Nowe fałsze Grossa (12)

Komunistyczni dyktatorzy
Opisana przeze mnie patologia zdominowania władzy
przez środowiska komunistów z mniejszości żydowskiej nie ograniczyła się
do Polski.
Podobne zjawiska wystąpiły
po 1944 r. na Węgrzech, w Czechosłowacji i Rumunii, jak już wcześniej zaznaczyłem
w tekście "Spór o "żydokomunę"" w "Naszym Dzienniku" z
12-13 sierpnia 2006 roku. Prawdziwie ordynarnym kłamstwem Grossa jest podane
przez niego na stronie 214 "Strachu" twierdzenie, jakoby "istnienie
Żydów wewnątrz Partii i poza nią jawnie komplikowało narzucenie sowieckiego
panowania w Europie Środkowo-Wschodniej" (Jews whose existence, within
the Party and outside it, evidenty complicated the imposition of Sowiet rule
in East Central
Europe). Gross bezczelnie deformuje fakty, kreśląc diametralnie przeciwstawny
obraz sytuacji w Europie Środkowowschodniej do tej, jaka w rzeczywistości istniała.
Otóż obecność Żydów w tym regionie wcale nie komplikowało narzucania tu sowieckiego
panowania, lecz je znacząco ułatwiło! Jest na ten temat aż nadto wiele bogato
udokumentowanych świadectw. Przytaczałem już w tym kontekście jednoznaczne
opinie słynnego sowietologa pochodzenia żydowskiego Paula Lendvaiego, byłego
oficera
WP pochodzenia żydowskiego Michała Chęcińskiego i pisarza Leopolda Tyrmanda.
Dodam wypowiedź brytyjskiego sowietologa pochodzenia żydowskiego, niegdyś jednego
z "filarów" nauki marksistowskiej na Węgrzech – Tibora Szamuellyego.
Autor ten napisał 26 kwietnia 1968 roku na łamach brytyjskiego "Spectatora": "(…)
Tragicznym jest fakt, że w Polsce, tak jak w innych krajach Europy Wschodniej,
Żydzi grali kierowniczą rolę w ustanowieniu komunistycznego systemu i w jego
wprawianiu w ruch w pierwszych najstraszniejszych latach jego istnienia".
Przypomnę tu również ocenę Karela Bartoska, autora opracowania dziejów Europy
Środkowej i Południowo-Wschodniej pod rządami komunistów, w "Czarnej księdze
komunizmu". Pisał on tam m.in.: "Żydzi komuniści, niezwykle liczni
w aparacie Kominternu, po wojnie nadal zajmowali kluczowe pozycje w partii
i strukturach państwowych wielu krajów Europy Środkowej. W swej pracy podsumowującej
doświadczenia komunizmu węgierskiego Miklós Molnár pisał: "Na szczycie
hierarchii niemal wszyscy przywódcy są pochodzenia żydowskiego, podobnie jak,
choć w nieco
zmniejszonej proporcji, w aparacie Komitetu Centralnego, w policji politycznej,
prasie, wydawnictwach, teatrze, kinie" (por.: Czarna księga komunizmu,
Warszawa 1999, s. 405).

Jak Sowieci popierali polski patriotyzm?
Całkowicie zafałszowując fakty historyczne, Gross zaprzecza, jako rzekomej
fantazji, wszelkim twierdzeniom o "preferowaniu" Żydów przez Stalina
w Europie Środkowowschodniej (s. 212). W swym kłamstwie idzie nawet dalej,
starając się przedstawić Żydów w tym regionie jako rzekome ofiary komunizmu.
