„Sercem Polak” – opowieść o życiu Chopina (3) „Tych nocy czarodzieje”

Pierwszym nauczycielem Fryderyka Chopina gry na fortepianie był stary
Czech – Wojciech Żywny. Mały uczeń miał lat 7, gdy ta dziwaczna i niezwykła
postać pojawiła się w jego życiu. Odziany w zielony surdut, z którego
nieodmiennie zwisała potężna czerwona chustka, w przekrzywionej peruce i nosem
koloru chustki, purpurowym od potężnych dawek tabaki, będzie Żywny listy do
swego pupila podpisywał: „Pozostaję z prawdziwą miłością i poważaniem – Twój
wierny przyjaciel”. Wszyscy badacze żywota Fryderyka podkreślają, że ten
dziwaczny staruszek odkrył Chopinowi wielkość Jana Sebastiana Bacha i – jak
pięknie napisał Jarosław Iwaszkiewicz – „zapewnił sobie nieśmiertelność, żyje w
muzyce swego wielkiego ucznia”.

Drugim pedagogiem wpisanym w biografię Chopina był Józef Elsner, rektor i
założyciel Szkoły Głównej Muzyki w Warszawie – jednego z pierwszych
konserwatoriów muzycznych w Europie. Już jako dwunastolatek Chopin pobierał u
Elsnera lekcje harmonii i kontrapunktu, a od września 1826 roku był jego
studentem. Pedagogiczne zasady nauczyciela określają znawcy słowem: wspaniałe,
doceniając jego elastyczność i szacunek dla indywidualności ucznia wyrażające
się w przekonaniu: „Nie tylko trzeba, żeby uczeń zrównał się z mistrzem swoim i
przeszedł go, ale żeby jeszcze miał i coś własnego, czym by także mógł
świetnieć”.
Marzeniem Elsnera było „świetnienie” Fryderyka Chopina jako
twórcy opery narodowej – gatunku, w którym sam celował, tworząc pierwsze polskie
opery historyczne. Autor cennej rozprawy „O metryczności i rytmiczności języka
polskiego” po ostatnim egzaminie Chopina skreślił słowa przynoszące mu zaszczyt:
„Chopin Fryderyk – geniusz muzyczny”.

„Błyszczący meteor”
„Najukochańsi Rodzice i Siostry moje
(…) przydyliżansowaliśmy do tego za wielkiego miasta” – zaczyna Fryderyk list
datowany z Berlina 16 września 1828 roku. Przybył tu w dość osobliwym
towarzystwie profesora Feliksa Jarockiego, autora rozprawy o… pająkach, który
udawał się na kongres przyrodników przybyłych z całej Europy. Fryderyk
umiarkowanie zainteresowany pająkami miał w planach przede wszystkim koncerty i
opery, jak później doniesie bliskim – „łaziłem tylko i gawroniłem się po
pięknych ulicach i mostach”, zwiedzał fabryki fortepianów i rozczarował się
urodą wystrojonych „berlinek” – „same gołe szczęki alias gęby bez
zębów…”.
Na uroczystym przyjęciu dla dostojnych przyrodników siedział obok
profesora botaniki z Hamburga: „Zazdrościłem mu jego paluchów. Żabka takie miał
łapeczki jak niedźwiedź”.
Udało mu się posłuchać wielkich oratoriów
muzycznych, wśród których tylko kompozycja Haendla „zbliżała się do ideału”. Ale
największym przeżyciem Fryderyka stała się chwila, gdy w bibliotece berlińskiej
zobaczył „własnoręczny list Kościuszki” i pomógł tłumaczyć treść młodemu
bibliotekarzowi z Drezna, który właśnie pracował nad biografią Naczelnika. I tym
polskim akcentem zakończyła się berlińska „waguska” Chopina. Następny wojaż za
granicę miał nastąpić za rok – w sierpniu 1829 roku. Fryderyk wyruszył do
Wiednia i tamże 11 sierpnia wystąpił „na teatrze cesarsko-królewskim”. Grał
swoje Rondo a’la Krakowiak, a potem – improwizował. „Wybrałem Chmiela, co
zelektryzowało publiczność, nieprzyzwyczajoną do takich pieśni. Moje parterowe
szpiegi zaręczają, że aż skakano na ławkach” – doniósł z satysfakcją w liście.
