Dzielić się z ludźmi szczęściem rodzinnym
Z Lawrencem D. Jacobsem, głównym koordynatorem Światowego Kongresu Rodzin,
wiceprezydentem Howard Center for Family, Religion and Society, rozmawia Jacek Dytkowski
Jakie są, Pańskim zdaniem, zagrożenia dla rodziny we współczesnym świecie?
– Myślę, że w dzisiejszym świecie rodzina podlega największej liczbie ataków z wielu stron. Można tu wymienić rozwody, różne alternatywne formy małżeństwa – m.in. wolne związki. Próbuje się doprowadzić do tego, żeby małżeństwo nie było już takie istotne, aby utraciło swoją wagę. Są też ataki ze strony tych, którzy promują związki homoseksualne. Definicja małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny to dla takich osób bariera. Jednak najbardziej chyba niebezpieczna jest nasza zmiana w sposobie myślenia na temat rodziny i w ogóle w podejściu do życia. Rodzina w mentalności ludzi schodzi na dalszy plan. Najważniejsza, zamiast szczęścia w rodzinie, staje się nieposkromiona chęć posiadania jak największej liczby rzeczy.
Co należy czynić, by przeciwdziałać tym zagrożeniom?
– To ogromny problem, i jak w każdej takiej sytuacji nie ma jednego prostego rozwiązania. Możemy zacząć od nas samych, bo każdy z nas jest członkiem rodziny: synem, mężem, ojcem. Idąc dalej tym tropem, możemy własnym przykładem pokazywać, czym jest rodzina – bo każdy z nas jest także zaangażowany zawodowo: uczy się, ma własną firmę lub pracuje u kogoś. W tych miejscach możemy dawać świadectwo swoje i naszej rodziny, dzielić się z ludźmi tym, czym jest szczęście rodzinne – a w konsekwencji zmieniać społeczeństwo, partie polityczne i rządy. Wyjątkowe znaczenie ma wypowiadanie głośno naszego zdania, gdy nie zgadzamy się z czyimiś opiniami. Jeżeli uważamy, że życie razem przed ślubem jest nie w porządku, to powinniśmy mówić: „Nie należy żyć przed ślubem, ponieważ to może zniszczyć wasze małżeństwo w późniejszym okresie”. Oczywiście, nasze rodziny nie są idealne. Wszyscy jesteśmy grzeszni i dążymy do tego pewnego idealnego wzorca rodziny. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem trzy lata – ale to nie znaczy, że się z tym pogodziłem. Osoba, która traci swojego ojca, szuka jakiegoś innego wzorca mężczyzny w swoim życiu. Czasem może to być dziadek, brat lub wujek – ktoś, kto wypełni tę nagle powstałą pustkę. A więc nie można w takich sytuacjach mówić: „OK, niech tak będzie, niech tak zostanie, bo będzie nam wygodniej”.
Jest Pan założycielem i fundatorem firmy „Jabez Consulting”. Czym się ona zajmuje?
– W Stanach Zjednoczonych, podobnie jak w Polsce i w innych krajach, są takie miejsca, gdzie mogą przyjść kobiety w ciąży, które nie wiedzą, co dalej zrobić i po prostu potrzebują pomocy. Moja żona, pracując tam jako pielęgniarka, zaobserwowała, że kobiety te myślą o aborcji, bo nie mają pieniędzy na odchowanie dziecka. Gdy się w końcu godzą urodzić dziecko, potrzebują opieki medycznej, na którą ich nie stać. W związku z tym rozpoczęliśmy w Cincinnati tworzenie centrum medycznego wspierającego te ośrodki dla samotnych matek. Zgromadziliśmy 20 lekarzy – wolontariuszy, którzy bezpłatnie pomagają kobietom w ciąży z tych ośrodków.
Czy oferujecie również pomoc finansową?
– Jako organizacja zbieramy pieniądze, szukamy firm i osób mogących przekazać jakieś fundusze. Znaleźliśmy również sposób, aby szpitale, w których trzeba płacić, same finansowały opiekę lekarską. Chodzi tu głównie o akademie medyczne, gdzie się uczą swego fachu lekarze-położnicy. Żeby otrzymać specjalizację, muszą oni odebrać tysiąc porodów – co oznaczało, że potrzebują pacjentek. Doszliśmy z nimi do porozumienia i teraz lekarze odbierają porody kobiet z naszych ośrodków, zdobywając doświadczenie zawodowe, a za opiekę medyczną płacą akademie. W Stanach Zjednoczonych mamy także opiekę państwową dla bardzo biednych kobiet. Jest również pomoc finansowa przekazywana przez rząd, ale do tej pory otrzymywały ją głównie instytucje, które prowadziły tzw. planowane rodzicielstwo, czyli z nastawieniem przeciwko życiu – odwrotnie jak my. Postanowiliśmy więc pozyskać pieniądze dla instytucji opowiadających się za życiem – pro-life, żeby wyrównać te proporcje. W efekcie część finansów, które szły na organizacje wrogie życiu, wspierają teraz ruchy pro-life, a także pomoc medyczną dla kobiet w stanie błogosławionym.
Jaka jest w Stanach Zjednoczonych sytuacja prawna dzieci poczętych?
– Na początku było tak, że każdy stan mógł sam decydować, czy dopuszcza aborcję, czy nie. Później nastąpiła zmiana – Sąd Najwyższy uznał, iż w sytuacjach zagrożenia życia kobiety można zezwolić na aborcję. Ale jest to tylko rozwiązanie teoretyczne, bo w praktyce różne sądy różnie interpretują ten zapis. Za stan groźny dla życia kobiety w ciąży uznaje się np. stres oraz wiele innych zwyczajnych sytuacji, na które normalnie nie zwrócono by uwagi.
Czy chciałby Pan podzielić się z Czytelnikami „Naszego Dziennika” osobistymi wrażeniami z IV Światowego Kongresu Rodzin w Warszawie?
– Kocham Polskę. To jest już moja piąta wizyta w waszym kraju. Ludzie są fantastyczni i bardzo przyjaźni. Wielu osobom może się wydawać, że Polska jest smutnym, zimnym miejscem, bardzo zurbanizowanym. Tymczasem Amerykanie przybywający tutaj mogą dostrzec, że mamy z wami wiele cech wspólnych. W swojej historii Ameryka podobnie jak Polska była atakowana przez kraje europejskie. Możemy sobie wyobrazić, jak to jest, i stwierdzić, że czasem mamy wspólnych wrogów. Jeśli chodzi o Kongres, to jestem bardzo zmęczony. Przypuszczam, że wiele osób, które organizowały to wielkie przedsięwzięcie, pracowały w ciągu ostatniego tygodnia przez 18 godzin dziennie. Ale wszyscy jesteśmy szczęśliwi, bo widzimy owoce naszej pracy.
Dziękuję za rozmowę.