Twierdzi, że w Żydów Europy Środkowowschodniej od początku uderzała polityka
komunistyczna, preferująca nacjonalistów i antysemitów, a nawet doprowadzająca
do fuzji komunizmu z faszyzmem (s. 223-224). Na stronie 223 Gross stara się
wmówić, jakoby komuniści, budując reżimy prosowieckie w Europie Środkowowschodniej,
od początku postawili "na uczucia patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w
tym regionie. Trudno sobie wyobrazić bardziej cyniczne i bezwstydne kłamstwo
niż powyższe stwierdzenie Grossa w odniesieniu do sytuacji, gdy sowietyzacja
Europy Środkowowschodniej postępowała wciąż na drodze niezwykle brutalnego
niszczenia uczuć narodowych Polaków, Węgrów czy Rumunów. Przypomnę tu jeszcze
raz ocenę słynnego historyka i politologa pochodzenia żydowskiego Paula Lendvaiego
z Austrii: "Na narody tradycyjnie uczulone na kwestię niezależności
i prestiżu spadł wkrótce po wojnie podwójny cios: komunizm i sowietyzacja.
A Żydzi znajdowali się wówczas na stanowiskach premierów, pierwszych sekretarzy,
ministrów i szefów policji w tych samych krajach, gdzie ich ojcowie byli
zaledwie tolerowanymi intruzami. (…) Urazy pogłębiała świadomość, że to
obcy pozostający w służbie obcego mocarstwa narzucają obcy system. (…)
Członek wspólnoty żydowskiej spotykał się na tych terenach z nienawiścią
(…) także jako symbol władzy typu kolonialnego, namiestnik sowiecki (…)" (P.
Lendvai, Antysemityzm bez Żydów, cz. 1, wyd. podziemne "Los", 1987,
s. 63, 70).
Gross, wbrew tym podstawowym faktom historycznym, akcentowanym przez Ledvaiego,
twierdzi, jakoby komuniści: "Od czasu wojennych doświadczeń ZSRR rozumieli,
że patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne popularne uczucia muszą być
wykorzystane dla zabezpieczenia panowania Partii Komunistycznej. Jeśli takie
uczucia – wśród Rosjan, Ukraińców, Rumunów czy Polaków – pojawią się wraz z
mieszanką ksenofobii i antysemityzmu, niech tak będzie". (Strach, s. 223).
I to już są istne brednie, do tego pisane z ewidentnie złą wolą. Prawdą jest
tylko to, że władze sowieckie maksymalnie wspierały rosyjski nacjonalizm. Już
za ukraiński nacjonalizm można było natomiast szybko zapłacić… własną głową.
Za szczyt łgarstwa można uznać ocenę, że komuniści popierali polskie "uczucia
patriotyczne, a faktycznie nacjonalistyczne" w połączeniu z mieszanką
ksenofobii i antysemityzmu. Czyż nie jest to jedno z najpodlejszych kłamstw
Grossa w odniesieniu do czasów, gdy dzięki sowieckiej przemocy mordowano tysiące
polskich patriotów, a dalsze tysiące wywożono na Sybir! Zapytajmy Grossa, jak
przy takiej rzekomej akceptacji dla antysemityzmu mogły się w 1945 r. pojawić
na ulicach Warszawy nalepiane obok siebie plakaty: "Chwała bohaterskim
obrońcom getta" i "Hańba faszystowskim pachołkom z AK". Czyżby
wywieszano je wbrew woli Sowietów i potulnie służącego im kierownictwa PPR?
Wbrew woli Bermana, Minca, Kasmana, Romkowskiego czy Fejgina?! Przypomnijmy,
co powiedział Bolesław Bierut, jedyny nie-Żyd w rządzącym Polską triumwiracie,
w czasie spotkania z prezesem Amerykańskiej Federacji Polskich Żydów Josephem
Tenenbaumem. Bierut miał stwierdzić, że "zabójstwo Żyda jest zbrodnią
dziesięciokrotnie większą niż zwykłe zabójstwo, przecież tyle się wycierpieli
i tak niewielu z nich przeżyło" (cyt. za: M.J. Chodakiewicz, Żydzi i Polacy
1918-1955, Warszawa 2000,
s. 536). To miała być tolerancja dla antysemityzmu? M.J. Chodakiewicz przypomina
w swej jakże miażdżącej recenzji "Strachu", publikowanej w "Niezależnej
Gazecie Polskiej" z 4 sierpnia 2006 roku, że: "(…) funkcjonowało
przekonanie, że Żydzi są faworyzowani, bowiem z oskarżenia o antysemityzm czy
antyżydowskie czyny nagminnie [podkr. J.R.N.] stawiano przed sądem Polaków.
