosnkowskiego, jak stoją nad mapą Warszawy z okrwawionymi rękoma. Nieważne, że to łapy Stalina pomazane były krwią powstańców i że to nie generał Anders wzywał do powstania, lecz Radio Moskwa. Propaganda bolszewicka, potem sowiecka, nie dbała nawet o pozory. Po co, skoro człowiek sowiecki i tak musi słuchać…
Tego samego dnia, gdy zamieszczono nienawistną karykaturę, pepeerowski aparatczyk Władysław Gomułka (ten sam, któremu wiwatował w roku 1956 tłum zaczadzonych warszawiaków) ogłaszał „rezolucję PPR” o „zbrodniczej lekkomyślności przywódców AK”. Moskwa i Lublin nadawały na tej samej fali, według tego samego scenariusza.
Prasa gadzinowa
Na wzór gadzinówki Goldberga-Borejszy powstawały komunistyczne gadzinówki terenowe, organy PPR, potem PZPR. Jedna z nich, „Gazeta Lubelska”, pisała bez skrupułów 5 września 1944 r. o „ponurym cieniu faszystowskich sympatii”, który „wlókł się śladami Armii Polskiej, przekraczającej granicę Iranu”. Tak sowiecki autor skwitował dramatyczną ewakuację tysięcy Polaków, w tym kobiet i dzieci, uratowanych cudem przez generała z sowieckiego piekła. W tym samym artykule pismak powiada o Katyniu, że to „prowokacja, na której lep poszedł rząd londyński”.
W pepeerowskim „Sztandarze Ludu”, 22 marca 1945 r., ukazał się „wywiad” z byłym polskim oficerem Leonem Bukojemskim, podkomendnym generała Andersa, który nie wykonał rozkazu ewakuacji i został w Sowietach. Teraz, w Polsce sowieckiej, robił karierę. Był już „generałem”. „Nie mam osobistego żalu do generała Andersa” – bełkotał Bukojemski. „Niewątpliwie było to z mojej strony złamaniem dyscypliny”. Usłużny redaktor natychmiast uzupełnia: „Co znaczy dyscyplina w porównaniu z dobrem ojczyzny!”. Taki to był sowiecki koncept…
Apogeum łajdactwa i chamstwa osiągnęła kreatura podpisująca się jako Ryszard Obrączka. Łajdak ten pisał w kwietniu 1945 r., w katowickiej gadzinówce pepeerowskiej „Gazeta Robotnicza”, że „w piaskach Iranu i Palestyny powtórzyła się tragedia Berezy. Skazani na dożywotnie więzienie oficerowie i żołnierze, patrioci polscy, zapełnili obozy koncentracyjne, utworzone przez generała Andersa”! Żaden cynik z NKWD nie wymyśliłby nic równie podłego!
W czerwcu 1945 r. ta sama gadzinówka wydrukowała „satyrę” na generała. Na rysunku karykatury premiera Sosnkowskiego, generała Komorowskiego „Bora” i generała Andersa w niemieckich mundurach, z podpisem „wyprawa na Moskwę”. Trudno nie zauważyć, że szubrawcy, którzy takie rzeczy publikowali, odbyli niejedną wyprawę do Moskwy – po nauki i po to, by złożyć hołd swoim chlebodawcom…
25 czerwca 1945 r. w krakowskiej gadzinówce „Dziennik Polski” napisano: „Dziś Anders przegrał ostatecznie. Bo tak być musiało. Bo zawsze klęska polityki Andersów i Borów jest zwycięstwem dla Polski”. W tym samym numerze poetycka miernota, Jalu Kurek, zachwala sowiecki film, pokazywany w krakowskich kinach, na podstawie sowieckiej powieści Wandy Wasilewskiej z roku 1942. Dziś w Encyklopedii PWN można przeczytać, że „Dziennik Polski” to było „regionalne pismo informacyjno-publicystyczne południowej Polski, wydawane od 1945 r. w Krakowie, kontynuacja „Dziennika Krakowskiego” (!). Krótko mówiąc, wydawana przez komunistów gadzinówka była kontynuacją XIX-wiecznej gazety i „pismem informacyjno-publicystycznym”! Nie ma to jak „polskie” encyklopedie ze znakiem firmowym PWN Adama Bromberga – szefa peerelowskich wydawnictw MON. One przeżyją nas wszystkich, a obowiązująca w nich „linia” jest „nieśmiertelna”!