Ów „Chmiel” – to obrzędowa pieśń śpiewana na wiejskich weselach: „Oj, żebyś ty
chmielu na te tyczki nie lazł, to byś nam nie robił z panieneczek
niewiast”.
Namówiony przez zachwyconych jego koncertem muzyków zagrał Chopin
po raz drugi 18 sierpnia. „Na los szczęścia dałem się na koncert namówić (…).
Moim Rondem ująłem sobie wszystkich z profesji muzyków (…), tylko
zakamieniałym Niemcom nie wiem, czylim dogodził (…). Jeżeli w gazetach mię tak
wychłoszczą, że nie będę mógł się więcej światu pokazać, zdecydowałem się
malować pokoje…”. Recenzje są rewelacyjne i Chopinowi nie grozi zawód malarza
pokojowego. „Wienertheater Zeitung” oceniał: „Chopin wprawił wszystkich w
zdumienie. Odkryliśmy w nim piękny, wybitny talent”. W „Allgemeine Musikalische
Zeitung” pisano: „Pan Chopin, fortepianista z Warszawy, dał się poznać od razu
jako mistrz pierwszorzędny. Przedziwna delikatność jego uderzenia, nieopisana
biegłość techniczna, jego doskonałe cieniowanie, jasność i przejrzystość
interpretacji, jego nacechowane wzniosłą genialnością utwory muzyczne –
pozwalają w tym wirtuozie uznać artystę, który zjawia się na muzykalnym
horyzoncie jako jeden z najjaśniej błyszczących meteorów”.
Po sukcesach
wiedeńskich błyszczący meteor zostaje zaproszony do pałacu księcia Antoniego
Radziwiłła w Antoninie, gdzie spędził jesienią 1829 roku tydzień na ziemi
wielkopolskiej u księcia, namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego i
kompozytora, obdarzonego uroczymi córkami. „Były tam dwie Ewy, młode
księżniczki, nadzwyczaj uprzejme i dobre, muzykalne, czułe istoty. Napisałem
alla polacca z wiolonczelą (…). Chciałem, żeby księżniczka Wanda się nauczyła.
Niby jej przez ten czas dawałem lekcje. Młode to, siedemnaście lat, ładne i
dalipan aż miło było ustawiać paluszki” – tak pisał do przyjaciela od serca –
Tytusa Wojciechowskiego. „Chciałeś mego portretu – żebym mógł ukraść jeden
księżniczce Elizie, to bym go Tobie posłał. Dwa razy mię w sztambuchu zrobiła i
ile mi ludzie gadali, bardzo podobnie”.
Subtelną kreską nakreślone przez
księżniczkę Elizę portrety Fryderyka były jedynym znaczącym dobrem, które
wynikło z kontaktów z książęcą rodziną, mimo że pan Mikołaj Chopin wiele sobie
obiecywał po tej wizycie, wierząc, że Radziwiłł otoczy mecenatem jego genialnego
syna. Fryderyk oceniał to bardzo trzeźwo: „Były bowiem oświadczyny i słowa
piękne – ja jednak żadnej w nich nie widzę korzyści (…), bo już to niejedna
łaska pańska, którą na pstrym koniu widziałem”.
Polubił bardzo obie
księżniczki, ale…

„Zielono mam w głowie, ale w sercu największy upał”
„Ja
już może na nieszczęście mam mój ideał, któremu wiernie, nie mówiąc z nim, już
pół roku służę, który mi się śni, na którego pamiątkę stanęło adagio mojego
koncertu… O tym nikt nie wie prócz Ciebie” – tak pisał Fryderyk Chopin 3
października 1829 roku swemu przyjacielowi i powiernikowi Tytusowi
Wojciechowskiemu. Niestety, jedyny zachowany portret „ideału” pochodzi z epoki
znacznie późniejszej, jest ciemny, smutny i w niczym nie przypomina owej
„dorodnej jasnowłosej dziewicy o szafirowych oczach”, jaka objawiła się
dziewiętnastoletniemu Chopinowi kwietniowego dnia roku 1829 na „świetnym
wieczorze muzykalnym” warszawskiego konserwatorium. Panna Konstancja Gładkowska,
córka burgrabiego, czyli intendenta Zamku Królewskiego, w którym aktualnie
rozsiadł się moskiewski namiestnik – uchodziła za jedną z najbardziej
utalentowanych uczennic zarozumiałego Włocha Carlo Solivy, przygotowującego
panny do operowego debiutu. Rówieśniczka Chopina otoczona rojem przystojnych
oficerków, wśród których nie brakowało Rosjan ze świty wielkiego księcia
Konstantego – słusznie zwanego przez Warszawę „schizofreniczną małpą z
Belwederu” – nie zwracała uwagi na milczącego adoratora, drobnego młodzieńca z
dużym nosem… Żalił się Tytusowi: „Nie uwierzysz, jak dla mnie Warszawa teraz
smutna. Jak to niegodziwie, kiedy coś ciąży, a nie ma gdzie tego złożyć.
Fortepianowi gadam to, co bym Tobie powiedział…”. Z owych zwierzeń czynionych
fortepianowi narodziło się owo adagio, czyli Larghetto z Koncertu f-moll, które
Jarosław Iwaszkiewicz nazwie – „odbiciem jasnego, wzruszającego uczucia, od
pierwszego akordu As-dur, który brzmi jak otwarcie bramy do jakiegoś przybytku
miłości i spokoju”.
Spotykał swą ukochaną na Mszach św. w kościele i
wymieniali czułe spojrzenia. „Jeśli coś mam przed oczyma, co mię interesuje,
mogą mię i konie rozjechać i nie będę wiedział. W niedzielę, uderzony jednym
niespodzianym spojrzeniem w kościele właśnie w chwili jakiegoś lubego
odrętwienia, natychmiast wyleciawszy, z kwadrans nie wiedziałem, co się ze mną
stało. Taki czasem wariat się ze mnie robi, że strach. Zielono w głowie, ale
dalibóg, że w sercu największy upał”.
Od „ideału” uzyskał już bardzo wiele.
Ofiarowała mu nawet wstążkę ze swych jasnych włosów. Dla niej biega do opery. I
delektuje się jej śpiewem… „Nie będzie drugiej Gładkowskiej co się tyczy
czystości i intonacji i czucia wyższego, jakim jest przejęta na scenie, jednej
nutki wątpliwie nie wzięła…”.
Wpisała mu do sztambucha, myśląc o planowanym
wyjeździe Fryderyka z Ojczyzny:
Przykre losu spełniam zmiany
Ulegać musiem
potrzebie
Pamiętaj niezapomniany
Że w Polsce kochają Ciebie.

Śpiewające drzewo
Warszawa przedlistopadowych dni z ich
nieugasłym żarem. Poezji, muzyki, przyjaźni, konspiracji. Jest to czas, gdy w
Wilnie toczy się proces promienistych przyjaciół Mickiewicza skazanych na
zesłanie. Warszawa Chopinowskiej młodości to żar i brawura romantyzmu, ale także
dławiący smutek niewoli. To chwile tak straszliwe jak ten październikowy dzień
roku 1824 (Fryderyk ledwo wrócił z sielskich wakacji w Szafarni), gdy kat w
czerni zrywał szlify oficerskie i zakuwał w kajdany majora Waleriana
Łukasińskiego, twórcę Towarzystwa Patriotycznego. W tłumie warszawiaków
żegnających Łukasińskiego pchającego taczki, do których go przykuto, unoszącego
wysoko ogoloną przez kata głowę – stał podchorąży Piotr Wysocki, pod którego
dowództwem będą gotować się do walki przyszli zdobywcy Belwederu 29 listopada
1830 roku.