Najczęściej sądzono ich z paragrafu o "wywoływanie, a nawet wszczynanie
waśni narodowościowych". Jak pokazuje Krzysztof Sidorkiewicz, wysyłano
ludzi do obozów pracy za dowcipy antyżydowskie czy też antyżydowskie inwektywy.
Lud to widział i komentował: "żydokomuna". W ich oczach wyglądało
na to, że tłamszono wolność słowa". W "Biuletynie Żydowskiego Instytutu
Historycznego" (1997, nr 2, s. 51) Dariusz Jarosz pisze wprost, że władze
traktowały jako "wrogą propagandę" antysemityzm uzewnętrzniający
się "w niektórych przekazach potocznych". I gdzież tu jest opisywana
przez Grossa rzekoma tolerancja dla antysemityzmu?
Na s. XIV i 241 "Strachu" Gross pisze o rzekomej obojętności partii
komunistycznej w Polsce dla spraw żydowskich. Przytoczmy więc w tym kontekście
dużo rzetelniejszą od Grossa opinię Stanisława Krajewskiego, jednego z czołowych
dziś przywódców mniejszości żydowskiej w Polsce, współprzewodniczącego Rady
Chrześcijan i Żydów. W tekście opublikowanym w 1983 roku w podziemnej KOR-owskiej "Krytyce",
podpisanym "Abel Kainer", Krajewski pisał: "Inną "żydowską" cechą
najwyższych organów władzy zdaje się być uczulona, czy wręcz przeczulona postawa
wobec antysemityzmu" (A. Kainer, Żydzi a komunizm, "Krytyka" 1983,
nr 15, s. 195). Stanisław Krajewski jako Abel Kainer pisał dalej w swoim tekście
na łamach "Krytyki": "Było to tragedią dla stosunków polsko-żydowskich,
że pomnik Bohaterów Getta odsłonięto w Warszawie w 1958 roku jednocześnie ze
wzmożeniem oszczerstw wobec Państwa Podziemnego i wzrostem represji policyjnych
i sądowych wobec żołnierzy AK. Postronny świadek, a co dopiero zaangażowany,
musiał traktować takie postępowanie jako wyraz prożydowskiego i zarazem antypolskiego
nastawienia, nawet jeśli zgadzał się z tym, że bojownicy Getta naprawdę zasługują
na pomnik" (tamże, s. 195). Bardzo wiele osób oburzało się na to, że polscy
powstańcy nie mogli "ani godnie pochować swoich zmarłych, ani obchodzić
rocznicy powstania", w czasie gdy "powstańcom żydowskim postawiono
monumentalny pomnik" (wg A. Kłopotowskiej, W poszukiwaniu pamięci, "Gazeta
Polska" z 22 maja 2002). Historyk M.J. Chodakiewicz pisał: "Ujmując
rzecz symbolicznie, "dobre" powstanie w getcie z 1943 r. (kierowane,
oczywiście, przez komunistów) przeciwstawiano "złemu" powstaniu warszawskiemu
z 1944 r. (kierowanemu, oczywiście, przez reakcjonistów). Zmagania Żydów nieustannie
były w mediach wychwalane, zmagania Polaków zaś umniejszane. Bojownikom żydowskim
oddawano cześć przy okazji licznych oficjalnych uroczystości, polskich żołnierzy
natomiast opluwano, odmawiano im prawa do pracy i kształcenia, wywożono do
łagrów, więziono, a nawet rozstrzeliwano" (cyt. za: A. Kłopotowska, op.
cit.).

Żydowscy namiestnicy Stalina
Kłamstwa Grossa zderzają się wciąż z faktami ilustrującymi ogromnie znaczącą
rolę jakże wielu wpływowych Żydów w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii czy w
Czechosłowacji w narzucaniu tym krajom sowieckiego systemu zniewolenia i
jego utrwalaniu – wbrew woli przeważającej części mieszkańców. Jak kłamliwe
są twierdzenia Grossa, najlepiej świadczy rola odegrana przez żydowskich
namiestników Stalina w sowietyzacji Europy Środkowowschodniej. W Polsce rządził
triumwirat złożony z dwóch żydowskich komunistów: Bermana i Minca, oraz znacznie
mniej od nich zdolnego nie-Żyda Bieruta, który całkowicie przystosowywał
się do swych żydowskich towarzyszy we władzy. Na Węgrzech aż do lipca 1956
r. rządził najkrwawszy stalinowski dyktator w Europie środkowej, żydowski
komunista Mátyás Rákosi (Roth). W Rumunii do maja 1952 r. rolę bezwzględnego
dyktatora spełniała córka rabina Anna Pauker. W Czechosłowacji do września
1951 r. ogromną władzą dysponował sekretarz generalny KP Czechosłowacji,
żydowski komunista Rudolf Slansky (Salzmann).
O roli komunistów żydowskich w Polsce pisałem już bardzo szeroko. Teraz przypomnę
tylko, co pisał na temat rządzącego w Polsce triumwiratu Piotr Lipiński w "Magazynie
Gazety Wyborczej" z 25 maja 2000 roku: "Jakub Berman odpowiadał w "triumwiracie" za
propagandę, służby bezpieczeństwa, Hilary Minc za gospodarkę. – Bierut zdawał
sobie sprawę, że otaczają go ludzie inteligentniejsi – mówi Aleksander Kochański,
kiedyś pracownik Centralnego Archiwum KC". Powszechnie uznawany jest ten
właśnie fakt, że żydowscy członkowie triumwiratu wyraźnie dominowali sprytem
i inteligencją nad bezbarwnym Bierutem.

Najkrwawszy stalinizm – na Węgrzech
Gross pisze o Węgrzech (s. 224) jako przykładzie rzekomej "fuzji między
komunistami a faszystami" kosztem Żydów, skromnie przemilczając fakt,
że Węgrami przez cały okres stalinowski rządził jako bezwzględny dyktator "krwawy
Maciej" – Mátyás Rákosi, szczególnie okrutny Żyd komunista. Co więcej,
Rákosiemu we wprowadzeniu najkrwawszego w Europie Środkowej terroru, z furią
niszczącego węgierski patriotyzm i Kościół katolicki, pomagała trójka innych
najbardziej wpływowych służalców Stalina – wszyscy żydowskiego pochodzenia.
Specyfiką Węgier Rákosiego (Gross przemilcza jego żydowskie pochodzenie) był
fakt, że tam – w odróżnieniu od Polski, Czechosłowacji czy Rumunii – cała kierownicza
część węgierskiej partii komunistycznej składała się wyłącznie z oddanych Stalinowi
polityków żydowskiego pochodzenia. Tych, którzy mogą wyrazić sceptycyzm co
do powyższych moich uwag, odsyłam do referatu wybitnego węgierskiego historyka
pochodzenia żydowskiego Györgya Litvána, wygłoszonego na Hebrajskim Uniwersytecie
w Jerozolimie w 1991 roku. Litván stwierdził tam m.in.: "Komunistyczna
Partia Węgier była od samego początku, począwszy od założycielskiej grupy Béli
Kuna, w przeważającej mierze żydowską. Z 55 ludowych komisarzy [odpowiednik
ministrów – J.R.N.] w 1919 r. 33 było Żydami. Ten charakter nie zmienił się
podczas nielegalnego okresu lat międzywojennych ani po II wojnie światowej.
