fot. Tomasz Strąg

[NASZ WYWIAD] prof. W. Osadczy: Jestem promotorem kilku prac doktoranckich na KUL, natomiast pani Kozłowska nie zakończyła studiów na tej uczelni

Zupełnie nie jest prawdą, że byłem promotorem pani Kozłowskiej. (…) Jestem promotorem kilku prac doktorskich na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, natomiast, jak wspomniałem, pani Kozłowska nie zakończyła studiów na KUL, ponieważ jej próby na socjologii nie powiodły się – powiedział w rozmowie z portalem Radia Maryja prof. Włodzimierz Osadczy, historyk,  dyrektor Ośrodka Badań Wschodnioeuropejskich Centrum Ucrainicum KUL.

***

– Panie Profesorze, portal wPolityce.pl napisał, że był Pan promotorem Ludmiły Kozłowskiej. Niedługo później portal niezalezna.pl podał informację, że współpracował Pan z Kozłowską w Fundacji „Dialog na Rzecz Rozwoju” z Lublina. Jak odniósłby się Pan Profesor do wyżej wymienionych zarzutów?

Gdy chodzi o tę karygodną sytuację, w tej chwili mamy do czynienia ze szczuciem osoby, wystawianiem pod pręgierz bez stawiania jakichkolwiek zarzutów. Zarówno to pierwsze, jak i to drugie, nie jest jakimś wykroczeniem. Natomiast jest to informacja nieprawdziwa. Od pewnego czasu, już od kilku tygodni jestem obiektem szczucia i oszczerstw ze środowisk związanych z organami prasowymi Prawa i Sprawiedliwości. Poprzedzały te zdarzenia przykre sytuacje – powiedziałbym nawet kryminalne – kiedy włamano się na mój prywatny profil na Facebooku, wyciągnięto jakieś prywatne zdjęcie, oszczerczo opisano (oczywiście nieprawdziwie), sugerując, iż byłem w armii sowieckiej w Afganistanie, co jest absolutną bzdurą i pomówieniem, chociaż też współczuję tym ludziom, którzy się tam znaleźli, bo był to raczej wyrok, a nie jakieś dobry wybór.

Natomiast w tej chwili kampania szczucia i oszczerstw nabiera nowego wymiaru. Sprawa jest zupełnie jasna i oczywista, opisana jeszcze rok temu na portalu Kresy.pl. Kiedy ujawniła się prawda związana z Fundacją Otwarty Dialog, dałem obszerny wywiad, który jest w tej chwili do przeczytania, do obejrzenia i który został przypomniany w ostatnich dniach.

Prawa jest taka, że w latach 2006-2009 pełniłem funkcję kanclerza Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów, stąd też moje zaangażowanie w sprawy związane z polityką ukraińską, stąd też moje wypowiedzi, których dość często na falach Radia Maryja udzielam, z racji na to, że w tej chwili funkcjonuję na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w Centrum Ucrainicum, które jest pewną kontynuacją tego pomysłu na uniwersytet polsko-ukraiński. Zostałem, jak wspomniałem, wybrany kanclerzem w 2006 roku. Był to czas przełomowy, kiedy bardzo mocno pojawiła się teza o powołaniu uniwersytetu polsko-ukraińskiego. Było to w czasach pierwszych rządów PiS-u, kiedy tematy polityki wschodniej niezwykle mocno funkcjonowały, zwłaszcza po wydarzeniach Pomarańczowej Rewolucji. W 2005 roku były wybory, PiS zwyciężył i w 2006 roku byłem kanclerzem. Pojawia się pomysł na uniwersytet polsko-ukraiński, żeby przekształcić kolegium w uniwersytet. Razem z tym nie było też jakichś znanych prawnych rozwiązań, żeby taki byt powołać. Odbywały się liczne spotkania, liczne konsultacje itd. Z jednej strony miał być to byt zakorzeniony w prawie polskim, a z drugiej strony – w prawie międzynarodowym.

Tak szczęśliwie się złożyło, że wśród naszych doktorantów – bo kolegium prowadziło kształcenie na szczeblu doktoranckim – znalazł się pochodzący z Lwowa Iwan Szerstiuk, bodajże doktorant drugiego roku, który powiedział mi, że ma bardzo dobre relacje z panem Adamem Lipińskim z Kancelarii Premiera RP, że bardzo dobrze go zna z racji tego, że wspólnie byli na Majdanie w Kijowie jeszcze w 2004 roku oraz że pan Lipiński darzy go zaufaniem, więc można odbyć takie spotkanie i porozmawiać na temat przyszłości kolegium polsko-ukraińskiego. Rzeczywiście, bez większych wysiłków takie spotkanie się odbyło i nawet takie spotkania odbywały się dość często. Trzeba powiedzieć, że pan Lipiński wykazał się bardzo dobra wolą, życzliwością, ale też proponował różnego rodzaju rozwiązania, jeżeli chodzi o tworzenie uniwersytetu polsko-ukraińskiego. Przy wsparciu m.in. pana Lipińskiego została powołana fundacja „Dialog na Rzecz Rozwoju”, której założycielem był Iwan Szerstiuk. Z tego, co wiedziałem, co mówił mi Szerstiuk, głównym jej zadaniem było prowadzenie działalności na rzecz demokracji w krajach postsowieckich. Wiem, że on sam z polecenia pana Lipińskiego odbył szereg wylotów do krajów, na których zależało polskiej polityce: do Gruzji, do Kazachstanu. Gruzja i Kazachstan to były priorytety.

Rozmawiając o kolegium polsko-ukraińskim dostałem propozycję, żeby jako kanclerz, czyli jako osoba funkcyjna, dołączyć do tej grupy, która jest reprezentowana przez pana Lipińskiego, i móc współuczestniczyć w tworzeniu programu na rzecz kolegium polsko-ukraińskiego, przede wszystkim na rzecz działalności kulturowo-edukacyjnej. Jako kanclerz kolegium, w porozumieniu z wyższymi władzami (nade mną był przewodniczący konwentu kolegium) przystąpiłem do tego gremium, będąc tam raptem przez trzy lata, do końca swojego kanclerzowania. Dzięki takim kontaktom udało się zorganizować szereg konferencji, (…) jak uczczenie 75. rocznicy wielkiego głodu na Ukrainie, uczczenie 300. rocznicy śmierci hetmana Iwana Mazepy, uczczenie 300. rocznicy pierwszej konstytucji na Ukrainie.

Gdy chodzi o mój udział w jakieś rzeczywistej współpracy w tym środowiskiem – to się kończy, gdy skończyłem swoją kadencję. Zresztą była to zupełnie formalna rzeczywistość. Chodziło o to, żeby umocować w sensie politycznym, również w kontekście planów politycznych rządu PiS, ten byt, który miał powstać w Lublinie. Niestety, wydarzenia potoczyły się inaczej – zmiana rządu w Polsce, zmiana rządu na Ukrainie doprowadziły do tego, że ta idea legła w gruzach i nic z tego nie wyszło.

– W jakich okolicznościach pojawiła się postać Ludmiły Kozłowskiej?

Pani Kozłowska pojawi się w pewnym momencie – prawdopodobnie był to rok 2008 – w środowisku Iwana Szerstiuka. Była przedstawiona przed władzami kolegium jako osoba, która czynnie angażuje się w zwalczanie rosyjskich wpływów na Ukrainie, która uczestniczyła w bojkocie floty czarnomorskiej na Ukrainie. Złożyła dokumenty jako osoba aspirująca na studia i została zakwalifikowana przez komisję kwalifikacyjną na studia. Podjęła się, o ile pamiętam, studiów w zakresie socjologii. Doktorat robiła najpierw na kierunku socjologia na KUL, potem zaczęła szukać jakichś innych rozwiązań. (…) Wiem, że przeniosła się później na UMCS (Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie – red.) i zachciała robić doktorat z historii. Kilka razy konsultowała się u mnie, proponowała różne tematy – wszystkie były chybione

Po pewnym czasie zauważyłem, że pani Kozłowska mataczy, że pani Kozłowska bardziej bawi się w politykę, nie wywiązuje się z obowiązków doktoranta Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów. Poczyniłem jej uwagę jako kanclerz nadzorujący pracę kolegium i wystąpiłem do władz kolegium z wnioskiem o skreślenie, wyrzucenie jej z kolegium. Na mój wniosek została ona wyrzucona jako osoba niewiarygodna, jako osoba niewiarygodna, jako osoba matacząca, jako – użyję określenia dosadnego – szachrajka, która oszukiwała mnie i wyłudzała stypendium.

Zupełnie nie jest prawdą, że byłem promotorem pani Kozłowskiej. (…) Jestem promotorem kilku prac doktorskich na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, natomiast, jak wspomniałem, pani Kozłowska nie zakończyła studiów na KUL, ponieważ jej próby na socjologii nie powiodły się. Również nie prowadziłem seminarium, w którym by uczestniczyła pani Kozłowska. Niestety, tak się składa, że nie każdy profesor może mieć takie wyróżnienie, żeby prowadzić seminarium doktoranckie. W swojej praktyce naukowej, dydaktycznej, niestety nie miałem doświadczeń prowadzenia seminariów doktoranckich – najwyżej seminaria magisterskie na kierunku Nauki o Rodzinie.

