Polakom pod rozwagę

I co dalej?

Kiedy wiodąca w parlamencie partia (PiS) nie spisała się tak, jak należało w sprawie nowelizacji art. 38 Konstytucji RP, cisną się na myśl słowa św. Pawła z Listu do Rzymian: „Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli?” (Rz 11, 11). Jestem skłonny wierzyć, że ogół członków tej partii, wraz z wiernymi koalicjantami, jest nadal zdolny do twórczego spojrzenia w przyszłość. Pragnę im jednak zasugerować, by plany, którym gorliwie patronował zwłaszcza marszałek Marek Jurek, potraktowali bardziej całościowo, pod kątem reformy całej Konstytucji RP.


Aby Polska była Polską


Z naciskiem przypomina nam Stanisław Michalkiewicz, że deklaracja berlińska podpisana przez panią Angelę Merkel podobno nakłada na Polskę obowiązek pozytywnego ustosunkowania się do tzw. konstytucji europejskiej do roku 2009. Wiele oznak „na niebie i na ziemi” wskazuje na to, że Unia chce w pełni podporządkować Polskę swojej administracji (na przykład – jak ostatnio – upiera się, gdzie wolno sadzić drzewka, a gdzie nie wolno), co oznacza w konsekwencji pełne poddanie Polski wpływom niemieckim. Aby nikt nie miał wątpliwości, co o tym myślę (o czym już czasem pisałem), stwierdzam jeszcze raz, że nam nie jest potrzebna Unia ani konstytucja europejska, nam jest potrzebna dobra Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, która pomogłaby nam odbudować wewnętrzną spoistość Narodu w oparciu o zdrowe zasady moralne, w pełni potwierdzoną suwerenność i tożsamość czerpaną z naszych, to jest chrześcijańskich i katolickich korzeni. Musimy uczynić wszystko, aby nie podpisywać tej konstytucji europejskiej, jaką nam chcą wcisnąć. Natomiast należy zagwarantować sobie pełne prawo wchodzenia w umowy z państwami europejskimi na zasadzie wolności i równorzędności. Podobno jest szansa, że mogą nas „wyrzucić z Unii” za to, że nie respektujemy zarządzeń Brukseli. Byłaby to szczęśliwa okoliczność. Należałoby do tego dążyć całym sercem. Jest wiele powodów, aby opierać się dyktaturze Unii i różnym dekretom i wyrokom, które nie mają nic wspólnego ani ze sprawiedliwością, ani z właściwym rozumieniem dobra wspólnego, ani nawet ze zdrowym rozsądkiem. Ważnym powodem, dla którego należy wyzwolić się z masońskiej i libertyńskiej Unii, jest to, że ten twór polityczny kultywuje tradycje rewolucji francuskiej i w imię dyktatury laicyzmu zwalcza bezwstydnie religię katolicką i głoszone przez Kościół zasady moralne dotyczące tak życia osoby, jak i społeczeństwa, ma natomiast surowo karać jakiekolwiek umniejszanie czci dla holocaustu (wg „Financial Times”, cyt. przez: Grant Swank, EU Gets Tough Re Holocaust, MichNews, 18 kwietnia 2007 r.).


Nie! – dla Unii


Na temat stosunku do Unii (przy okazji kongresu urządzonego w 50-lecie traktatów rzymskich) mówił sekretarz Watykanu do spraw stosunków z państwami ks. bp Dominique Mamberti (Zenit, 24 marca 2007 r.). Powiedział, że zabiera głos w poczuciu zdrowego realizmu, pamiętając, że w czasie obu kadencji Parlamentu Europejskiego „stanowisko Kościoła i „Watykanu” było 30 razy (słownie: trzydzieści razy) atakowane i bezprawnie oskarżane o niesłuszne interwencje na forum europejskim”. Mówiąc o wielu sprawach dotyczących Europy, bardziej szczegółowo podniósł kwestię niszczenia embrionów pod pretekstem badań naukowych. Ksiądz biskup Mamberti stwierdził, że „demokracja, która zamiast służyć życiu ludzkiemu, poddaje je głosowaniu, w którym większość skazuje je na zniszczenie, sama jest łupem zdrady i nietolerancji”. Nie można się zgodzić na taką strategię, w której etyka jest traktowana jako przeszkoda. „Wobec tych problemów katolicy zaangażowani na polu polityki powinni mieć świadomość, że toczy się gra o sam sens ich politycznej aktywności oraz przyszłości Europy!”. Upomniał się o pełne poszanowanie praw rodziny i wezwał, by chrześcijanie uważali za sprawę priorytetową „obronę życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci oraz naturalnej struktury rodziny jako wspólnoty opartej na przymierzu mężczyzny i kobiety”. Ostrzegł, że bez pielęgnowania wartości chrześcijańskich i popierania autentycznej wolności religijnej Europa nigdy nie stanie się podmiotem zintegrowanym: jej tożsamość jest bowiem przede wszystkim historyczna i kulturalna. W tym samym duchu Papież Benedykt XVI apelował (na początku roku), by „ewentualny traktat konstytucyjny chronił wartości naturalne będące fundamentem godności ludzkiej, by gwarantował instytucjonalne prawa Kościoła i uznał wyraźnie chrześcijańskie dziedzictwo Kontynentu”. Jest to ważna wskazówka, w jakim duchu powinno państwo polskie prowadzić pertraktacje z „Europą”, jeśli ma być przez nas uznana jako wiarygodny partner stosunków politycznych.