W tym samym krakowskim szmatławcu, w sierpniu 1945 r., zamieszczono rzekomą wypowiedź żołnierza generała Andersa (nie podano jego nazwiska): „Oni, to jest Anders, mają manię, że jednak będzie wojna między aliantami, a wtedy żołnierz polski z Włoch przyniesie hasła faszystowskie do kraju”. „Mania” komunistyczna polegała zaś na tym, że każdego polskiego patriotę nazywano „faszystą”. Niedawno dzięki telewizji przeżywaliśmy historyczne déj?vu: moskiewski urzędnik wygrażał „estońskim faszystom”, że chcą sami decydować o tym, jakie pomniki i gdzie mają stać w ich kraju…
W październiku 1945 r. inny katowicki szmatławiec, „Trybuna Robotnicza”, obwieścił: „Mimo zdrady Andersa i wynikającej stąd uzasadnionej nieufności, rząd radziecki dalej jest gotowy popierać sprawę polską”. Anders zdrajca – Sowieci zawsze wierni Polsce!
I jeszcze jedna gadzinówka pod mylącym tytułem „Głos Robotniczy”, tym razem wydawana przez PPR w Łodzi. W grudniu 1945 r. zmyślony przez tego szmatławca żołnierz generała Andersa mówi: „Armia wyprowadzona w swoim czasie z Rosji została wybita. Na miejsce Polaków Anders zaczął przyjmować banderowców (!), własowców (!) i esesmanów (!), którzy teraz stanowią większość jego armii”.
Bez skrupułów
To są przykładowe wypiski tylko za rok 1945. Był on i tak łagodny w tonie. To, co wypisywano o naszym bohaterze w latach późniejszych, zwłaszcza po roku 1948, nie nadaje się dziś do cytowania. Nie ma wątpliwości, że dobre imię generała Władysława Andersa starano się zszargać w sposób planowy i przemyślany. Nie ma wątpliwości, że czynili to obcy – tyle że z pomocą rodzimych głupców, karierowiczów, konformistów czy po prostu cynicznych łajdaków.
Pozbawienie obywatelstwa
„Zwieńczeniem” pierwszego okresu nienawistnej wobec Generała propagandy był 28 września 1946 r., gdy uchwałą tzw. Rady Ministrów tzw. Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, uznawanego przez Zachód od lipca 1945 r., pozbawiono generała Władysława Andersa obywatelstwa polskiego. To samo dotyczyło wielu innych, wybitnych wojskowych, którzy pozostali na Zachodzie: gen. Stanisława Maczka, gen. Stanisława Kopańskiego, gen. Antoniego Chruściela oraz 14 pułkowników, 28 podpułkowników i 30 majorów Wojska Polskiego. Kim byli ich odpowiednicy w wojsku „ludowym”? Byli to albo oficerowie sowieccy, nadzorujący to wojsko od samego początku, albo ludzie w rodzaju Łyżwińskiego vel Żymierskiego (pseudomarszałka), Jaruzelskiego i całe zastępy im podobnych. Hodowano ich w taki sposób, by zawsze pamiętali, że na pierwszym miejscu jest wierność „sojuszniczej armii” i „narodowi radzieckiemu”.
Gadzinowa kampania przeciwko Władysławowi Andersowi nie skończyła się na pozbawieniu go obywatelstwa. Aż do śmierci Generała 12 maja 1970 r. starano się go zohydzić w oczach Polaków w kraju. Szydzono też z tych, którzy nie tracili nadziei na uwolnienie się kraju spod sowieckiej kurateli, że do Polski przybędzie „Anders na białym koniu”.
Niebezpieczni żołnierze i ich krewni…
Nie tylko propaganda była narzędziem walki z dobrym imieniem generała Władysława Andersa. Do akcji wkroczyła bezpieka. Za niebezpiecznych dla komunistów zostali uznani wracający do kraju podkomendni generała, najczęściej zwykli żołnierze. Oni najlepiej wiedzieli, jaki był generał. Sowieci bali się legendy bohaterskiego dowódcy. Już w kwietniu 1945 r. generał Iwan Sierow meldował komisarzowi spraw wewnętrznych Sowietów, Berii (jednemu z inicjatorów zbrodni katyńskiej): „Organy Informacji wykryły i włączyły do ewidencji osobowej byłych żołnierzy armii Andersa, akowców a także żołnierzy posiadających bliskich krewnych w armii Andersa”. Chodziło o Informację Wojskową tzw. I i II armii wojska „polskiego”, dowodzonych przez sowieckich komandirów: Siergieja Fiodorowicza Gorochowa vel Stanisława Popławskiego oraz Karola Świerczewskiego. Dla sowieckich zbrodniarzy niebezpieczni dla wojska „ludowego” byli więc nawet krewni żołnierzy służących pod rozkazami bohaterskiego Generała! „Ewidencje” wojskowej bezpieki służyły potem do ich represjonowania. To jednak temat na osobny, obszerny artykuł.
IPN Gdańsk