Jest rzeczywistość, która była w latach 2006-2009, świeżo po Majdanie, po Pomarańczowej Rewolucji, kiedy wszyscy byliśmy pełni nadziei i oczekiwań na zmiany strukturalne na Ukrainie. May bardzo entuzjastyczne podejście rządu RP. Wiemy, jak mocno angażował się śp. Pan prezydent Kaczyński w sprawy polityki ukraińskiej. Pan Szerstiuk mówił mi, że pan Lipiński to bardzo ważna osoba w państwie, jeśli chodzi o formowanie polityki i pan Lipiński uwiarygadnia działalność, która była prowadzona.

Tak na marginesie – do pani Kozłowskiej straciłem zaufanie całkowicie. Była to osoba zupełnie niewiarygodna w moich oczach i po roku 2009, po wyrzuceniu jej z kolegium, nie miałem z nią żadnych kontaktów. Czułem się tez urażony jako osoba, która jej zaufała. Potem z wielkim zaniepokojeniem i wstrętem obserwowałem to, co się działo po 2014 roku, po przewrocie na Ukrainie, kiedy fundacja pani Kozłowskiej wprowadzała do Polski bojówkarzy nacjonalistycznych, kiedy uwiarygadniała ideologię banderyzmu w Polsce itd. Wtedy utrwaliłem się w przekonaniu, że była to osoba niewłaściwa i niedobra. Po tej aferze, która wybuchła, po słynnych deklaracjach pana Kramka, jednak ucieszyłem się, że nie skrzywdziłem tej osoby, że te moje pierwsze, emocjonalne odruchy, skierowane na zdecydowane pożegnanie się z panią Kozłowską, okazały się jednak uzasadnione.

– Warto również odnieść się do słynnego zdjęcia, która pojawiło się w mediach społecznościowych i do kwestii służby Pana Profesora w armii radzieckiej. Przemilcza się przecież fakt, że ta służba była obowiązkowa.

Ta sytuacja została zmanipulowana w sposób bezczelny, w sposób godny najgorszej goebbelsowskiej propagandy. Zakładam, że są to siły, które już dawno czyhają na to, żeby ukrócić mi język za tę prawdę, którą głoszę, która zresztą w tej chwili się ujawnia w postaci dramatycznej sytuacji na Ukrainie, co będzie się przekładało na relacje polsko-ukraińskie. Dokonano włamania na mój prywatny profil i znaleziono zdjęcie z czasów służby w armii radzieckiej, który przysłał mi kolega utrwalony na tym zdjęciu. To są trzy osoby, trzech żołnierzy pochodzenia polskiego, katolicy. Trzymaliśmy się ze sobą i ten kolega, który mi przysłał to zdjęcie (nie będę tutaj wymieniał jego imienia i nazwiska), jest organistą w kościele parafialnym św. Stanisława w Krzemieńcu na Wołyniu. Z tą drugą osobą nie podtrzymuję już kontaktów. Tego pierwszego pana dobrze znam, wróciliśmy z poboru, każdy do swojego środowiska – ja z Łucka, on z Krzemieńca. On zaczął rozwijać towarzystwo kultury polskiej w Krzemieńcu i tak, jak wspomniałem, jest organistą w kościele. Ja natomiast też z parafią się utożsamiałem i przystąpiłem do Stowarzyszenia Kultury Polskiej im. Tadeusza Kościuszki na Wołyniu i byłem ze środowiskiem kościelnym związany.

Odnosząc się jeszcze do kwestii manipulacji – szczerze mówiąc nie jestem przyzwyczajony do czegoś takiego. Wydaje mi się, że wobec takiej nagonki czasy stalinowskie są małym piwem. To jest dobrze rozegrany scenariusz, dobrze rozegrana nagonka, która jest realizowana – o zgrozo – przez środowiska prawicowe. Wiedziałem, że „Gazeta Polska” jest to bardzo niewiarygodne źródło, które dla mnie jest porównywane z „Gazetą Wyborczą” itd., natomiast nie sądziłem, że jakieś motywacje mogą skłonić inne pisma, które nawet czasami brało się do rąk, do tego rodzaju manipulacji.

Zostało zmanipulowane przez „Gazetę Polską” chociażby to, że na portalu Kresy.pl powiedziałem, iż przyjemnie wspominam sobie to towarzystwo Polaków, katolików, które było, które tam się ratowało w tej, że tak powiem, brance sowieckiej. Ta wypowiedź została zmanipulowana i od razu pan redaktor Sakiewicz przedstawił to, że rzekomo cieszyłem się z poboru do armii radzieckiej i przyjemnie to wspominam. Otóż Panie redaktorze Sakiewicz, nie życzę Panu ani też Pańskim bliskim takiej sytuacji, kiedy po pierwszym roku studiów wyrywa się z normalnego życia, wciąga się do armii, która jest narzędziem łamania psychicznego, ideologicznego itd., ale widać, że te mechanizmy pan Sakiewicz opanował z jeszcze większą umiejętnością niż ruscy generałowie.

To była przymusowa, obowiązkowa służba, tak, jak wspominałem, po pierwszym roku studiów, co oczywiście miało też bardzo negatywny wpływ na sam tryb studiów, bo wraca się po dwóch latach. Na przykład uczyliśmy się języka łacińskiego przez jeden semestr, potem przerwa na dwa lata, bo to była dwuletnia służba w armii, no i potem wracamy do tej łaciny, której się zupełnie zapomniało itd. Także są to pewne braki w wiedzy i te braki nastąpiły z tego powodu.

Niepodporządkowanie się obowiązkowi służby w armii radzieckiej było karane więzieniem, piętnowaniem, bezwzględnym wyrzuceniem ze studiów, bezwzględną banicją, więc to była sytuacja nie do pomyślenia, żeby uniknąć tego losu. Stąd też z jednej strony byłem ofiarą. W tej chwili jakoś się trzymam, aczkolwiek stosowane są chwyty poniżej wszelkich standardów. Prawo i Sprawiedliwość bardzo mocno straciło, więc zakładam, że nie jest to jakaś decyzja strategiczna wychodząca od władz partii, a jest to jakaś manipulacja pewnych mediów, które weszły ze sobą w porozumienie.

W tej chwili czekam na odcięcie się od tych podłych praktyk. Oczywiście ponieważ były upowszechnione kłamliwe informacje, błędne, celowo godzące w moje dobre imię, w tej chwili mecenas przygotowuje szereg pozwów w trybie wyborczym, żeby tę sprawę przymknąć i żeby w Polsce tego rodzaju praktyki nie były nigdy więcej stosowane.

– Panie Profesorze, czy atak na Pańską osobę może być konsekwencją konferencji polityków Konfederacji, podczas której oskarżali oni Prawo i Sprawiedliwość o wspieranie fundacji Otwarty Dialog?

I tak i nie. Z jednej strony znalazłem się na celowniku mediów Prawa i Sprawiedliwości sporo wcześniej. Były różnorakie sugestie, wychodzące z różnych mediów elektronicznych, podważających chociażby moje polskie pochodzenie. Była ta sytuacja poniżej wszelkiego standardu, manipulacja ze zdjęciem z armii, więc było to jeszcze przed tą konferencją. Zakładam, że prawdopodobnie tak się składa, iż w tej chwili, jeśli chodzi o listę Konfederacji, jestem jednym spośród niewielu, którzy mają jakąś rozpoznawalność medialną i polityczną, mają status naukowy, stąd też zakładam, że niektórzy bardzo się mnie boją i próbują w ten sposób mnie zniszczyć.

Natomiast te fakty, które są oczywiste – co pani Gosiewska mogła robić bez przerwy nawiedzając Fundację Otwarty Dialog, będąc w towarzystwie banderowców, gdzie nawet Stany Zjednoczone potępiły tę formację. Cieszę się, że pani Fotyga mogła też się wypowiedzieć i złożyć pewne oświadczenie, przyznając się do błędu. Takiej możliwości ja nie miałem, aczkolwiek żadnych błędów nie popełniłem, bo byłem pierwszym, który się poznał na pani Kozłowskiej i który pokazał na drzwi i powiedział „won”. Byłem pierwszy. Także to jest ewidentna manipulacja, która chyba przede wszystkim związana jest z moją osobą.

Na marginesie powiem też, że ta nagonka jest bardzo przykra dla mnie, mojej rodziny. 25 kwietnia obchodziłem pięćdziesiąte urodziny, miałem zaszczyt gościć u ks. bp. Buczka, który w mojej intencji odprawił Mszę Świętą i patrzył z wielkim zniesmaczeniem i oburzeniem na to, co się dzieje. Odprawiając Mszę Świętą w mojej intencji wskazał na postać Pana Jezusa Zmartwychwstałego i powiedział mi „mówisz prawdę, więc cię prześladują, ale patrz na Niego. On powiedział >>Jam świat zwyciężył” i niczym się nie przejmuj<<”, więc to słowo hierarchy mnie krzepi, podtrzymuje.

Również bardzo dziękuję za możliwość rozmowy, wyjaśnień, bo poczułem się osamotniony i myślałem, że niestety pewne znajomości zdominowały uczciwość i solidarność chrześcijańską.

RIRM

drukuj