(…) Po 1945 r. wszyscy czołowi przywódcy (wszyscy czterej z kierowniczej "czwórki")
KP – Mátyás Rákosi, Ernö Gerö, Mihály Farkas i József Révai – oraz większość
innych przywódców była żydowskiego pochodzenia, a opinia publiczna była oczywiście
świadoma tego faktu. (…) Członkowie nowej partii w pierwszych latach po wyzwoleniu
byli również w wielkiej części Żydami. (…) Stawali się funkcjonariuszami
partii, dziennikarzami, oficerami armii czy służby bezpieczeństwa – AVH" (cyt.
za tekstem referatu G. Litvána, publikowanego w "Király Béla Emlekkönyv.
Haború és Társadalom", wyd. P. Jónas i in., Budapeszt 1992, s. 237-238.).
Z licznych prac wiadomo, że przeważająca część policji bezpieczeństwa (AVH;
bestialskich awoszy) składała się z osób pochodzenia żydowskiego. Według oceny
znanego węgierskiego historyka emigracyjnego Charlesa Gatiego, zawartej w jego
książce "Magyarország a Kreml arnyékában" (Węgry w cieniu Kremla,
Budapeszt 1990, s. 103), wydanej z posłowiem amerykańskiego ambasadora na Węgrzech
Marka Palmera: "Sztab generalny policji politycznej, straszliwego AVO,
a później AVH, składał się w 70 proc. z Żydów; awoszom przewodzili również
dwaj szefowie żydowskiego pochodzenia: G. Péter (Auspitz) i V. Farkas (Wolf)".
Przypomnijmy jeszcze raz: głównym przywódcą odpowiedzialnym za wprowadzenie
najkrwawszej, najbardziej znienawidzonej dyktatury (pokazał to rok 1956) w
Europie Środkowej był M. Rákosi (Roth). Jego zastępca, a później następca,
od lipca 1956 roku, to równie znienawidzony Ernö Gerö (Singer), były krwawy
agent GPU w Hiszpanii, zwany "rzeźnikiem z Barcelony". Członkiem
Biura Politycznego odpowiedzialnym za bezpiekę był kolejny Żyd komunista Mihály
Farkas (Wolf
– wilk; nomen omen). Jego zastępcą, szefem wyjątkowo bestialskiej służby bezpieczeństwa,
był również żydowski komunista Gábor Péter (Auspitz), a zastępcą tegoż – syn
Farkasa, wyjątkowy sadysta Vladimir. Czołowym ideologiem był inny żydowski
komunista, József Révai. Przy takim całkowitym zdominowaniu kierownictwa węgierskiej
partii komunistycznej przez komunistów żydowskiego pochodzenia głównymi ofiarami
sfingowanych procesów stali się komuniści węgierskiego pochodzenia, tacy jak
László Rajk (węgierski odpowiednik W. Gomułki), członek Biura Politycznego
KC WPP i minister spraw wewnętrznych, oskarżony o "nacjonalizm" oraz "titoizm" i
powieszony w 1949 roku. I tu właśnie dochodzimy do jednego z najbezczelniejszych
fałszów Grossa: pisze on na s. 223 o rzekomym "antysemickim impecie" procesu
Rajka. Przypomnijmy więc, że Rajk był w pierwszym kierownictwie partii komunistycznej
po wojnie, maksymalnie zdominowanym przez Żydów, jedynym bardziej wpływowym
Węgrem. Jego aresztowanie i stracenie oznaczało ostateczne pozbycie się przez
Rákosiego jedynego nieżydowskiego rywala w walce o władzę. Kłamstwo Grossa
ma wyjątkowo ordynarny charakter. Fałszerz, jak zwykle, liczy na całkowitą
ignorancję czytelników zza oceanu.