Ksiądz biskup Dominique Mamberti przypomniał mądre twierdzenie Maksa Schelera, że „nigdy i nigdzie same traktaty nie doprowadziły do stworzenia wspólnoty”. Wynika stąd, że „ratyfikacja traktatu europejskiego nie stworzy nowej Europy”. Sekretarz Watykanu przestrzegał także przed panoszącym się laicyzmem, który chce religię w ogóle wyeliminować z życia publicznego Europy. Grozi w takim razie niebezpieczeństwo, już potwierdzone przez historię, że po usunięciu chrześcijaństwa pojawia się neopogańskie ubóstwienie (absolutyzacja) państwa, co oznacza zniszczenie demokracji i praw osoby ludzkiej. W przeciwieństwie do radykalnego laicyzmu jest potrzebna zdrowa „laickość”, czyli świeckość państwa, którą może zagwarantować tylko chrześcijaństwo. Prawdziwa religia bowiem nie pozwala, aby jakaś władza świecka wchodziła na miejsce Boga i stawała się panem sumień. Człowiek potrzebuje transcendencji właściwej dla chrześcijaństwa, aby znaleźć oparcie przeciw uzurpacjom tyranów. W podobny sposób Tocqueville zauważył, że „despotyzm nie potrzebuje religii, wolność – tak”. W tym kontekście ks. bp Mamberti podkreślił odpowiedzialność chrześcijan za przyszłość narodów Europy.


O nową Konstytucję na fundamencie prawa Bożego


Przechodząc do problemów naszego kraju, jeszcze raz podkreślam, że Polsce potrzebna jest nowa i dobra Konstytucja, nie tyle „uchwalona” w drodze przetargu i kompromisu, ile odczytana w misterium Narodu, którego losy tak mocno związały się z Krzyżem i Zmartwychwstaniem Chrystusa, że On sam, objawiając swoją wolę wybranym świętym, ujawnił pragnienie, by być Królem naszych serc, oddanych pełnieniu Jego woli. Dlatego Konstytucja, jeżeli ma mieć sens, musi odwoływać się do Boga Żywego i Zmartwychwstałego Pana żywych i umarłych, a nie do mitów czy pobożnych wyobrażeń, jakie mogą się wylęgnąć w pobożnych, jak i bezbożnych głowach. Wiadomo, że wszelkie prawo, jakie człowiek usiłuje ustanowić, musi się opierać na wiecznym i niezmiennym Prawie Bożym, jak tego Kościół stale naucza. Najprościej sformułował to Papież Jan XXIII w encyklice „Mater et magistra”, pisząc: „Jeśli między przywódcami państw ma powstać i zakorzenić się głęboko w sercach wzajemne zaufanie, to jest rzeczą ze wszech miar konieczną, by uznali oni najpierw istnienie porządku moralnego i przestrzegali jego nakazów. Te nakazy moralności znajdują swe jedyne oparcie w Bogu, bez którego porządek moralny musiałby całkowicie zaniknąć”.

Głoszenie tego porządku moralnego jest powierzone Kościołowi. Jan XXIII zwalczał jako „najbardziej błędny” rozpowszechniony w naszych czasach pogląd, jakoby religia była przeżytkiem i niepożytecznym zabobonem. Papież ten ostrzegał: „Człowiek odłączony od Boga staje się straszny dla siebie i dla drugich. Wszelkie bowiem współżycie między ludźmi wymaga koniecznie, by człowiek miał świadomy i właściwy stosunek do Boga, źródła wszelkiej prawdy, sprawiedliwości i miłości”. Może nawet niejednego człowieka zaskoczyć mocny ton wypowiedzi Jana XXIII na temat dążeń ateistów. Pisze bowiem: „Żaden chyba przejaw głupoty nie wydaje się bardziej znamienny dla naszych czasów, jak dążenie do utworzenia trwałego i dostatniego porządku życia doczesnego, nieopartego na nieodzownym fundamencie, to znaczy pomijającego majestat Boga. W ten sposób usiłuje się podkreślać dostojeństwo człowieka, wysuszywszy źródło, z którego to dostojeństwo wypływa i jest zasilane?”. W encyklice „Pacem in terris” to samo wyraża zwięźle: „Pokój na ziemi (?) nie może być budowany i utrwalany inaczej, jak tylko przez wierne zachowywanie porządku ustanowionego przez Boga”. Więcej szczegółów jest oczywiście w tekście samej encykliki.

Sprawa autorytetu encykliki „Mater et Magistra” niespodziewanie wyszła na światło dzienne w toku pewnej polemiki we Włoszech na temat stosunku Kościoła do próby zalegalizowania związków „de facto” (czyli niebędących małżeństwem). Otóż kiedy pewne wysoko postawione osoby (katolicy, a jakże!) zaatakowały Benedykta XVI i ks. kard. Ruiniego za krytyczną ocenę dążeń do zinstytucjonalizowania tego obyczaju sprzecznego z nauką Kościoła, dziennikarz Antonio Socci wykazał bezpodstawność tych zarzutów, przypominając główne sformułowania encykliki „Mater et Magistra”, na którą próbowano się powoływać jako rzekomo łagodniejszą niż dokumenty obecnego Papieża (Rassegna Stampa, 19 lutego 2007 r.) Socci przytoczył szereg tekstów na temat prawa Bożego, świętości małżeństwa, życia i rodziny, na temat konieczności respektowania prawa Bożego w całym życiu społecznym, bez czego życie ludzkie spada w otchłań zła i głupoty.

Nauka zawarta w encyklikach papieskich została dana nie tylko dla pożytku pobożnych dusz, ale także dla dobra narodów i dla pokoju światowego. Niekiedy może się wydawać, że się przedawniła, bo różne pisma polityczne i telewizje o niej milczą, ale prawda nigdy nie przemija, tylko biada tym, którzy od niej uciekają. Oczywiście w historii ostatnich stuleci obserwujemy proces systematycznego i jakby stopniowego pomijania, a nawet zwalczania nauki Kościoła na temat życia społecznego i politycznego. Wygląda to tak, jakby ktoś starał się stopniowo i niezauważalnie znieczulić ludzkie umysły na istnienie wyższej prawdy, od której zależy wartość wszelkiej innej prawdy i wszelkiego prawa. Na tle ostatnich wydarzeń sejmowych marszałek Sejmu, pan Marek Jurek, okazał się człowiekiem, który wie, dlaczego na forum publicznym wolno i należy odwoływać się do zasad katolickich, dzięki którym także nasze czysto ludzkie rozeznanie spraw politycznych staje się jaśniejsze i głębsze i dzięki temu bardziej trafne.


Nie dać się oszukać „racjonalistom”


Jeżeli natomiast ktoś uważa, że „samym rozumem” można wypracować dobrą Konstytucję, to niech zatrzyma się nad roztropnymi uwagami, jakie przekazał swoim czytelnikom Thomas E. Brewton (The Paradox of Reason, MichNews, 10 kwietnia 2007 r.).

Ten publicysta przypomniał, że to, co proponowali encyklopedyści przed rewolucją francuską, było „wiarą w wyższość rozumu”, który sam rzekomo potrafi kierować życiem społecznym. W praktyce okazało się, że jest to „zamek z piasku” podmywany falami politycznej tyranii. Władza „rozumu” ustąpiła natychmiast pierwszeństwa władzy rewolucyjnego terroru, który poddał rozum w służbę celom politycznym – czyli celom określonych grup politycznych. Po egzekucji króla Ludwika XVI trybunał rewolucyjny oświadczył, że „jest absolutnie konieczne ustanowić despotyzm wolności, aby zmiażdżyć despotyzm królów” (Brewton cytuje tu André Maurois „A History of France”). Krew lała się obficie w imię „wolności”. Okazało się więc, że rozum jest bezbronny wobec siły.

