fot. tv trwam news

Siostra A. Demerjian z Syrii: Tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga, tam jest wojna

Jest bardzo ciężko. Tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga, tam jest wojna. My chcemy tylko żyć w pokoju – powiedziała siostra Annie Demerjian, przełożona Sióstr Jezusa i Maryi w Damaszku i Aleppo, w programie „Rozmowy niedokończone” w Telewizji Trwam.

Siostra Annie Demerjian na początku programu opisała życie w Aleppo, gdzie sytuacja jest podobna do tej, jaka panuje w całej Syrii.

– W całej Syrii sytuacja wygląda podobnie. Mamy miejsca, gdzie ustały walki, są one oswobodzone, ale są jeszcze miejsca, gdzie trwa konflikt pomiędzy wojskami rządowymi a rebeliantami. W samym Aleppo również mamy oswobodzone miejsca, są części prawie nietknięte przez wojnę, a inne zupełnie zniszczone. Od 6 lat ludzie żyją z poczuciem strachu, ponieważ nigdy nie ma pewności, kiedy spadną bomby na tereny zamieszkałe przez cywilów. Jeśli mówimy o życiu codziennym, to rodziny konfrontowane są z bardzo dużymi problemami dotyczącymi wody, jedzenia, opieki medycznej. (…) Aleppo było potężnym miastem, nazywanym Paryżem Bliskiego Wschodu, natomiast 200 fabryk zostało zniszczonych, maszyny zostały wywiezione. Skutkuje to tym, że dzisiaj ludzie nie mają pracy. Bezrobocie wynosi 80%, a ci którzy mają pracę,otrzymują tak małe pensje, że nie wystarcza to na utrzymanie całej rodziny – powiedziała przełożona Sióstr Jezusa i Maryi w tym mieście.

Gość „Rozmów niedokończonych” podkreśliła również, że w Syrii potrzebna jest pomoc, która umożliwi mieszkańcom pozostanie w ich kraju.

– To, co jest dla nas najważniejsze, to pozostać w naszej ojczyźnie. My należymy do tego kraju. Waszym zadaniem jest – to samo mówią chrześcijanie w Iraku – pomóc nam pozostać. Wiele rodzin w Aleppo ma możliwość opuszczenia tego miasta, ale nie chce tego uczynić. Naszą misją jest pozostanie tych korzeniach. My widzimy, jak liczba chrześcijan się zmniejsza i jak ważne jest, żeby oni pozostali – mówiła siostra.

Przełożona Sióstr Jezusa i Maryi w Aleppo opowiedziała także, jak wyglądała sytuacja na początku wojny, kiedy było jeszcze gorzej niż obecnie.

– Teraz jest troszkę lepiej. Jak wspomnę te łzy nad wieloma ludźmi, których traciliśmy, czasami na naszych oczach. Na początku, kiedy nie było światła, siostry używały świec i te świece kapały na brewiarze, ale byłyśmy razem, modliłyśmy się i to nam dodawało siłę. Przez te pięć lat były takie sytuacje, kiedy szliśmy ulicą i nagle spadały bomby. Trzeba było się schować, potem dzwoniliśmy do przyjaciół, pytaliśmy, czy się nic nie stało. To była codzienność. (…) Niektóre rodziny całe zginęły, niektórzy byli ciężko ranni, tracili części ciała. To jest prawdziwe nieszczęście, bo dotyka ludzi, a domy można odbudować – powiedziała s. Annie Demerjian.

Siostra dodała, że tam, gdzie nie ma miejsca dla Boga, tam jest wojna, a my chcemy tylko żyć w pokoju.

RIRM

drukuj