fot. wikipedia.org

200 lat temu Tadeusz Kościuszko został pochowany na Wawelu

200 lat temu, 23 czerwca 1818 r., Tadeusz Kościuszko został pochowany na Wawelu. Naczelnik zmarł dziewięć miesięcy wcześniej w szwajcarskiej Solurze, gdzie odbył się też jego pierwszy pogrzeb.

Na początku czerwca 1817 r. Tadeusz Kościuszko dostał list od swojego przyjaciela Thomasa Jeffersona. Były prezydent USA zachęcał Naczelnika do przyjazdu do Ameryki, osiedlenia się tam.

Przyjedź do Monticello i bądź członkiem naszej rodziny. Kiedyś wszakże protestowałeś przeciwko temu, twierdząc, że naruszyłoby to twoją niezależność – chociaż to my bylibyśmy zależni od ciebie, zażywając szczęścia twojego towarzystwa. Ale jeśli tak będzie prościej, przyjedź i wybuduj albo wynajmij dom sobie dom, tak blisko, by co dzień z nami wieczerzać. Mamy tu zdrową okolicę i znakomite towarzystwo w sąsiedztwie” – zachęcał prezydent.

Istotnie Kościuszko w Monticello miałby sielskie życie. Thomas Jefferson był wówczas człowiekiem cokolwiek ekscentrycznym, spędzającym czas na badaniach archeologicznych, propagowaniu w USA architektury klasycystycznej, pisaniu książek na rozmaite tematy i prowadzeniu wystawnego życia, które doprowadziło go na skraj bankructwa. To ostatnie akurat nie było dla Kościuszki najlepszą informacją, Jefferson zarządzał mianowicie jego amerykańskim majątkiem: niezbyt wielkim, bo miał tam 250 ha ziemi i wypłacane mu było w ratach zaległe wynagrodzenie za prace inżynieryjne wykonane dla wojska, pozwalało mu ono jednak zachować sporą niezależność od kogokolwiek. Pomijając, że miał już wówczas siedemdziesiąt jeden lat i jego – ascetyczne nawet w młodości – potrzeby, teraz zanikły niemal zupełnie. Jak pisał historyk Bartłomiej Szyndler, w ostatnich latach życia Naczelnik chodził w „starym, pocerowanym surducie, a do jego klapy wkładał niekiedy dla ozdoby kwiatek”.

Mieszkał wówczas w szwajcarskiej Solurze i nie zamierzał już się z niej ruszać, a już na pewno nie do Ameryki. Jeffersonowi odmówił ciekawym zdaniem. Stwierdził: „Jestem ostatnim Polakiem w Europie, wszystkich innych okoliczności uczyniły poddanymi różnych mocarstw”. Napisane było to w tonie żartobliwym, ale tak naprawdę nieźle oddawało i charakter Kościuszki, i jego ówczesną pozycję w Europie.

Nie był może jedynym, lecz istotnie jednym z nielicznych wówczas Polaków całkowicie niezależnych. Pozycja, jaką wypracował i wywalczył w poprzednich latach, na dwóch kontynentach, sprawiała, że był wówczas człowiekiem powszechnie znanym, jedną z największych „gwiazd” tamtych czasów, z którym znajomość chciały zawierać wszystkie koronowane głowy Europy, o co on nie zabiegał zupełnie. A to, że zawsze swoją polskość podkreślał, czyniło go jedynym liczącym się wówczas ambasadorem sprawy polskiej na europejskich salonach i dworach. Był przy okazji skromny. W Solurze zadowalał się całkowicie mieszkaniem w wynajętym pokoju w domu Franciszka Ksawerego Zeltnera, a także miejscowym towarzystwem, z którym regularnie grywał w szachy i wista. Jego najbliższymi wówczas kompanami byli: lekarz Schurer, ks. Smitch, kupiec Bettin oraz emerytowany oficer, płk Grimm.

Ale to, że nie zamierzał się ruszać ze Szwajcarii, nie oznacza, iż siedział na miejscu. Przeciwnie. Jak na siedemdziesięciolatka był człowiekiem bardzo zdrowym i aktywnym. Wiadomo, że bywał w Genewie, zjeździł też konno kantony szwajcarskie. O jego zdrowiu nieźle świadczy to, że podczas jednej z takich wycieczek spadł z konia i mocno się poturbował. Wystarczyło jednak wówczas kilka dni, by całkowicie doszedł do siebie. Zeltner, który czasem towarzyszył mu w podróżach, częściej jednak nie, powiedział potem, że „niewiele miał sposobności, by obcować ze swym znakomitym gościem”. Jak zauważał Feliks Koneczny, Kościuszko „dwa ostatnie lata życia spędził w podróży”.

W samotności zamknął oczy Naczelnik w Solurze dnia 15 października 1817 r. Przytomny był do końca, mówiąc o Polsce. Niestety nie było przy nim żadnego rodaka w ostatnich dniach życia. Zgasł wśród Zeltnerów, których rodzina zapewniła mu przynajmniej ład i spokój powszedniego życia przez lat blisko siedemnaście, co niewątpliwie stanowi tytuł do wdzięcznego o niej wspomnienia” – tak widział śmierć Kościuszki Feliks Koneczny i w zasadzie się nie mylił, choć można dyskutować, czy rzeczywiście było to umieranie samotne, skoro był w otoczeniu najbliższych przyjaciół ostatnich lat życia.

Można za to stwierdzić, że Kościuszko zmarł nagle. Jeszcze wczesną jesienią był w Genewie, gdzie odwiedził synów ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego, Konstantego i Andrzeja. Nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w jego zdrowiu wówczas szwankowało. Zaczęło, dopiero gdy 1 października wrócił do Solury. Od dłuższego czasu miał problemy z bezsennością, potem doszły do tego ostre bóle głowy, które sam opisał jako „oślepiające”, i nagła utrata sił. Jego stan pogarszał się gwałtownie. Wkrótce do wcześniejszych objawów dołączyła wysoka gorączka, powodująca drżenie. Leczył go Schurer, ale podawane przez niego środki przynosiły tylko chwilową ulgę. Przez dziesięć dni sytuacja nie ulegała zmianie, ale też jego stan nie pogarszał się. Nie tracił także przytomności. 10 października podyktował testament, w którym lwią część majątku przeznaczył dla córki Zeltnerów, swojej chrześnicy Emilii (jej przeznaczył również swoje serce) i gen. Franciszkowi Paszkowskiemu. Po złożeniu podpisu przeżył jeszcze pięć dni. 15 października około godz. 22.00 obudził się na chwilę i – jak przekonywał obecny przy tym płk Grimm – usiłował z nimi rozmawiać, choć było to już ciche i dość nieskładne. Podobno po prostu podał ręce obojgu Zeltnerom, uniósł się i po chwili opadł z powrotem na poduszkę. Już martwy. Przeprowadzona wkrótce sekcja wykazała wewnętrzny wylew. Zwłoki zabalsamowano, ubrano w czarną suknię i cztery dni później odbył się pogrzeb.

Mimo że chowano Naczelnika w niewielkiej przecież Solurze, pogrzeb odbył się z pompą. We wszystkich kościołach biły dzwony, wstrzymano ruch kołowy. Zgodnie z wolą zmarłego jego trumnę nieśli ubodzy, a odprowadzały ją sieroty, dla których również wyznaczył stosowną kwotę w testamencie. Dalej szli mieszkańcy Solury i okolicznych wiosek. Trumnę wniesiono do kościoła Najświętszej Marii Panny Niepokalanego Poczęcia. Po odprawieniu egzekwii ciało Kościuszki przełożono do cynowej trumny, którą umieszczono w większej, dębowej, a następnie spuszczono do piwnicy pod głównym ołtarzem.

Informacje o reakcjach Polaków na śmierć Naczelnika znamy dzięki Joachimowi Lelewelowi. Historyk, ale jednocześnie świadek wydarzeń pisał: „Wszędzie w Polsce, w Warszawie, w Poznaniu, w Krakowie, w Wilnie, w Królestwie i w guberniach polskich, wszystkie wyznania odprawiły żałobne nabożeństwo. Chrześcijanie wszelkiego obrządku, katolicy, luteranie, kalwiniści. Księża bernardyni w Wilnie stroili katafalk w kościele ewangelickim na ten obrządek. Również odprawiali żałobne nabożeństwo wyznawcy mojżeszowi, czyli Żydzi, i mahometanie”. Istotnie mułła Daniel Szabłowski mówi wówczas w meczecie na Łukiszkach: „Bracia muzułmanie, nieodrodni synowie tej ojczyzny, na której mieszkacie! Nie trzeba wam wyliczać nieskazitelnych cnót, męstwa i zasług wielkiego męża Tadeusza Kościuszki, bo będąc pod komendą jego, patrzyliście na to, z nim razem walczyliście za ojczyznę. A kiedy podobało się Bogu zawołać go do wieczności, znajdzie tam towarzyszów swoich i podkomendnych. My na tym świecie na moment pozostali, módlmy się za duszę jego i wszystkich tych, którzy w obronie ojczyzny na placu boju polegli”.

Ale nie tylko Polacy zareagowali na śmierć Kościuszki. Późniejszy prezydent USA William Henry Harrison mówił wówczas w Kongresie: „Kościuszko, męczennik wolności, już nie żyje”.

 

PAP/RIRM

drukuj