Zniewolenie rozumu przez brutalną siłę nie jest jednak tylko chłodnym skonstatowaniem faktu. Okazało się wkrótce, że „fakt” ten został zatwierdzony jako zasada, która definitywnie zdetronizowała rozum, apoteozując czysto materialną, kosmiczną siłę. Po opublikowaniu darwinowskiej hipotezy ewolucji kontynuatorzy liberalnego socjalizmu zaczęli kruszyć fundamenty konstytucji amerykańskiej i brytyjskiej, opowiadając się za „darwinizmem politycznym”. Prominentny zwolennik i propagator darwinizmu Thomas Huxley oświadczył, że moralność chrześcijańską należy odrzucić jako zabobon. Stwierdził, iż nie ma czegoś takiego jak grzech, nie ma żadnego kryterium dla rozróżnienia dobra i zła, światem rządzi jedynie prawo walki o przetrwanie.

Wprawdzie budził się podziw dla nowych odkryć w zakresie nauk przyrodniczych, ale nie zaowocowało to wzrostem czci dla człowieka jako istoty rozumnej. Przeciwnie, wmawiając człowiekowi, że już niemal opanował naturę, postanowiono również kontrolować i reformować samą naturę ludzką (chodziło między innymi o rysujący się problem ludnościowy). Taki stosunek do natury zakładał – sofistycznie czy nieświadomie – przesłankę, że w naturze panuje chaos i że właśnie rozum ma wprowadzić „wyższy porządek” (tak zwany „porządek kultury” przeciwstawny wobec „porządku natury”). Istotnie dla zwolenników tej „postępowej” nauki nie mógł istnieć w naturze wcześniejszy porządek, dopóki nie wkroczy tam „rozum naukowy”. Wierzyli oni bowiem, że nie ma Boga, że życie rozwijało się bez zamierzonego z góry planu i bez określonego celu. To, co „istnieje”, po prostu „się wydarzyło” przez ślepy przypadek, w rezultacie łańcucha reakcji pobudzanych przez zmieniające się okoliczności materialne.

W świecie nie istnieje zatem żaden rozum, który by pozwalał – lub nakazywał – oceniać fakty z punktu widzenia moralnego, jako „dobro” lub „zło”. Nie ma więc racji (przesłanki rozumowej), aby potępić wymordowanie dziesiątków milionów ludzi przez Lenina, Stalina, Hitlera, Mao Tse-tunga. Jeżeli nie ma żadnej moralności, żadnego wyższego prawa, żadnego Boga, pozostaje nam jedyna zasada rządząca życiem: „siła rodzi prawo”. Autor snuje w dalszym ciągu cenne refleksje na temat nowej religii wymyślonej przez Augusta Comte?a, jak i na temat sofizmatu Protagorasa, według którego „człowiek jest miarą wszechrzeczy”. Jest to interesująca historia, pokazująca, w jaki sposób człowiek oddaje się w niewolę bożkom przez siebie wymyślonym, porzucając Jedynego Boga, „Tego, Który Jest”.


„Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”


Powinniśmy wysnuwać z historii odpowiednie wnioski, aby Konstytucję oprzeć na tych podstawach, na których może ona funkcjonować. Tu tylko ogólnie podsuwam myśl, aby Konstytucja w swojej warstwie fundamentalnej zawierała odniesienie do Dekalogu, aby mówiła, że Polska należy do Chrystusa na mocy chrztu świętego i dzięki temu, że w ciągu historii zawdzięcza swoje ocalenie (przywrócenie do bytu) jedynie interwencji Zbawiciela. Konstytucja w ten sposób stwierdzałaby wyłącznie fakt, a nie formułowałaby jakiegoś „postulatu”. Powinno się także wyraźnie zaznaczyć, że wszelkie formy działania i organizacji wrogie chrześcijaństwu, Kościołowi katolickiemu oraz atakujące religię i godzące w sumienia są obce tożsamości państwa polskiego i powinny być zakazane. Powinno się stwierdzić, że Naród czerpie swoją podmiotowość i suwerenność z misterium rodziny (sakramentalnej), w której sam Bóg jest obecny jako Miłość i źródło życia, co pozwoliłoby postawić poza prawem wszelkie twory rodzinnopodobne (popierane przez Unię Europejską), a będące permanentnym bluźnierstwem i świętokradztwem.

W warstwie konstruktywnej (poświęconej strukturze społeczeństwa) Konstytucja powinna zaadaptować (przejąć do swego korpusu) Kartę Praw Rodziny. Powinna też dokonać obiektywnego i jasnego sądu nad przeszłością, podkreślając jako godne czci wysiłki bohaterskich osób i organizacji, stawiając je za wzór ofiarnej pracy dla Ojczyzny. Powinna też jasno napiętnować działalność, ideologię i programy organizacji i partii antychrześcijańskich, antynarodowych, antyludzkich, antyrodzinnych, nie ograniczając się do napiętnowania hitleryzmu lub faszyzmu, lecz wymieniając wyraźnie komunizm i wszelkie pochodne formy ideologii politycznej wywodzące się z korzenia marksizmu i w ogóle socjalizmu, jak też masonerię i inne tajne organizacje i ruchy uderzające w tożsamość Polski.

Konstytucja nie byłaby kompletna, jeśli nie określiłaby, na jakich zasadach moralnych powinna być uprawiana polityka, czyli służba dobru wspólnemu Ojczyzny. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby stwierdzić, że te zasady moralne są kompetentnie wyjaśniane w Kompendium Nauki Społecznej Kościoła. W zakresie tego dobra wspólnego mieszczą się prawa osoby ludzkiej i prawa wspólnot pozostające w ścisłej relacji do integralnie rozumianego dobra osoby, czyli uwzględniające transcendentny wymiar powołania osoby. W tej części Konstytucji znalazłoby się miejsce na uroczyste potwierdzenie nietykalności życia ludzkiego od momentu poczęcia do naturalnej śmierci, jak też odrzucenie wszelkich form działania naruszających ludzką godność – tak indywidualnie, jak i społecznie.

Te założenia powinny służyć jako podstawa dla określenia ustroju, czyli struktury władz i sposobu ich funkcjonowania. W samej Konstytucji wystarczy określić tożsamość, cele i funkcje (kompetencje) poszczególnych władz, natomiast różne szczegóły dotyczące sposobu ich funkcjonowania (proceduralne) powinno się przenieść do osobnych statutów opracowanych jako załączniki do Konstytucji. Oczywiście nie należy ignorować konkretnej sytuacji światowej i świadomie trzeba określić stanowisko Polski zarówno wobec procesu globalizacji, dążącego do pochłonięcia polskiej gospodarki i kultury oraz wtopienia naszego kraju w jakiś światowy układ neutralny moralnie i antropologicznie, jak i wobec problemu tak zwanej Unii Europejskiej, która – jak to wynika z projektu traktatu konstytucyjnego – usiłuje stać się superpaństwem i kierować wszystkimi szczegółami naszego życia narodowego i społecznego, wciskając nam „prawa i obyczaje” sprzeczne z naszą ludzką i chrześcijańską tożsamością, co absolutnie nie może zostać przez Polskę zaakceptowane. Państwo polskie, które nie zhańbiło się w historii jakimiś działaniami imperialistycznymi czy kolonizatorskimi, nie może zgodzić się na wysyłanie sił zbrojnych na tereny, na których toczą się walki wyłącznie w celu obrony brudnych interesów jakichś obcych mocarstw, a nie w obronie wolności czy suwerenności polskiego Narodu lub w obronie słusznych praw naszych sprzymierzeńców (jeśli tacy są). Jak na razie udział wojsk polskich w działaniach na terenach Iraku czy Afganistanu nie jest uzasadniony polską racją stanu i należy przeciw temu zaprotestować.

Władza państwowa, która rozumie i szanuje naszą tożsamość historyczną i kulturową, zwłaszcza duchową, mogłaby (jeśli Polska odzyska swoją pełną suwerenność) – w porozumieniu z władzami duchownymi kraju, ogłosić oddanie Polski pod władzę Najświętszego Serca Jezusa, nawiązując do historycznych precedensów z czasów powojennych, kiedy jeszcze Prymasem Polski był ks. kard. August Hlond. Na tle ogólnej sytuacji światowej staje się coraz jaśniejsze zdanie św. Piotra, że „nie ma w żadnym innym [imieniu] zbawienia” – jak tylko w Jezusie Chrystusie (por. Dz 4, 12).

ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj