„A jeśli 13-latka…?”

Premier Jarosław Kaczyński w swojej wypowiedzi (13 marca), uzasadniającej jego stanowisko przeciwne nowelizacji art. 38 Konstytucji, odwołał się do hipotetycznego kazusu 13-letniej dziewczyny, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu. Stwierdził więc, że nie można jej odebrać prawa do usunięcia ciąży, bo „państwo nie może zmuszać nikogo do urodzenia dziecka”.


Gwałt na systemie prawnym

Ta argumentacja jest nie tylko stara i wyświechtana, ale zawiera także pewne sprzeczności i nieścisłości. Otóż eksperci, którzy mają do czynienia z tego typu przypadkami przedstawianymi w sądzie, twierdzą, że niemal z reguły są to sprawy sfingowane, ponieważ dziewczynie, która się uczuciowo zapędziła, przebiegli i cyniczni ludzie doradzają, aby wniosła sprawę do sądu w celu uzyskania orzeczenia stwierdzającego gwałt, co daje jej „przepustkę” do gabinetu aborcyjnego i wszystko dzieje się „zgodnie z prawem”. Tego rodzaju naciągania przepisów prawa (stworzonego zresztą, aby je naciągać) było sporo, także w skali światowej, i tą drogą doszło, jak pamiętamy, do legalizacji aborcji w Stanach Zjednoczonych czy w Irlandii (a także toczyła się walka o pewne dziecko w Ameryce Południowej, którego młodocianą matkę zmuszano do aborcji). Owe „zgwałcone” osoby dopiero po latach się przyznały, że kłamały. Ale nie pomyślano, aby unieważnić prawo oparte na kłamstwie i podstępie, ponieważ takie „prawo” było potrzebne pewnym ciemnym siłom społecznym. Inni eksperci – tym razem od ginekologii – stwierdzają, że w sytuacji prawdziwego gwałtu organizm kobiety broni się przed zapłodnieniem i ewentualna ciąża jest raczej czymś nieprawdopodobnym. Oczywiście, jakiś wyjątek jest możliwy i dziecko się rozwija. Znam taki przypadek, kiedy dziewczyna rzeczywiście zaszła w ciążę w wyniku gwałtu i przeżyła prawdziwy dramat, ale obdarzona szlachetnym charakterem zdecydowała się urodzić dziecko, które potem – mimo wszystko – bardzo kochała i nie chciała go nikomu oddać.

Bo prawdziwa kobieta tak właśnie przeżywa fakt, że w niej poczęło się życie: jest to dla niej wezwanie do miłości, do przygarnięcia kogoś, kto jest jej najbliższy i zarazem najbardziej osamotniony i bezradny na całym świecie. Prawdziwa kobieta natychmiast – pomimo całego dramatu i świadomości straszliwej krzywdy – ma tylko jedną odpowiedź pochodzącą z samej głębi jej serca: „kocham!”. Gdyby nie ta odpowiedź kobiet, dla których zaskoczenie macierzyństwem niekiedy kojarzy się nawet z zagrożeniem życia, świat już by nie istniał, bo nie miałby po co istnieć. Świat bowiem istnieje tylko po to, aby na nim wciąż mogła się objawić miłość bezinteresowna, będąca świadectwem samego Boga.


Prawo nie zastępuje moralności, lecz jej służy

Jeżeli jakaś kobieta nie jest zdolna do takiej odpowiedzi i jeżeli dochodzą do nas wstrząsające wiadomości, że jakieś dziecko dopiero co urodzone znaleziono na śmietniku lub porzucone na schodach parafialnego kościoła, to znaczy, że taka kobieta została przez swoje środowisko skrzywdzona i zdemoralizowana. To znaczy także, że społeczeństwo czy państwo, które jest odpowiedzialne za stworzenie odpowiednich warunków, w których rodzina może istnieć zgodnie z normami człowieczeństwa, nie spełnia swojego zadania i stało się zbiorowiskiem przestępców. Oczywiście, państwo nie potrafi zapobiec wszystkim przypadkom niszczenia ludzkiego życia, ale musi zadbać o to, aby nikt nie miał podstaw do stawiania zarzutu, że nie ma warunków, aby żyć jak człowiek. Stąd prawo powinno najpierw ścigać i tępić tych przestępców, którzy działają na szczytach społecznych i swoimi manipulacjami podkopują w najgłębszym znaczeniu podstawy moralne i ekonomiczne życia społecznego.