W grudniu 1825 roku, po śmierci cara Aleksandra w Warszawie
urządzono wielką żałobną manifestację. Kajetan Koźmian, zwolennik uległości
wobec moskiewskich okupantów, napisał: „O zgrozo! Jedni akademicy (…),
ubrawszy się w historiańskie szaty z czapkami polskimi na bakier, zaczęli
przebiegać szeregi, psuć ład i ubliżać miną wesołą i szyderczą”. Porównajmy to z
opisem pogrzebu Stanisława Staszica zimą 1826, gdy – jak napisze Chopin:
„…akademicy nieśli go od Świętego Krzyża aż do samych Bielan, gdzie chciał być
pochowanym, trumnę jego obdarli z miłością i entuzjazmem i na pamiątkę i ja mam
kawałek kiru”. Takie były talizmany młodych Polaków. Gdy państwo Chopinowie
zamieszkali w lewym skrzydle Pałacu Krasińskich – właśnie trwał Sąd Sejmowy nad
konspiratorami z Towarzystwa Patriotycznego, który stanie się hańbą generała
Wincentego Krasińskiego, ojca Zygmunta. Generał będzie jedynym głosującym za
uznaniem oskarżonych za winnych zbrodni stanu. Wołał do sędziów Maurycy
Mochnacki: „Senatorowie! Choćby nawet przyszło stracić tę Polskę, jaką dzisiaj
macie, to ją lepiej stracić, niżeli byście mieli skazać na rusztowanie sam
zamysł odbudowania całej i niepodległej”.
Stefanie, serce
mdleje
Warszawscy dwaj muzycy
Tych nocy czarodzieje
Szopenek i
Maurycy
– tak wspomina tamte burzliwe dni Bohdan Zaleski, autor dumek i
śpiewów niosących szum stepów. „W okresie odradzającej się poezji polskiej przed
powstaniem listopadowym ze Stefanem Witwickim często gościliśmy to u Fryderyka
Chopina, to u Maurycego Mochnackiego, przysłuchując się ich popisom na
fortepianie. Chopin wesoły, młodziuchny (którego zwaliśmy wszyscy Szopenkiem),
wygrywał nam cudne swoje utwory…”.
Maurycy Mochnacki. Krytyk, polityk,
publicysta, pianista, fenomen inteligencji i przyszłe natchnienie Powstania
Listopadowego, autor słynnego studium „O literaturze polskiej wieku XIX”, które
stało się triumfalnym powitaniem romantyzmu polskiego: „Wszystkie liście na
drzewie tak długo skamieniałym i niemym ojczystej poezji zaszumiały. Piękny to
instrument śpiewające drzewo!”.
Stefan Witwicki to poeta, do którego słów
Chopin skomponował wiele pięknych pieśni, a wśród nich tak popularne, jak:
„Hulanka” – „Szynkareczko, szafareczko bój się Boga, stój!” i „Życzenie” –
„Gdybym ja była słoneczkiem na niebie…”, które śpiewała cała Warszawa.
Witwicki i Zaleski dochowają przyjaźni Chopinowi i w Paryżu będą mu najbliżsi.
Witwicki zgodnie z marzeniami Elsnera będzie przekonywał Fryderyka: „Koniecznie
musisz być twórcą polskiej opery, mam najgłębsze przekonanie, że zostać nim
potrafisz i że jako polski narodowy kompozytor otworzysz dla swego talentu pole
niezmiernie bogate! Obyś tylko ciągle miał na uwadze: narodowość, narodowość i
jeszcze raz narodowość. Jest ojczysta melodia jak klima ojczyste. Góry, lasy,
wody i łąki mają swój głos rodzinny!”. Przy okazji warto sprostować powtarzający
się w prasie, a bardzo zaszczytny dla Stefana Witwickiego błąd polegający na
przypisaniu Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II wiersza Stefana „Do sosny
polskiej”.
Wszyscy trzej przyjaciele: Maurycy, Bohdan i Stefan wezmą udział w
Powstaniu Listopadowym. Chopina z nimi nie będzie.

