fot. wikipedia

E. Witek o działaniach opozycji: Ulica i zagranica to metody walki z rządem

Takie metody w systemie wolnego demokratycznego państwa, jakim jest Polska, są nie do przyjęcia. Polska ma suwerenne i demokratycznie wybrane władze. A to, że opozycja nie jest w stanie się z tym pogodzić, oznacza, że ma problem sama ze sobą – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl minister Elżbieta Witek, szefowa gabinetu premier Beaty Szydło.

wPolityce.pl: Ryszard Petru powiedział na konferencji prasowej w Koszalinie, że PiS jest w stanie zbrojnie przeprowadzić ustawę o Sądzie Najwyższym. Co pani minister o tym sądzi?

E. Witek: To nie zasługuje na komentarz. Uznam to za kolejny lapsus językowy pana Ryszarda Petru. Kompletnie nie rozumiem co pan poseł miał na myśli (śmiech).

wPolityce.pl: Lider Nowoczesnej poinformował w Koszalinie, że napisał list do „przyjaciół na całym świecie” z prośbą o przyjazd do Polski w dniach 18-20 lipca, na ostatnie przed wakacjami posiedzenia Sejmu. Prośbę skierował m.in. do przewodniczącego Komisji Weneckiej – Gianniego Buquicchio, szefa Komisji Europejskiej – Jean-Claude Junckera, jego zastępcy – Fransa Timmermansa, przewodniczącego Parlamentu Europejskiego – Antonio Tajaniego, sekretarza generalnego ONZ – Antonio Guterresa. Jak pani minister to skomentuje?

E. Witek: Groteskowe zachowanie. Ulica i zagranica to metody walki z rządem, o których totalna opozycja mówi od początku. Ale to nie są demokratyczne metody prowadzenia sporu politycznego. PiS przez osiem lat był w opozycji, ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, żeby sięgnąć po takie metody.

wPolityce.pl: Dlaczego opozycja sięga po takie metody walki z rządem?

E. Witek: Wynika to z bezsilności. Takie metody w systemie wolnego demokratycznego państwa, jakim jest Polska są nie do przyjęcia. Polska ma suwerenne i demokratycznie wybrane władze. A to, że opozycja nie jest w stanie się z tym pogodzić, oznacza, że ma problem sama ze sobą. My pogodziliśmy się z tym, że Platforma wygrała wybory w 2007 i w 2011 r. Mówiono nam wówczas, że jak wygramy kolejne wybory i będziemy mieli większość, będziemy mogli zmieniać prawo. Nie zajmujemy się zresztą niczym innym niż realizowaniem obietnic wynikających z naszego programu wyborczego. Jesteśmy konsekwentni i dotrzymujemy słowa. Polacy zorientowali się, że już dawno nie było w Polsce rządu, który dotrzymuje słowa i realizuje obietnice w praktyce. W takiej sytuacji opozycja jest bezsilna.

wPolityce.pl: Oczekiwania związane ze zmianami w sądownictwie są ogromne, bo Polacy spotykali się z wieloma nadużyciami ze strony wymiaru sprawiedliwości.

E. Witek: Do biur poselskich często zgłaszają się wyborcy poszkodowani przez wymiar sprawiedliwości. Ludzie dzielą się z nami swoimi sprawami. Mówią, że są ciągle odsyłani, sprawy są przekładane, na skutek wyroków sądów niszczone są firmy, pracownicy są zwalniani. Podkreślają, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość. Oczywiście nie można generalizować i negatywnie oceniać wszystkich sędziów. Znam wielu znakomitych sędziów, którzy przykładają ogromną wagę do tego, co robią. Znane mi są opinie adwokatów, którzy mówią, że często sędziowie nie znają akt sprawy albo kolejną rozprawę prowadzi inny sędzia, który na nowo zapoznaje się ze sprawą. To wszystko powoduje, że postępowania trwają bardzo długo, często upływają lata zanim nastąpi rozstrzygnięcie w sprawach niezwykle ważnych dla obywateli.

wPolityce.pl: Narzekanie na niesprawność i nieskuteczność sądów jest powszechne.

E. Witek: Posłowie PiS starają się przy swoich biurach prowadzić pomoc prawną dla obywateli, którzy czują się bezsilni i osamotnieni w walce z wymiarem sprawiedliwości. Obserwując wymiar sprawiedliwości można zauważyć, że mamy do czynienia z hermetycznym środowiskiem, jak mama jest sędzią, syn zostaje prokuratorem bądź adwokatem. Nie mam nic przeciwko temu – tradycje rodzinne w zawodzie nie są niczym nagannym. Ale to jednak grupa bardzo zamknięta. Sądy trzeba reformować, bo maja one służyć obywatelom. Dziś takiego poczucia, że w sądzie znajdą sprawiedliwość, nie mają. To pokazują badania. Nie robimy nic innego niż wypełnianie złożonych wyborcom deklaracji.

 

wPolityce.pl/RIRM

drukuj