Państwo powinno cały swój potencjał polityczny, prawny i społeczny skierować ku jedynej, najważniejszej sprawie: aby rodzina mogła być rodziną, aby człowiek przychodzący na świat znalazł warunki życia i rozwoju odpowiadające jego godności i jego wiecznemu powołaniu. Dlatego z całą surowością należy ścigać i karać przestępców, którzy sieją kłamstwo i zgorszenie, deprawują sumienia młodych poprzez różne programy „oświatowe” czy „rozrywkowe”, propagując swobodę seksualną, pedofilię, pornografię, prostytucję, homoseksualizm i jakieś inne jeszcze dewiacje pod pozorem szerzenia „higieny reprodukcyjnej”. Jeżeli trafiają się takie przypadki, jak w Poznaniu (o czym donosiły agencje informacyjne), że chłopak zabija swoją kochankę, która jest w 9. miesiącu ciąży, to znaczy, że do takiej tragedii oboje dochodzili długą drogą moralnej deprawacji, zaślepieni od dawna i omotani mitami „nowoczesnej” liberalnej i permisywnej kultury.


Źródłem zbrodni – profanacja małżeństwa

Taki fakt mówi, że ten mężczyzna już dawno przestał być mężczyzną i od początku w sposób moralny i psychiczny funkcjonował jako morderca, eksploatując potencjał seksualny naiwnej dziewczyny i traktując ją jako przyrząd do wyzwalania przeżyć erotycznych. Od początku zamknął oczy na jej duchową i osobową godność i widział tylko ciało, które mu dostarczało rozrywek, aż do czasu, kiedy przeraził się ogromem ohydy, w jakiej się zanurzył i postanowił usunąć dziewczynę z horyzontu swojego wzroku. Jest to poglądowa lekcja ucząca, że „wolny seks” jest w swojej istocie agresją, duchowym morderstwem, spychaniem człowieka do poziomu użytkowego sprzętu seksualnego. Taki swobodny i nieodpowiedzialny seks zawiera w swojej logice wyrok śmierci na wszystko, co się z niego może począć w łonie kobiety, to jest na każde dziecko, które od początku znajduje się w sytuacji zagrożenia ze strony takiego przestępcy.

W takim zwyrodnieniu seksualnym kryje się potworne zakłamanie, imitujące podświadomie małżeństwo, ale w sferze działań świadomych jest to całkowite zaprzeczenie tego, co stanowi istotę małżeństwa i jej głęboko rozumianej prawdy antropologicznej i personalistycznej. Bo w stworzeniu małżeństwa Bóg sam ukrył swoją myśl i swój zamiar, który można zinterpretować jako zapisaną w istocie zjednoczenia małżeńskiego wolę stwarzania świata, skondensowaną w woli stwarzania każdego pojedynczego człowieka, każdej niepowtarzalnej osoby. Jest to wola Stwórcy, który „chce człowieka dla niego samego” – chce go właśnie w akcie obdarowania istnieniem, co jest równocześnie owocem zjednoczenia małżeńskiego. To jest małżeństwo, kiedy dwoje, zjednoczeni przymierzem, mówią Bogu: „”chcemy”, chcemy zjednoczyć nasze „chcenie” z Twoim „chceniem” i przyjąć to życie, w którym ofiarujesz nam Twoją miłość”. To jest małżeństwo i tak je pomyślał Pan Bóg, stwarzając człowieka mężczyzną i kobietą. A co się dzieje w akcie rozwiązłości, w akcie „wolnego seksu”? Tu odrzuca się wszystko: oni nie chcą miłości, nie chcą życia, nie chcą daru od Boga, nie chcą poddać się tej Miłości, która stwarza bezinteresownie i powołuje do uczestnictwa w Niej samej. Oni tym samym – pośrednio – deklarują, że nie są zadowoleni z tego, iż istnieją i że zostali stworzeni jako mężczyzna i kobieta. Odrzucają więc dar własnego istnienia, a czynią to – poniewierając swoje człowieczeństwo jako obraz Boga. Przez samą wymowę tego faktu odrzucają samego Boga jako swego Stwórcę. Mówią, że chcą sami „nadawać sobie sens”, który jednak obiektywnie nie różni się od brutalnego nonsensu, który spycha ich na poziom ogolonych (nie zawsze) i wyperfumowanych zwierząt.

