[TYLKO U NAS] Ks. M. Siennicki o posłudze misyjnej na Karaibach: W Kościele katolickim na Barbadosie nie ma letnich katolików. Tamtejsza mała wspólnota jest żywa i bardzo oddziaływująca na społeczność

W Kościele katolickim na Barbadosie nie ma letnich katolików. Ich nie trzeba przekonywać, nie trzeba namawiać do tego, żeby przychodzili do kościoła. Oni wiedzą, dlaczego są w Kościele, chcą tu być i robią to dla siebie. To jest niezwykłe. Uderzające jest także to, iż mimo, że tamtejsza wspólnota jest mała, jest widoczna jako wspólnota żywa i bardzo oddziaływująca na społeczność – podkreślił ks. dr Michał Siennicki SAC podczas rozmowy z portalem Radia Maryja. Kapłan pełnił posługę misyjną na Barbadosie od września 2019 r. do marca br.

 

***

Portal Radia Maryja: Głoszenie Ewangelii w krajach misyjnych jest jednym z charyzmatów Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego. Od kiedy księża pallotyni są obecni na Małych Antylach, a dokładniej na Barbadosie?

Ks. dr Michał Siennicki SAC: Księża pallotyni pracują na tej malutkiej wysepce na Antylach na Karaibach od 2008 r. Wówczas takie zaproszenie skierowane do pallotynów z Polski zostało wystosowane z Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. W tym samym roku czterech pallotynów wybrało się na tę wyspę do pracy misyjnej. Barbados, jako kraj, który jest państwem powstałym po kolonii brytyjskiej, w ponad 90 proc. jest protestancki, anglikański, więc katolicy tworzą tam malutką enklawę. Szacuje się, że jest ok. 5 tys. katolików na całej wyspie. Są zgromadzeni w sześciu, a właściwie w siedmiu parafiach, ponieważ siódma jest w stanie tworzenia. Na wyspie razem ze mną współpracowało dziewięciu księży. To pokazuje, jak mała jest to rzeczywistość Kościoła katolickiego na tej przepięknej wysepce.

Jak Ksiądz znalazł się w tym odległym zakątku świata?

Mój ksiądz prowincjał w czasie oczekiwania, co ze mną zrobić po doktoracie, zwrócił się z prośbą bym wspomógł współbraci, którzy znajdują się na tej wyspie. Obecnie pracuje tam dwóch pallotynów z Polski. Obydwaj noszą imię Andrzej, jeden jest proboszczem w parafii pw. św. Dominika, a drugi w parafii pw. św. Patryka. Była prośba, żeby ich wspomóc, bo pracy jest rzeczywiście dużo.

Otworzyłem atlas, zobaczyłem, gdzie się znajduje Barbados i poleciałem na pół roku. Na taki okres z tego względu, że tylko tyle mogłem tam przebywać posiadając podstawową wizę. Teraz, jakbym chciał zostać dłużej, musiałbym przejść dosyć długą i skomplikowaną procedurę o nadanie długoterminowej wizy. Mój ksiądz prowincjał potrzebował wykładowcy w Polsce, więc wróciłem do Polski. Otrzymałem dekret, że będę wykładał prawo kanoniczne w naszym seminarium w Ołtarzewie.

Na czym polegała Księdza codzienna posługa w karaibskim państwie?

Na Barbadosie pracowałem na kilku płaszczyznach. Pierwszy wymiar, to typowo duszpasterska praca, która skupiała się w parafii św. Dominika. To dosyć duża parafia, bo w niedzielę na Mszy św. było obecnych do 1000 osób. W dwóch księży odprawialiśmy tego dnia cztery Msze św. na miejscu.

Poza tym, kilka miesięcy temu zwrócili się do nas studenci katoliccy z uniwersytetu medycznego. Bardzo chcieli uczestniczyć w Eucharystii. Najlepszym rozwiązaniem było odprawiać Mszę św. na uniwersytecie, więc w każdą niedzielę o godz. 13.00 była dodatkowa Eucharystia dla studentów, głównie Amerykanów, ale zdarzały się także inne narodowości.

W czasie mojego przebywania na Barbadosie ksiądz biskup poprosił mnie, abym jeszcze pomógł w pracy duszpasterskiej w dwóch parafiach, dosyć małych, znajdujących się na peryferiach tej malutkiej wyspy. Jedna leży na północy – Najświętszego Serca Pana Jezusa, druga na wschodzie – Matki Bożej Królowej Różańca Świętego. To rzeczywiście były malutkie wspólnoty, które liczyły po kilkadziesiąt osób.

W ciągu tygodnia byłem kapelanem u sióstr urszulanek, które pracują na Barbadosie od 125 lat. Prowadzą tam ogromną szkołę katolicką dla ponad 2 tys. dzieci od 6 do 15 roku życia. Siostry miały Mszę św. dla wspólnoty, ale przychodzili również nauczyciele, zaprzyjaźnieni ludzie, częściowo uczniowie.

 

Na samym końcu mojej posługi była Środa Popielcowa. Wtedy dla poszczególnych sekcji w szkole celebrowałem to nabożeństwo przyjęcia popiołu i rozpoczęcia drogi nawrócenia w Wielkim Poście.

Drugim wymiarem była pomoc prawna w diecezji. Ks. bp Jason Gordon potrzebował prawnika kanonisty, żeby pewne rzeczy w diecezji uporządkować, usystematyzować. Wspomagałem kurię diecezjalną i sąd kościelny, który jest sądem regionalnym. Do tej pory, będąc już w Polsce, wspomagam sąd i kurię od prawniczej strony.

Co było zaskakujące w codziennym życiu i we wspólnocie katolickiej na Barbadosie? 

W wymiarze kościelnym najbardziej było zaskakujące to, że w Kościele katolickim na Barbadosie nie ma letnich katolików. Katolicy, którzy przychodzą tam do kościoła to są ludzie, którzy wiedzą dlaczego tutaj są. Ich nie trzeba przekonywać, nie trzeba namawiać do tego, żeby przychodzili do kościoła, oni robią to dla siebie i chcą to robić. To jest niezwykłe. To bardzo uderzające.

https://twitter.com/MichalSAC/status/1213919026507849728

Inną niezwykle ważną rzeczą, która mnie uderzyła to to, że mimo, iż ta wspólnota katolicka jest taka mała – ma ogromne oddziaływanie. Jest bardzo widoczna. Przykładowo, malutka parafia (licząca około 1000 osób), gdzie pracowałem, przeznaczała ogromne ilości i pieniędzy, i środków i pracy na pomoc charytatywną. To głównie było dożywianie dzieci z ubogich rodzin. 112 dzieci każdego dnia dostawało gorący posiłek, ale oczywiście pomoc nie ograniczała się tylko do tego. Była pomoc w rodzinach, tam gdzie bieda była bardzo mocno widoczna. To było bardzo uderzające, że mimo, iż wspólnota katolicka jest mała – bardzo była widoczna jako wspólnota żywa i bardzo oddziaływująca na społeczność.

A czy były trudne momenty podczas tej misji? Co było największym problemem?

Na każdej misji pojawiają się oczywiście także trudne momenty. Na Barbadosie dało się doświadczyć trochę takiego zamknięcia, szczególnie dla nas – osób w Europie, przyzwyczajonych do podróżowania w stylu, że: wsiadam w samochód i jadę do rodziców 150 km dalej. Wyspa z północy na południe ma 35 km, ze wschodu na zachód 23 km, więc można się poczuć bardzo klaustrofobicznie. Inna rzecz, jeśli ktoś jest przyzwyczajony np. do wyjścia do teatru, do kina, do spotkań, to tego na Barbadosie na pewno mu zabraknie.

https://twitter.com/MichalSAC/status/1218985025380790272

Na Barbadosie jedynie, czego nie brakuje to słońca, plaż i ciepłego morza, natomiast troszkę brakuje innych rzeczy: kulturalnych, duchowych. Nawet przy kupnie książki jest problem. Tak samo, gdy chce się mieć papierową gazetę, więc zostaje tylko internet. Dużo jest w internecie, natomiast nie wszystko można kupić. Są czasami zaskakujące momenty, dzieliłem się takimi sprawami na twitterze, jak na przykład to, że pewnego dnia się okazało, iż na wyspie nie można kupić cebuli, bo transport nie wiadomo, gdzie przepadł.

Trzeba było być przygotowanym, że nagle np. przez tydzień nie będzie mięsa z kurczaka, bo akurat dziś statek nie dopłynął. Barbados właściwie wszystko sprowadza z zewnątrz. Jest krajem, który ma turystykę i niewiele sam produkuje. To były zaskakujące, inne momenty niż te, które mamy w Polsce czy w innych państwach Europy.

https://twitter.com/MichalSAC/status/1210972597598523394

Jak teraz wygląda sytuacja na Barbadosie w związku z pandemią koronawirusa? Na ile zmieniło się codzienne życie mieszkańców tej wyspy?

Dzięki Opatrzności Bożej wyjechałem z Karaibów zanim zaczęła się epidemia w Europie i na Barbadosie. W Polsce wylądowałem 8 marca w niedzielę. Kilka dni później w Polsce wszystko zostało zamknięte. Kiedy wylatywałem, jeszcze nie było żadnego przypadku i koronawirus był znany tylko z mediów. Jednak bardzo szybko tam dotarł, co było do przewidzenia przy tysiącach turystów, którzy przylatują z całego świata na Barbados. W tym momencie rzeczywiście wszystko jest zamknięte, tak samo jak w Polsce: kościoły, sklepy, miejsca pracy. Ludzie mają obowiązek pozostania w domu, ale jest dużo bardziej restrykcyjny niż w Polsce, bo jest kompletny zakaz wychodzenia na zewnątrz. Są tylko wyznaczone momenty, kiedy można wyjść na zakupy i to też nie jest tak, że każdego dnia można wyjść do sklepu. Sytuacja jest bardzo poważna. Na takiej malutkiej wysepce, gdzie zagęszczenie ludzi na kilometr kwadratowy jest dosyć duże, absolutna, mocna izolacja jest jedynym wyjściem.

Monika Bilska/radiomaryja.pl

drukuj