Warto wspomnieć jednak jeden ciekawy epizod z końca 1952 roku. Rákosi, zachowując
nadal pełnię władzy w rękach swoich i trzech żydowskich współtowarzyszy z rządzącej "czwórki",
postanowił dołączyć się do kampanii antysyjonistycznej poprzez aresztowanie
szefa policji bezpieczeństwa, żydowskiego komunisty Gábora Pétera. Aresztowano
go podstępem, gdy szedł na przyjęcie sylwestrowe 31 grudnia 1952 r. u samego
Rákosiego. Aresztowanie okazało się jednak niewypałem. Nie w ciemię bity szef
bezpieki ociągał się z przyznaniem do winy w rzekomym syjonistycznym spisku,
wiedząc, że jak raz się przyzna, to podpisze wyrok śmierci. Być może też jego
dawni podwładni, żydowscy awosze, katowali go z mniejszym przekonaniem niż
innych więźniów. Dość, że Péterowi udało się przetrwać bez wyroku parę miesięcy
od aresztowania aż do śmierci Stalina 5 marca 1953 roku. Zaraz potem w ZSRS
ogłoszono, że aresztowania pod adresem syjonistycznych "lekarzy-morderców" były
fałszem i wycofano się z całej kampanii antysyjonistycznej. Rákosi znalazł
się w kropce. Pétera uwięziono, a nie można było go skazać za poprzednio zarzucane
winy. Natychmiast wymyślono jednak nowy zarzut – oskarżono go, że był "wrogiem
ludu", spiskującym na rzecz Tito. I to oskarżenie trafiło jednak jak kulą
w płot, bo niezadługo kremlowscy przywódcy zaczęli poprawiać stosunki z Jugosławią.
Wreszcie sięgnięto po trzeci zarzut – tym razem celnie. W marcu 1954 r. skazano
Pétera na dożywocie za brutalne łamanie praworządności.
Do śmierci Stalina w 1953 r. nie doszło do żadnego ograniczenia wpływów żydowskiej "czwórki" rządzącej
na Węgrzech. Dopiero w czerwcu 1953 r. nowi przywódcy sowieccy, głównie Chruszczow
i Beria, narzucili cząstkowe zmiany na Węgrzech, głównie premierostwo narodowego
komunisty Imre Nagya. Dominującą pozycję w partii nadal jednak utrzymał Rákosi
i stopniowo dzięki intrygom w Moskwie zdołał doprowadzić do usunięcia Nagya
w marcu 1955 r. i jego późniejszego potępienia. Warto przypomnieć, co pisał
w opozycyjnym memorandum z 1955 r. usunięty z wszystkich funkcji Imre Nagy,
późniejszy bohater powstania w 1956 roku. Najwyraźniej piętnując rządzącą na
Węgrzech komunistyczną klikę żydowską, Nagy pisał: "Nie wypieram się mojej
węgierskiej narodowości… Właśnie to wyróżnia mnie i oddziela nawet dziś od
kosmopolitów i lewackich ekstremistów, którzy są obcy narodowi węgierskiemu
i jego ambicjom" (wg Imre Nagy on Communism. In Defence of the New Course,
Londyn 1957, s. 244). Prawdziwą tragedią Węgier stał się fakt, że nienawidzący
Węgrów Rákosi (używał zwrotu o "9 milionach węgierskich faszystów")
utrzymał władzę aż do lipca 1956 roku. Nawet po jego wymuszonym przez Rosjan
ustąpieniu rządy objął inny fanatyczny komunista żydowski E. Gerö, prawa ręka
Rákosiego. To on swą mową, wyzywającą od faszystów, w dniu 23 października
1956 r. sprowokował parusettysięczny tłum manifestantów do antyrządowych wystąpień,
które zapoczątkowały powstanie na Węgrzech. Fanatyczni żydowscy komuniści odegrali
ogromną rolę w sprowokowaniu tragicznego narodowego powstania i bolesnych strat,
które zdziesiątkowały węgierskie elity patriotyczne. O straszliwym antynarodowym
terrorze doby Rákosiego czytelnicy amerykańscy oczywiście nie dowiedzą się
z książki Grossa, perorującego o rzekomym "antysemickim impecie" procesu
Rajka i rzekomej fuzji komunistów z faszystami na Węgrzech.

Stalinizacja Czechosłowacji i Rumunii
Amerykańscy czytelnicy nie dowiedzą się również niczego o roli komunistów żydowskich
w stalinizacji Czechosłowacji i jej całkowitym podporządkowaniu sowieckiemu
dyktatowi. Szczególnie negatywną rolę pod tym względem odegrał fanatyczny
stalinowiec, sekretarz generalny KP Czechosłowacji, działacz żydowskiego
pochodzenia Rudolf Slansky (właściwie Salzmann). E. Taborsky pisał w wydanej
w Princeton (USA) monografii historii komunizmu w Czechosłowacji 1948-1960,
że: "Żaden członek KPCz nie był bardziej uporczywy w analizowaniu linii
Moskwy i żaden nie symbolizował lepiej od Slanskyego podporządkowania Kremlowi.
(…) Po lutym 1948 r. atakował Gottwalda za "miękkość", twierdząc,
że partia powinna była natychmiast po wojnie zagarnąć władzę w Czechach,
zamiast tracić czas na kompromisy z elementami burżuazyjnymi. Gorliwie tropił
wrogów politycznych".
Według opracowanego przez Geoffreya Wigodera "Słownika biograficznego
Żydów" (Warszawa 1998, s. 500), Slansky "miał pełną kontrolę nad
partią, służbą bezpieczeństwa i armią". Według "Czarnej księgi komunizmu" (Warszawa
1999, s. 400), "Rudolf Slansky, sekretarz generalny KPCz od 1945 roku,
lojalny stronnik Moskwy, przewodniczył "grupie pięciu", specjalnemu
organowi, którego zadaniem był bieżący nadzór nad przebiegiem represji, i z
tego tytułu zatwierdził dziesiątki wyroków śmierci". W podziemnym wydawnictwie "Krąg" opublikowano
w 1985 r. tzw. "Zatajony dokument. Raport Komisji KC KPCz o procesach
politycznych i rehabilitacjach w Czechosłowacji w latach 1945-1968". Był
to tekst raportu specjalnej komisji KC KPCz, powołanej w 1968 r. w czasie Praskiej
Wiosny przez dubczekowskie kierownictwo. W dokumencie pisano (s. 14 książeczki
wydanej w "Kręgu"), że Slansky wiedział o stosowaniu niepraworządnych
metod w bezpieczeństwie i armii. Referat Slanskyego na naradzie etatowego aktywu
partii w sali pałacu "Lucerna" 7 grudnia 1949 r. omawiał sposoby
szukania i wykrywania wrogów, zalecając, że przede wszystkim należy wykrywać "najniebezpieczniejszych" wrogów,
którzy ukrywają się we własnych szeregach. Slansky wzywał do gorliwego tropienia
ludzi ukrywających swe "prawdziwe, burżuazyjno-nacjonalistyczne oblicze".
Według ocen komisji (s. 26 "Zatajonego dokumentu"): "Referat
Slanskyego był kompletnym uzasadnieniem powszechnej podejrzliwości, która nie
mogła nie pociągnąć ze sobą najcięższych następstw". Slansky był szczególnie
mocno odpowiedzialny za jakże niebezpieczny w skutkach atak na słowackich "nosicieli
burżuazyjnego nacjonalizmu", który spowodował w rezultacie m.in. aresztowanie
i stracenie po sfabrykowanym procesie Vladimira Clementisa, ministra spraw
zagranicznych Czechosłowacji. Jednego Slansky nie przewidział mimo całej swej
nadgorliwości, że tak gorliwie tropiąc wrogów politycznych stalinizmu, sam
w końcu stał się jego ofiarą, ba – główną postacią w procesie tzw. syjonistów
w 1952 roku.
Kluczową pozycję Slanskyego w życiu politycznym Czechosłowacji wzmacniali inni
komuniści pochodzenia żydowskiego, umieszczeni na szczególnie ważnych, wręcz
strategicznych pozycjach komunistycznego państwa czechosłowackiego, względnie
komunistycznej partii. Należeli do nich między innymi prawa ręka Slanskyego
Bedrzich Geminder – zastępca sekretarza generalnego KC KPCz, Bedrzich Reicin
– szef wywiadu wojskowego, później wiceminister obrony narodowej, Rudolf Margolis
– wiceminister handlu zagranicznego odpowiedzialny za wspierane przez KPCz
spółki handlowe, kontrolowane przez zachodnie partie komunistyczne, Otto Fischl
– wiceminister finansów, świetnie poinformowany o różnych manipulacjach finansowych
KPCz, Evzen Löbl – wiceminister handlu zagranicznego, Ludwik Frejka – kierownik
wydziału gospodarczego kancelarii prezydenckiej, Otto Szling – sekretarz komitetu
KPCz w Brnie, stolicy Moraw, Andre Simone
– redaktor naczelny głównego dziennika partyjnego "Rude Pravo", Vavro
Hajdu – były wiceminister handlu zagranicznego, Artur London – były agent komunistycznych
służb wywiadowczych w Szwajcarii i Francji po 1945 roku, a od 1949 roku wiceminister
spraw zagranicznych. (Wszystkie wyżej wymienione osoby zostały w 1952 roku
oskarżone w tzw. procesie grupy syjonistów wraz ze Slanskym). Artur London
był później kreowany na bohatera słynnego filmu Costy Gavrasa "L’aveu" (Wyznanie)
o maltretowaniu ofiar sfabrykowanego procesu stalinowskiego. Stopniowo odsłoniła
się jednak również prawda o wcześniejszej roli tegoż Londona jako stalinowskiego
agenta wywiadu (por. A. Paczkowski, Po drugiej stronie biografii, "Gazeta
Wyborcza", 3 lutego 1997).
Gross pisze (na s. 223) wyłącznie o "antysemickim impecie" procesu
Slanskyego, ani słowem nie zająkując się na temat wcześniejszej wyjątkowo podłej
roli Slanskyego w stalinizacji Czechosłowacji. Podobnie dowiadujemy się u Grossa
(s. 223) tylko o aresztowaniu Anny Pauker jako wyrazie stalinowskich działań
antysemickich, a niczego o wcześniejszej roli tej żydowskiej komunistki w stalinizacji
Rumunii. Przypomnijmy więc, chociaż skrótowo, co pisał na ten temat słynny
sowietolog pochodzenia żydowskiego, cytowany już Paul Lendvai: "Trzon
ukształtowanych przez Sowietów komunistów był kierowany przez Annę Pauker,
córkę żydowskiego rabina. (…) To ona, a nie nominalny przywódca Gheorgiu
Dej liczyła się jako najpotężniejsza figura po 1945 roku. Tak było aż do usunięcia
Pauker w maju 1952 roku" (P. Lendvai, Antisemitism in Eastern Europe,
Londyn 1971, s. 335). Jerzy Z. Muller pisał w amerykańskim "Commentary",
że prawdziwym przywódcą w Rumunii była A. Pauker (podobno zadenuncjowała swego
męża Marcela, działacza Międzynarodówki, pod zarzutem trockizmu) (…)" (cyt.
za przedrukiem tekstu J.Z. Mullera w "Mówią wieki" 1991, nr 1, s.
24).

prof. Jerzy Robert Nowak

Kolejna część cyklu ukaże się w sobotę

drukuj