„Tęsknotę mi zostawiły Twoje pola”
17 marca roku 1830 w
Teatrze Narodowym, który znajdował się na placu Krasińskich w Warszawie, odbywa
się pierwszy uroczysty publiczny koncert Fryderyka Chopina w Warszawie. Gra
Fantazję alla Polacca i swój pierwszy Koncert f-moll. Dyryguje sam Karol
Kurpiński – dyrektor Opery Teatru Narodowego, w którego diariuszu znajdujemy
następujący wpis: „Z rana próba koncertu fortepianowego pana Chopin. Wieczorem
liczna publiczność, bo nawet zapełniła miejsca orkiestry, z wielkimi oklaskami
przyjmowała kompozycję i grę młodego artysty…”. Chopin napisze z satysfakcją:
„Kurpiński uważał tego wieczora nowe piękności w moim koncercie. Sypnęło się
mnóstwo recenzji. ‚Dziennik Urzędowy’ takie głupstwa poklicił. Utrzymuje, że jak
Mozartem Niemcy, tak Polacy mną szczycić się będą. Nonsens bardzo jasny”.
W
prasie ukazuje się sonet „Do Fryderyka Chopin grającego koncert na
fortepianie”:
Dusza siłą tych pieśni
porwana do góry,
Na skrzydłach
harmonii
w niebiosa ulata,
Aby się tam pobratać
z anielskimi
chóry.
11 października 1830 roku Fryderyk Chopin gra swój pożegnalny Koncert
e-moll w Teatrze Narodowym. Napisał Stefan Witwicki: „Jest to utwór geniusza.
Oryginalność i wdzięk myśli, bujność imaginacji, talent instrumentowania,
mistrzowska egzekucja zachwycały słuchaczów”. Sam Chopin wyznaje: „Adagio z
Koncertu e-moll jest romansowe, spokojne, melancholiczne, powinno czynić
wrażenie miłego spojrzenia w miejsce, gdzie stawa tysiąc lubych przypomnień na
myśli… Jest to jakieś dumanie w piękny czas wiosenny, ale przy
księżycu…”.
W koncercie pożegnalnym Chopina występuje panna Konstancja
Gładkowska, jak doniesie Fryderyk Tytusowi Wojciechowskiemu: „Biało, z różami na
głowie do twarzy prześlicznie ubrana, odśpiewała cavatinę tak, jak jeszcze nigdy
nie śpiewała – ‚Ileż łez wylałam przez Ciebie’…”.
Fryderyk żegna się z
Ojczyzną. Jeszcze odwiedzi Tytusa w jego majątku pod Hrubieszowem i napisze doń
melancholijnie: „Tęsknotę mi zostawiły Twoje pola…”.
Jeszcze zażartuje:
„Partycje pooprawiane, chustki do nosa poobrębiane, nowe spodnie przymierzone.
Tylko się żegnać, a to najprzykrzejsze. Nuty w tłumok, wstążeczka do duszy,
dusza na ramieniu i w dyliżans. Łzy jak groch padać będą ze wszech stron wzdłuż
i wszerz miasta…”.
Ale z goryczą doda: „Myślę, że wyjeżdżam po to, żebym na
zawsze zapomniał o domu, myślę że jadę umrzeć – a jak to przykro musi być
umierać gdzie indziej – nie tam, gdzie się żyło”.
Konstancja wpisze mu do
sztambucha drugi wiersz:
Ażeby wieniec sławy
w niezwiędły
zamienić
Rzucasz lubych przyjaciół
i rodzinę drogą
Mogą Cię
lepiej
obcy nagrodzić, docenić!
Lecz kochać bardziej od nas
– nigdy Cię
nie mogą!
Po miesiącach, gdy panna Gładkowska poślubi zamożnego ziemianina,
Fryderyk dopisze do tych słów jak pasażyk szyderczego scherza: „Mogą…
Mogą…”. I doda: „Myślałem, że to był anioł. A to była zwykła
Konstancja”.
Opuszczał Polskę 2 listopada roku 1830, gdy płonęły zniczami
zadusznymi warszawskie cmentarze. Na rogatkach Warszawy chór pod dyrekcją Józefa
Elsnera zaśpiewał mu proroczo:
Choć odjeżdżasz w obce kraje
Lecz serce
Twoje
pośród nas zostaje!

Barbara Wachowicz

drukuj