To jest przyczyną pojawiania się tak zwanych dzieci niechcianych, dla likwidowania których ludzie cyniczni i bez sumienia usiłują znaleźć bezpłatną pomoc „państwa i prawa”, a nawet „państwa prawa”. Jakiego prawa? Takiego, które sami przestępcy uchwalają dla siebie, aby sobie ułatwić popełnianie przestępstw w sposób doskonały i bez ponoszenia konsekwencji, takiego, za którym można skryć się jak za parawanem i uchodzić za ludzi uczciwych. Taki jest bowiem paradoks demokracji, że „lud” uchwala prawo, aby pod jego osłoną mógł łamać prawo Boże i by mógł uchodzić za „sprawiedliwy”. Jednak, prawdę mówiąc, ani ci, którzy uchwalają prawo, którego sens streszcza się w zdaniu, że „wolno zabijać”, ani ci, którzy zasłaniając się „prawem”, popełniają zbrodnię morderstwa wobec człowieka przychodzącego na świat, nie są wolni od winy. Owszem, większą winę mają ci, którzy o ustanowieniu takich praw decydują, którzy takie prawa uchwalają i którzy takich praw bronią jako rzekomo „zdobyczy demokracji” i promocji „praw człowieka”, niż ci, którzy bezkrytycznie poddają się prądowi deprawacji, wierząc, że teraz „wolno”.


Niemoralna demokracja

Niektórzy wierzą, że to, co zostało uchwalone demokratycznie, jest słuszne i obowiązujące. Nie jeden raz Papież Jan Paweł II poddawał taką niemoralną demokrację surowej krytyce. Ale ciekawe jest także, co o demokracji myślał filozof Jacques Derrida (postmodernista, twórca dekonstrukcjonizmu), którego książkę na temat demokracji wydał niedawno we Włoszech Raffaello Cortina. Książka nosi tytuł „Stati canaglia” (co po polsku może znaczyć „łajdackie państwa”) i według dziennikarza anonsującego jej wydanie dotyczy właśnie demokracji. „Główna teza książki jest prosta: demokracja to jest coś, co się ustawicznie staje, nigdy nie jest i nie może być do końca spełnione (compiuta). Już w samej definicji demokracji, od początku i mocą etymologii, zachodzi w niej sprzeczność nierozwiązalna między wolnością a wolą większości. Albo, jeśli wolimy, między wolnością absolutną a prawem, lub przeciwnie – między wolnością a swobodą (licenza). I jeszcze: jest się wolnymi, ponieważ jest się obywatelami. I jeszcze jedna sprzeczność: ażeby być obywatelami wolnymi, należy ograniczyć owo obywatelstwo (do miasta czy kraju) (…) W pewien sposób, aby się zabezpieczyć, demokracja zawiesza samą siebie”. Można dopowiedzieć, że w demokracji zachodzi sprzeczność między wolnością a prawdą i dlatego zachodzi sprzeczność między prawem a prawdą, między prawem a moralnością, ponieważ uchwala się prawo, które jest wyrazem siły (consensus), a nie prawdy. Stąd prawo może zawierać pozwolenie na popełnianie najgorszych przestępstw. Dlatego ten powabny tytuł notatki anonsującej „Demokracja i łotrostwo”. (Democrazia e canaglie; Espressonline). Wszyscy wiedzą, że demokracje, jakie znamy, są chore; ale dlaczego nikt nie powie, że to dlatego, iż „lud” chce dyrygować „prawem”, a nie chcą, żeby prawo (nomos) rządziło ludem. Byłaby to „nomokracja”, jeśli by ją oprzeć o prawo Boże. Taka właśnie powinna być Konstytucja, aby nikt nie miał możności wydawać ustaw niemoralnych. Obyśmy wreszcie czegoś takiego doczekali!


Złe prawo krzywdzi wszystkich

Wbrew temu, czego sobie życzy pan premier, prawo demokratyczne nie błyszczy szlachetnością, kiedy „nie zmusza dziewczyny do urodzenia dziecka”. Za to takie prawo za pomocą złożonych mechanizmów psychospołecznych nakłania dziewczynę do zabicia swego dziecka, wmawiając jej dodatkowo, że to jest dla niej dobrodziejstwo i że to jest jej „prawo”. Jest wielkie oszustwo w tym myśleniu o dobrodziejstwie prawa aborcyjnego. Po pierwsze, żadne prawo nie jest w stanie zmusić dziecka do urodzenia się: dziecko się rodzi zgodnie z prawami fizjologii własnej i fizjologii matki, przy czym oba podmioty ściśle współpracują. Po drugie, jeśli prawo orzeka, że zabicie dziecka jest przestępstwem, to takie prawo nie zmusza do rodzenia dziecka: po prostu ostrzega przed lekkomyślnym prowokowaniem ciąży, bo skoro dziecko już żyje, to ono chce się urodzić i ma pełne prawo się urodzić, ponieważ stoi za tym autorytet Stwórcy. A jeśli dziecka jeszcze nie ma, to trzeba się zastanowić, czy są podstawy moralno-antropologiczne do inicjowania stanu płodności. Prawo nie zmusza ani do rodzenia, ani do nierodzenia: choć niekiedy są takie prawa, które mogą zniechęcić kobietę do macierzyństwa. Dobre prawo jedynie zmusza do myślenia, jaką należy podjąć decyzję. Po trzecie, prawo antyaborcyjne nie zmusza kobiety (dziewczyny) do jakiejkolwiek decyzji w sprawie urodzenia dziecka, natomiast prawo proaborcyjne normalnie zmusza rodzącego się człowieka do poddania się bezprawnemu wyrokowi śmierci. I jest to sytuacja wybitnie niekorzystna zarówno dla dziecka, jak i dla matki.

Takie prawo jest w najwyższym stopniu dyskryminacyjne, ponieważ przekreśla wszystkie prawa osoby najbardziej bezbronnej i najsłabszej, osoby, której właśnie powinny służyć i pomagać wszystkie instytucje prawno-społeczne. Takie prawo dzieli społeczeństwo na tych, którym wolno żyć i tych, którym takie prawo nie przysługuje. Jest to rasizm i społeczny darwinizm w najgorszym wydaniu przyznający wszystkie przywileje grupom silnych i bezwzględnych. Nadto kobiety, którym wmawia się, że przysługuje im „prawo wyboru”, nie odnoszą z tego żadnej korzyści, doznają natomiast straszliwej krzywdy, która jest nie do naprawienia nawet przy użyciu wszystkich mocy całego świata. Kto zabiera kobiecie jej dziecko, zabiera jej w pewien sposób istotę jej życia. A jeśli doprowadza się kobietę do tego, że oszukana sama pozbawia się dziecka, jej dramat nie da się opisać i żadną stworzoną mocą nie może odzyskać utraconego pokoju, pojednania z samą sobą. Jest to najbardziej złośliwy i podły zamach szatana na Boży plan stworzenia, na co zwraca uwagę także Księga Apokalipsy (por. 12, 4).


„Dość milczenia!”

Prawo do aborcji, prawo do zabicia dziecka nie jest ani przywilejem, ani dobrodziejstwem dla kobiety. Jest jej tragedią, jej klęską. Dlatego kobiety postanowiły przemówić głośno, te właśnie, które padły ofiarą kłamliwej propagandy. W tym celu stworzyły organizację pod nazwą (w wolnym tłumaczeniu) „Dość milczenia!”, aby powiedzieć światu prawdę. Grupa tych kobiet z Kanady przemawiała w Organizacji Narodów Zjednoczonych (ProLifeBlogs, 5 marca 2007). Kobiety twierdzą, że „wprowadzenie aborcji jest największym przestępstwem przeciw kobietom i dzieciom w naszym pokoleniu. (…) Naszym posłannictwem jest ujawnić kłamstwa i retorykę obrońców aborcji oraz zorganizować pomoc, wychować i umocnić kobiety w rozwijaniu dobrodziejstwa macierzyństwa. Wiele prac naukowych dowodzi, że aborcja rani kobiety fizycznie i emocjonalnie, jednak jest to ignorowane przez rządy, media i naszą kulturę”. Kobiety domagają się, „aby zostały ustanowione prawa przeciwko aborcji i wykorzystywaniu seksualnemu kobiet i dziewcząt. Jeśli już dzisiaj podejmie się te działania, możemy zatrzymać tę falę przemocy i dyskryminacji przeciwko kobietom i dziewczętom” (za „Christian Newswire”).


Poprzeć nowelizację art. 38 Konstytucji

W „LifeSiteNews.com” 12 marca ukazał się artykuł pod tytułem „Społeczeństwo polskie popiera konstytucyjną poprawkę „pro-life””. Artykuł podaje wyniki ankiety przeprowadzonej przez Polską Grupę Badawczą. Według sondażu, przeszło 52 proc. Polaków popiera poprawkę do art. 38, natomiast tylko 15 proc. jest przeciwko. Dziwne, że pan premier skłania się ku opinii mniejszości. Niespodziewanie przyszedł w sukurs Polakom watykański dokument, adhortacja „Sacramentum Caritatis”, w której redaktor LifeNews Steven Ertelt natychmiast dostrzegł fragmenty dotyczące tematu obrony życia (13 marca 2007). Idąc za jego sugestią, odkryłem w adhortacji interesujące teksty. W paragrafie 79 (Eucharystia i wierni świeccy) czytamy m.in.: „(Wierni) powinni żywić pragnienie, aby Eucharystia wywierała głębszy wpływ na ich życie codzienne, czyniąc ich przekonującymi świadkami w miejscach pracy i w całym społeczeństwie. Zachęcam poszczególne rodziny, aby czerpały natchnienie i siłę z tego Sakramentu. Miłość między mężczyzną i kobietą, otwarcie na życie i wychowanie dzieci, są uprzywilejowanymi dziedzinami, w których Eucharystia może objawić swoją moc przemieniającą życie, nadając mu pełne znaczenie”.

