Praca Jana Kobylańskiego dla Polski przewyższa działalność dyplomacji.

Z kapitanem żeglugi wielkiej Zbigniewem Sulatyckim, honorowym prezesem Polskiego Stowarzyszenia Morskiego-Gospodarczego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego rozmawia Katarzyna Cegielska.

Panie Kapitanie sprawa sądowa wytoczona przez Jana Kobylańskiego, prezesa Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej 19-tu dziennikarzom, którzy dopuścili się oszczerstw pod jego adresem trwa, a raczej się ciągnie… Pozew został złożony w sądzie w 2005 roku, zaś dopiero po trzech latach – w 2008 r. ruszył proces. Oskarżeni lub ich pełnomocnicy zazwyczaj nie pojawiają się na rozprawach. Pan śledzi proces na bieżąco. Kiedy można spodziewać się jego zakończenia?

W innych wypadkach wyroki zapadają błyskawicznie. Z mojego punktu widzenia w tym przypadku chodzi o przedawnienie, bowiem oskarżeni nie są w stanie się obronić. Paszkwile rzucane na Jana Kobylańskiego, których są autorami, świadczą przeciwko nim. Jednak mam wrażenie, że nawet w wystąpieniach przed sądem pozwalają sobie na bezczelne obrażanie i obrzucanie pomykami, bo są przekonani i pewnie ustawienie przez swoich adwokatów, że sprawa dąży do przedawnienia. I dlatego czują się bezkarni.

Jak poznał Pan Jana Kobylańskiego?



Jana Kobylańskiego poznałem w 1992 roku, kiedy urzędowałem jako wiceminister Transportu i Gospodarki Morskiej. Do mojego gabinetu przyprowadził go ówczesny sekretarz świętej pamięci prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Dzięki Kobylańskiemu zyskałem bardzo dobre kontakty, z których skorzystałem. Spotkałem się z prezydentem Gwinei Równikowej i zdołałem tam wprowadzić Stocznię Remontową z Gdyni. Odbyłem wizytę do Meksyku i to w tym okresie, kiedy trzeba było zagospodarować flotę dalekomorską Odry, Gryfa i Dalmoru z Morza Ochockiego. W Meksyku podpisaliśmy w tym zakresie porozumienie. Niestety nie zostało ono potem, po moim odejściu z ministerstwa, zrealizowane, a można było tę flotę przerzucić na wody meksykańskie. Wówczas flota do dzisiaj by funkcjonowała, ale, niestety, nie było już woli politycznej.

Po odejściu z ministerstwa, dalej współpracował Pan z Janem Kobylańskim?



Tak. Później dzięki Kobylańskiemu spotkałem się w parlamencie Buenos Aires z liderami ówczesnych argentyńskich partii oraz tamtejszymi ekspertami. Wówczas w zasadzie odniosłem wrażenie, że Argentyna może być naszym sojusznikiem i szansą na gospodarzy rozwój naszej Ojczyzny. Interesy Polski i Argentyny w tym okresie były podobne. To były lata 1993-94.

W czasie ostatniej rozprawy, kiedy składał Pan zeznania przed sądem, jeden z oskarżonych zarzucił Panu powiązania, wręcz zależność PSM-G od USOPAŁ…



Nie ma żadnego stosunku prawnego między Polskim Stowarzyszeniem Morskim-Gospodarczym a Unią Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej. Figuruję jako przedstawiciel polityczny USOPAŁ-u, co polega na tym, że czasem składam kwiaty, wygłaszam przemówienia w imieniu USOPAŁ, spotykam się z innymi organizacjami polonijnymi, ale formalnie nie reprezentuję USOPAŁ wobec innych organizacji. Kiedy odszedłem z ministerstwa powołałem Polskie Stowarzyszenie Morskie-Gospodarcze im. Eugeniusza Kwiatkowskiego. Zajmujemy się między innymi sprawami polonijnymi. Na kongres USOPAŁ przyjeżdżałem jako prezes Stowarzyszenia, najpierw za własne pieniądze, potem za moje bilety płacił USOPAŁ. W moim przekonaniu Jan Kobylański jest jednym z ważniejszych przywódców polonijnych, którego działalność zapisze się złotymi głoskami w historii.

Ma Pan doświadczenie we współpracy z Polonią, która stanowi silną grupę, ale jest niedoceniona. Wielu Polonusów chce pomagać Ojczyźnie, ale polskie władze im tego nie ułatwiają, wręcz przeciwnie…



Moje doświadczenie w służbie państwowej jednoznacznie wskazywało na to, że nieocenionym skarbem dla naszej Ojczyzny jest Polonia rozrzucona po całym świecie. W większości wypadków są to ludzie, dla których hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” naprawdę coś znaczy. To są kombatanci, ludzie, którzy przeszli szlak bojowy z Andersem, ludzie, którzy zostali z Ojczyzny wyrzuceni, dostali paszporty w jedną stronę. A bardzo wielu z nich zajmuje ważne, strategiczne stanowiska na świecie. Mało tego, oni niejednokrotnie mają bardzo dobre, wpływowe kontakty. Takim klasycznym przykładem była działalność świętej pamięci Edwarda Moskala, który doprowadził do tego, że Polska weszła do NATO. Drugie doświadczenie, które miałem osobiście, to czas, kiedy powołaliśmy Społeczny Komitet Ratowania Stoczni i Przemysłu Okrętowego i kiedy natychmiast zgłosili się Polacy z całego świata, zajmujący poważne stanowiska w przemyśle okrętowym, jak np. pan Eugeniusz Haciski, wiceprezes amerykańskiego Coast Gardu, oferujący złożenie zamówienia na budowę kadłubów, inż. Krystian Kupras, prowadzący biuro konstrukcyjne w Holandii, deklarujący zrobienie biznesplanu, czy Ignacy Felczak z Brazylii) i wiele innych osób, które natychmiast ofiarowały nam pomoc. I każdy rząd, dla którego Polska ma priorytetowe znaczenie, musi postępować tak, by Polonię jednoczyć, i sobie zjednać, by korzystać z jej usług. A tak się, niestety, nie dzieje.

Jak zachowują się placówki dyplomatyczne?



Jeden z oskarżonych mówił, że placówki dyplomatyczne robią wiele spotkań. Ja mu odpowiedziałem, że co to za spotkanie, jeśli robi się wernisaż i przychodzi kilka osób czy sprowadza się zaprzyjaźnioną artystkę z fortepianem, a z drugiej strony szatkuje i rozbija się organizacje polonijne. Bo tak dzieje się w świecie. Placówki dyplomatyczne często nie łączą, a dzielą. Przykładem są tzw. „czarne listy” wysłane na placówki z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wyjątkowym ambasadorem był prof. Zdzisław Ryn. Kiedy sprawował swoją misję w Chile, Polska wiele zyskała. On odkrył polskie korzenie w Chile, doprowadził do porozumienia tamtejszego uniwersytetu z Uniwersytetem Jagiellońskim i wiele innego dobra. Łączył ludzi, nie dzielił. Podobną pracę rozpoczął na placówce w Argentynie i co go za to spotkało? Odwołanie za kontakty z Janem Kobylańskim.

Będąc wielokrotnie w Ameryce Łacińskiej widział Pan dużo polskich akcentów i spotykał się Pan z wieloma organizacjami polonijnymi, które, mimo dzielących ich granic, współpracują ze sobą . Czyja to zasługa?



Jest to nieoceniona zasługa Jana Kobylańskiego. Miałem różne doświadczenia z placówkami dyplomatycznymi i mogę jednoznacznie stwierdzić, że to co zrobił Kobylański dla spraw Polski, to nawet w jednej tysięcznej nie zrobiły tego żadne placówki dyplomatyczne. To dzięki Kobylańskiemu zarówno w Argentynie jak i w Urugwaju olbrzymia część tamtejszej społeczności dowiedziała się, co to jest Polska. Przez to, że np. w Argentynie postawił pomnik Jana Pawła II, kiedy papież jeszcze żył, a wtedy trzeba było zrobić specjalną debatę, uzyskać specjalne zezwolenie tamtejszego parlamentu. I to mu się udało. Doprowadził do tego, że ustanowiono Dzień Osadnika Polskiego w Argentynie. W Posadas postawił następny pomnik Jana Pawła II, tak samo w Urugwaju, gdzie po papieskiej pielgrzymce postawiono monument na środku głównej ulicy Montewideo. Ale też doprowadził do postawienia tam krzyża papieskiego, a to w Urugwaju jest nieprawdopodobne. Jednak mu się udało. A w Polsce pewnie tego nikt nie jest nawet w stanie zrozumieć.