W tej samej adhortacji, w paragrafie 83 (Spójność życia eucharystycznego) czytamy: „Cześć, jaką należy oddawać Bogu, nie może nigdy być sprawą czysto prywatną, bez następstw dla naszych stosunków z bliźnimi: ona wymaga publicznego świadectwa wiary. Oczywiście jest to prawdziwe w odniesieniu do wszystkich ochrzczonych, ale w specjalny sposób ciąży na tych, którzy dzięki swemu społecznemu czy politycznemu stanowisku zmuszeni są podejmować decyzje dotykające wartości fundamentalnych, takich jak poszanowanie ludzkiego życia, jego obrona od poczęcia do naturalnej śmierci, rodzina budowana na małżeństwie między mężczyzną i kobietą, wolność wychowania własnych dzieci i popieranie dobra wspólnego w jego wszystkich formach. Są to wartości nie podlegające negocjacji. W rezultacie katolicy politycy i prawodawcy, świadomi swej poważnej odpowiedzialności wobec społeczeństwa, powinni czuć się szczególnie obowiązani, na podstawie właściwie uformowanego sumienia, do wprowadzania i popierania praw inspirowanych wartościami mającymi podstawę w naturze ludzkiej. Zachodzi tu obiektywna więź z Eucharystią. Biskupi są zobowiązani do tego, by ustawicznie potwierdzali te wartości w ramach swojej odpowiedzialności za powierzony im lud”. (Cytując pewną anegdotę góralską, można rzec, że przez tę adhortację „to jakby sam Pan Jezus palcem pokazał…”, co mają robić polscy politycy).

Mocny akcent na sprawę należytej formacji sumienia położył Benedykt XVI w przemówieniu do członków Papieskiej Akademii Życia (pełny tekst zamieszczamy w dzisiejszym „Naszym Dzienniku” na s. 11). Przypomniawszy podstawowe przesłanki dotyczące odpowiedzialności za obronę życia, Papież zwrócił uwagę na fakt, że ataki na prawo do życia nasilają się w różny sposób na całym świecie (o czym tu nie ma potrzeby mówić szczegółowo.) Benedykt XVI podkreślił niepokojące zjawisko słabnącej reakcji sumień na wszechwładną dyktaturę mediów. Człowiek jednak nie może zrezygnować z posługiwania się sumieniem, czyli z kierowania się moralną oceną swego postępowania. Pod naciskiem modnej sekularyzacji i tolerancji „sumienie często przestaje być światłem i staje się zwykłym ekranem, na którym społeczeństwo medialne odbija sprzeczne obrazy i impulsy”. Dlatego – mówi Papież – „trzeba na nowo kształtować pragnienie poznawania prawdy autentycznej, obronę osobistej wolności wyboru w obliczu zachowań masowych i uroków propagandy, aby ubogacać umiłowanie piękna moralnego i jasność sumienia. Jest to delikatne zadanie rodziców i wychowawców, którzy ich wspomagają. Jest to także zadanie chrześcijańskiej wspólnoty wobec wiernych”. Papież ostrzega, że nie wystarczą elementarne zasady poznane w dzieciństwie; trzeba świadomie nadążać za poważnymi zadaniami, które stawia przed nami życie. „Tylko w ten dojrzały sposób jest możliwe przygotowanie młodych do zrozumienia wartości życia, miłości, małżeństwa i rodziny. Tylko w ten sposób można ich doprowadzić do tego, by oceniali piękno świętości miłości, radość i odpowiedzialność bycia rodzicami i współpracownikami Boga w przekazywaniu życia”.

Oby nasi politycy chcieli uznać prawdę, że w tak fundamentalnej sprawie, jak obrona prawa do życia, prawo stanowione jest wewnętrznie zależne od prawa moralnego (prawa naturalnego), które jest jednoznacznie tłumaczone i głoszone przez Kościół katolicki. I aby zrozumieli, że tworzenie jakichkolwiek atentatów, czyli ustaw negujących uniwersalne prawo moralne przez wprowadzenie tak zwanych „wyjątków” od normy powszechnej, jest okłamywaniem siebie i społeczeństwa i może służyć jedynie staczaniu się Narodu do moralnej przepaści, z której już nie będzie wyjścia.

ks. prof. Jerzy Bajda
drukuj