Myślę, że po ostatnich doświadczeniach sprzed Pałacu Prezydenckiego wielu Polaków rozumie, co to znaczy walczyć o krzyż…



Ano właśnie… I jest jeszcze jedna rzecz warta podkreślenia. A mianowicie zjednoczenie tak wielu organizacji polonijnych Ameryki Łacińskiej. Od 1995 roku bywałem często na kongresach polonijnych organizowanych przez USOPAŁ. Zawsze bywało na nich około 150-200 delegatów z całej Ameryki Południowej. Zawsze były też delegacje z Polski – z Sejmu i Senatu, a także znane osobistości życia kulturalnego i politycznego. Na każdym zjeździe był obecny prezydent lub wiceprezydent Urugwaju, co świadczyło o randze, zawsze też był obecny nuncjusz apostolski, arcybiskup Janusz Bolonek, a w ostatnich latach nuncjusz pochodzący z Włoch. Zawsze na spotkaniach bywali też różni ambasadorowie. Świadczy to ogromnych możliwościach Jana Kobylańskiego, jestem przekonany, że to się przeniosło z jego działalności dla Rzeczpospolitej. Zorientowałem się wówczas, że USOPAŁ jest bardzo silną organizacją polonijną, która zaczęła skupiać takie potężne organizacje jak chyba największa organizacja polonijna Juventus czy Polbras z Brazylii, jak również Związek Polaków w Argentynie, a także mniejsze jak Stowarzyszenie im. Domeyki z Chile, czy delegacje z Paragwaju, Peru, Meksyku i innych państw południowo-amerykańskich.

A jednak oskarżeni w procesie pozwalają sobie na rzucanie oskarżeń typu „USOPAŁ to organizacja fasadowa” czy „Jan Kobylański antysemitą”…



Kobylański zawsze utrzymywał dobre kontakty z osobami różnych opcji politycznych, szanował wszystkich, którzy pracowali dla dobra Ojczyzny. Śmiesznym jest dla mnie stwierdzenie jakoby USOPAŁ był organizacją fasadową. A mam rozeznanie, ponieważ uczestniczyłem w wielu zjazdach polonijnych. Ale od momentu, kiedy Mikołaj Lizut napisał oszczerczy artykuł o Janie Kobylańskim, wszystko się zmieniło. Nastąpiła rezerwa wobec niego, zaczęto zarzucać mu antysemityzm. Przedstawiciele polskich władz zaczęli unikać kontaktu z nim. W moim przekonaniu zarzut antysemityzmu wobec Kobylańskiego jest nieprawdziwy. On był i jest otwarty na wszystkie nacje. Nigdy nie słyszałem, by w jego wypowiedziach było coś przeciwko jakiejkolwiek, nie tylko żydowskiej nacji. Może nie podoba się komuś, że zachowywał się jak powinien się zachowywać każdy Polak. Reagował natychmiast w porozumieniu z zarządem USOPAŁ na pewne niesprawiedliwości, jak np. kiedy organizacje żydowskie w Ameryce Północnej wystąpiły do rządu polskiego o olbrzymie odszkodowania. Wówczas publicznie zabrał głos, w którym powiedział, że to jest niesprawiedliwe i nienależne. Trudno zarzucić antysemityzm komuś, kto mówi, że pewne osoby są pochodzenia żydowskiego. Jana Kobylańskiego znam tylko z czasów jego zamieszkania w Urugwaju. Wcześniejszą działalność znam z przede wszystkim od świętej pamięci pułkownika Leopolda Biłozura. On przeszedł Sybir, walczył w Armii Andersa, pod Monte Cassino i był przewodniczącym polskich kombatantów Ameryki Łacińskiej. Był szlachetnym człowiekiem, żyjącym bardzo skromnie, to co napisał o Kobylańskim, w swoistym testamencie, jest absolutną prawdą i się pod tym podpisuję.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj