Układ rządzi światem finansów

Standard demokratyczny jest prosty: partia, która uzyskała mandat do rządzenia
krajem, obejmuje rząd i rządzi. Wyborca rozlicza ją z realizacji zapowiedzi
wyborczych, a jeśli to nie następuje, zmienia swoje preferencje. W Polsce jednak
rzecz wygląda zgoła inaczej. Prawdziwa władza spoczywa nie w rękach demokratycznie
wybranych przedstawicieli, lecz w rękach dziwacznej hybrydy, którą Jarosław
Kaczyński w słynnym przemówieniu określił mianem "układu". To układ decyduje,
czy premier, minister, wiceminister zostanie zaakceptowany jako swój i będzie
mógł skutecznie podejmować decyzje. Jeśli identyfikacja da wynik negatywny
– układ wypluje go jako ciało obce.

Nie warto spierać się, czy jest jeden tzw. układ okrągłostołowy, czy też wiele
mniejszych. Fakt jest faktem – bez dopuszczenia do kręgu wtajemniczonych
o rządzeniu nie ma mowy.
Wierną ilustracją tych mechanizmów są stosunki panujące w sferze finansów państwa,
tj. w Ministerstwie Finansów i Narodowym Banku Polskim. Dwa budynki w Warszawie,
po dwóch stronach Świętokrzyskiej.
Oto po wyborach do ministerstwa wkracza nowa pani minister Teresa Lubińska.
Profesor nauk ekonomicznych, jeden z najlepszych w kraju fachowców w dziedzinie
finansów publicznych, osoba kompetentna i niezależna, wykładowca akademicki,
dziekan wydziału na Uniwersytecie Szczecińskim.
Układ ze Świętokrzyskiej reaguje na nią z pewnym opóźnieniem, bo w pierwszej
chwili nie potrafi rozpoznać: "swój" czy "obcy"? Dzieje się tak za sprawą pełnionej
przez nią w przeszłości funkcji doradcy Leszka Balcerowicza, a potem SLD-owskiego
ministra Mirosława Gronickiego oraz epizodu z byłą Unią Wolności (startowała
z listy UW w wyborach samorządowych). Opinię o pani minister przesądzają dopiero
nazwiska jej współpracowników, takich jak: Cezary Mech, Mariusz Andrzejewski,
Marian Moszoro, Alberto Lozano Platonoff. Wszystko jasne: inwazja obcych.

Zachować wpływ
na fuzje

Pierwsze posunięcia nowej minister finansów napotykają sprzeciw Świętokrzyskiej.
Oto Polska – jako jedyna – nie wyraża zgody na forum Rady UE na przyjęcie konkluzji
prezydencji brytyjskiej w sprawie zmiany dyrektywy bankowej w zakresie konsolidacji
transgranicznych. Mówiąc prościej – nie godzimy się, aby o fuzjach (połączeniach)
w polskim sektorze bankowym decydowano za granicą. Chcemy mieć wpływ na to,
ile banków będzie świadczyło usługi w Polsce, gdzie będą miały centralę i jaki
kapitał będzie w nie zaangażowany. To prosta konsekwencja programu wyborczego
PiS i hasła wzmocnienia państwa. Jednak z punktu widzenia układu – to skandal.
W gabinetach decydentów zapalają się czerwone światełka. Urzędnicy Ministerstwa
Finansów, zwłaszcza ci, którzy przyszli 16 lat temu z Balcerowiczem, patrzą
na ręce nowej szefowej, śledzą jej poczynania z dezaprobatą, poszeptują po
kątach i donoszą, komu trzeba. Do ataku ruszają zaprzyjaźnione z układem media,
wykorzystując niezręczności pojawiające się w publicznych wypowiedziach Lubińskiej.
Tytuły prasowe z listopada i grudnia krzyczą: "Polska samotnie blokuje…".
Na rządowych negocjatorów z kraju i z zagranicy wywierany jest nacisk. Aranżowane
są spotkania z ambasadorami, interwencje, do Ministerstwa Finansów napływają
listy z NBP, z Europejskiego Banku Centralnego, z Komisji Europejskiej. Zabierają
głos "niezależni" ekonomiści. W sukurs ruszają komentatorzy zagraniczni znający
stosunki polskie wyłącznie z lektury "Gazety Wyborczej".

Można być skutecznym
Cały ten rejwach budzi zdumienie, jeśli zważyć, że kierownictwo ministerstwa
robi tylko to, co każdy suwerenny rząd: broni interesów Polski. I to broni
skutecznie! W efekcie Rada UE nie przyjmuje konkluzji prezydencji brytyjskiej.
To zaś oznacza, że nie są obligatoryjne dla członków UE. Kolejna prezydencja
– austriacka – zmienia sporne zapisy projektu, wprowadzając doń sformułowanie
o konieczności zachowania "odpowiedniego balansu" między zakresem nadzoru
ze strony kraju goszczącego i kraju macierzystego banku, który przeprowadza
fuzję transgraniczną.
Gdybyśmy bez protestów pozwolili zmienić dyrektywę bankową – spór o fuzję Pekao
SA z BPH, a zwłaszcza o zgodę na wykonywanie przez UniCredito prawa głosu z
akcji BPH, nigdy by nie zaistniał, ponieważ sprawę rozstrzygałby włoski nadzór
bankowy. Polskie władze mogłyby tylko się przyglądać, jak włoski moloch przejmuje
dominację nad polskim sektorem bankowym.
Dlaczego przewodniczący Komisji Nadzoru Bankowego prezes Leszek Balcerowicz
nie poparł polskich negocjatorów, gdy walczyli o przyznanie polskim organom
nadzoru wpływu na transgraniczne procesy konsolidacyjne? To pytanie pozostaje
otwarte. Może sprawę wyjaśni bankowa komisja śledcza. Skądinąd wiadomo, że
w tym czasie Główny Inspektorat Nadzoru Bankowego po cichu negocjował własne
warunki z UniCredito. Ich efektem jest m.in. zagwarantowanie polskim menedżerom
pewnej liczby stanowisk w nowym, powiększonym banku i pozostawienie na dotychczasowym
stanowisku związanego z Platformą prezesa Pekao SA Jana Krzysztofa Bieleckiego.
Układ potrafi twardo stawać, gdy chodzi o jego własne sprawy, wystarczy porównać
niemrawe negocjacje akcesyjne z późniejszą zażartą walką o stołki w Brukseli.
Prace w UE nad przepisami o nadzorze trwają, tyle że z polskiej strony jest
mniej determinacji. Minister Lubińska została odwołana, bezpośredni negocjator
– wiceminister Mech – również. Świętokrzyska odrzuciła obcych…

Układ? Co to takiego?
– To rozległa struktura powiązań nomenklatury i służb. To oni patronowali prywatyzacji
polskich banków. Prywatyzowali tak, aby wszędzie mieć swoich ludzi – twierdzą
nasi rozmówcy. Mackami układ obejmuje nie tylko obie strony Świętokrzyskiej,
ale także zarządy banków, kierownictwa różnych fundacji i towarzystw, wpływowe
gremia polityczne, media, organizacje międzynarodowe, firmy reklamowe i PR-owskie.
Posiada rozległe kontakty za granicą, które bez skrupułów wykorzystuje w
rozgrywkach wewnętrznych. Ktoś radzi, aby przyjrzeć się karierom kilku ludzi
z Polskiego Banku Rozwoju, przejętego i zlikwidowanego przez BRE Bank. Informacje
trudno zweryfikować. Nieco światła na powiązania mogłaby rzucić komisja ds.
prywatyzacji banków. Jednak w sytuacji, gdy układ trzyma obie strony Świętokrzyskiej
– niełatwo będzie jej uzyskać odpowiednie dokumenty, przeniknąć zależności.
– Skompromitują komisję. Skierują na fałszywy trop, a potem będą wyszydzać
w mediach jej niekompetencję – ostrzega jeden z posłów PiS.
Tylko ktoś naiwny może sądzić, że legalnie wybrane władze mają do tych gremiów
prawo wstępu. Nic podobnego. Na korytarzach NBP jeszcze dziś można usłyszeć
historyjkę o tym, jak to nowo mianowani przez Teresę Lubińską przedstawiciele
ministra finansów w Komisji Nadzoru Bankowego zabiegali o wpuszczenie na obrady
KNB. Potraktowani zostali jak intruzi.
– Najpierw ukuto tezę, że nie mają dostępu do informacji niejawnych, więc nie
mogą zasiadać w Komisji. Kiedy okazało się, że posiadają certyfikat, prezes
Balcerowicz kazał sekretarce zatrzymać ich pod drzwiami. Po prostu chciał pokazać,
kto tu rządzi. Gdyby sami nie wtargnęli na salę, czekaliby tam do dzisiaj –
opowiada urzędniczka NBP (notabene Balcerowicz nie dał za wygraną i skorzystał
z najbliższej okazji, aby usunąć wiceministra Mecha z KNB). Po drugiej stronie
Świętokrzyskiej szybko rozeszła się wiadomość, że przedstawiciele minister
Lubińskiej zostali lodowato przyjęci przez Balcerowicza. Nikt się temu zresztą
nie dziwił – powszechnie wiadomo, że prezes NBP jest człowiekiem chimerycznym.
– Jak mu się ktoś nie spodoba, potrafi nie podać ręki – twierdzi wysoki urzędnik
MF. W czasie spotkań nieraz nagle, bez słowa komentarza, zarządza przerwę i
znika w swoim gabinecie, nikogo nie zapraszając. Źle znosi napięcie. Kiedyś,
gdy był ministrem finansów w rządzie AWS, tak skandalicznie zachował się wobec
dziennikarki, która zadała trudne pytanie, że jego asystenci uznali za konieczne
za jego plecami przeprosić ją. O szczególnej pozycji Balcerowicza w trójkącie
władza – finanse – media można było się przekonać podczas telewizyjnego wywiadu
Tomasza Lisa z prezesem NBP. Dziennikarz słuchał z miną wystraszonego uczniaka,
nie odważywszy się ani razu przerwać monologu głoszonego mentorskim tonem.

Układ
nadzoruje się sam

Kolejne starcie między NBP a byłym już kierownictwem Ministerstwa Finansów
dotyczyło centralizacji nadzoru finansowego.
– Jedyną obroną państwa w sytuacji, gdy gospodarkę zdominowały zagraniczne
podmioty finansowe, jest nadzór nad nimi – twierdzi niezależny ekspert rynku
kapitałowego, prosząc o niepodawanie nazwiska.
Sprawa wydaje się oczywista. Każdy, kto obraca się w świecie finansów, dostrzega
przemożny wpływ, jaki wywierają instytucje finansowe na życie gospodarcze i
polityczne kraju oraz na uzależnione od reklam media. Wiadomość o tym, iż "ktoś
obcy" może zostać szefem nadzoru finansowego, zelektryzowała środowisko. Tutaj
dobrze się pamięta, jak prezes Mech, piastując stanowisko szefa Urzędu Nadzoru
nad Funduszami Emerytalnymi za czasów AWS – UW, wyćwiczył instytucje finansowe
zarządzające Otwartymi Funduszami Emerytalnymi – chodziły jak lwy pod pejczem
tresera. O fuzjach, monopolizacji rynku, nieuczciwych zarobkach czy wyprowadzaniu
pieniędzy za granicę nie było mowy.
Dla państwa niezależny człowiek na najwyższych funkcjach to skarb, dla rynków
kapitałowych – czarny sen. SLD po dojściu do władzy pozbył się nie tylko Cezarego
Mecha, ale i całego UNFE, likwidując ten urząd.
Dlaczego jednak konsolidacja nadzoru finansowego (tj. połączenia w jednej instytucji
nadzoru nad bankami, instytucjami ubezpieczeniowymi i rynkiem kapitałowym)
wywołała taką niechęć w Brukseli i w Europejskim Banku Centralnym?
– W wielu krajach rozwiniętych: w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Japonii, Szwajcarii,
a także w sąsiednich Czechach i na Słowacji, nadzór finansowy jest scentralizowany
– wyjaśnia jeden z ekspertów. – Jest to naturalny trend związany z tym, że
usługi bankowe i ubezpieczeniowe przenikają się z rynkiem kapitałowym.
Jest jednak pewien niuans wynikający z dążenia Komisji Europejskiej do jak
najszybszego rozszerzenia strefy wspólnej waluty. Otóż, jeśli do tego dojdzie,
banki centralne poszczególnych państw staną się "bezrobotne". Stąd narodził
się w Europejskim Banku Centralnym pomysł, by one właśnie zajęły się nadzorem
finansowym. Projekt ustawy o nadzorze finansowym przygotowany w Ministerstwie
Finansów pozbawił tej roli NBP. I o to wybuchła wojna.

Grozi konflikt interesów
Dlaczego resort finansów nadał ustawie taki właśnie kształt?
Polska pod rządami PiS nie spieszy się do strefy euro, co oznacza, że NBP będzie
nadal odpowiadał za politykę pieniężną, a ten, kto ustala politykę pieniężną,
nie powinien jednocześnie nadzorować instytucji finansowych, ponieważ zachodzi
konflikt interesów. Nad tym konfliktem Komisja Europejska przechodzi do porządku
dziennego, ponieważ liczy na szybkie poszerzenie eurostrefy. Polska, która
nie zamierza na razie przyjmować wspólnej waluty, kształt nadzoru finansowego
musi mieć inny. Dlatego też uwagi Europejskiego Banku Centralnego zostały tylko
częściowo uwzględnione w projekcie ustawy.
Zamiast jednak spokojnie wyjaśnić problem od strony merytorycznej, w EBC potraktowano
to jako pretekst do eskalacji sporu, co z pewnością nie miałoby miejsca, gdyby
nie presja ze strony krajowego "układu", który podjął próbę zablokowania ustawy.
Absurdalność nacisków widoczna jest zwłaszcza w korespondencji sygnowanej przez
Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Najpierw MFW nadesłał do Ministerstwa Finansów
własne opracowanie, w którym stwierdził, że nadzór zintegrowany jest bardziej
efektywny niż rozproszony, a tydzień później… przeciwko tejże konsolidacji
nadzoru zaprotestował! To mały przyczynek do tego, kędy biegną tropy międzynarodowych
powiązań ludzi układu i jakimi metodami uprawiają politykę.
– Oni strasznie te kwestie personalizują. Nie patrzą na dany problem merytorycznie
– kto ma rację, które rozwiązanie będzie bardziej efektywne, lecz rozstrzygają
według schematu "swój – obcy". Jeśli nadzór finansowy obejmie "swój" – wszystko
jest OK. Jeśli "obcy" – wybucha awantura – podsumowuje te przepychanki jeden
z naszych rozmówców.
Ustawa o nadzorze finansowym została przyjęta przez Radę Ministrów, ale na
skutek nacisków jak dotąd nie trafiła do Sejmu.

Pobity własną bronią
Strategia zarządzania naszym długiem przyjęta przez resort finansów również
spowodowała starcie z układem.
W końcu marca i we wrześniu przypada termin spłaty zadłużenia Polski. Minister
finansów, jeśli nie ma dewiz, musi je zakupić w NBP. I o tyle więcej wyemitować
obligacji. To sprawia, że minister jest uzależniony od polityki pieniężnej
NBP. NBP może zgarnąć te środki przez emisję bonów pieniężnych, a wtedy na
rynku krajowym jest mniej środków, stopy idą w górę, rentowność obligacji również.
Za Teresy Lubińskiej Ministerstwo Finansów postanowiło przejąć inicjatywę z
rąk NBP, tj. wcześniej, już na początku roku, zakupić dewizy, aby potem spokojnie
spłacić ratę, bez ryzyka spadku wartości złotówki. Zmieniono dotychczasową
strategię zarządzania długiem, która polegała na zwiększaniu podaży emisji
zagranicznych, co było niekorzystne dla nabywców krajowych. Przeprowadzono
w to miejsce jedną emisję euroobligacji, w styczniu, bo z kalkulacji ministerstwa
wynikało, że koszty będą wówczas najniższe.
Wskutek tej operacji roczne koszty obsługi zadłużenia zagranicznego spadły
o 2,5 mld zł! Udało się zbić rentowność obligacji Skarbu Państwa, i to pomimo
faktu, iż jednocześnie ogłoszono, że Polska na razie nie wchodzi do strefy
euro, co powinno przynieść odwrotny skutek. Brak terminu przyjęcia euro utrudnił
jednak spekulację walutą. Inwestorzy nie mogli grać na kurs wymiany złotówki
na euro (kupuje się złotówki, następnie umacnia kurs przez kupno polskich obligacji
lub wymianę euro na złote, co powoduje aprecjację złotego, a gdy kurs się usztywni,
szybko dokonuje się wymiany złotówek na dewizy).
O tę styczniową emisję wybuchła awantura z NBP, który robił wszystko, aby do
niej nie doszło.
– Balcerowiczowi chodziło o to, aby nową ekipę chwycić za gardło – uważa były
pracownik Ministerstwa Finansów.
NBP użył argumentu, że emisja wywołała aprecjację, co będzie niekorzystne dla
eksporterów (to bodaj pierwszy przypadek, gdy NBP zainteresował się losem eksportu).
Ministerstwo Finansów odpowiadało na to, że za aprecjację odpowiada bank centralny.
Ma instrumenty do jej zwalczenia – może obniżyć stopy.
– Odwróciliśmy przeciwko NBP tę strategię, którą bank centralny prowadził przeciwko
rządowi – ocenia jeden z byłych urzędników MF. – Krytykowaliśmy NBP, że utrzymuje
za wysokie stopy, że przyciąga spekulantów. Pokazywaliśmy, jak niski jest poziom
inflacji, najniższy w Europie. Mówiliśmy, że gdyby obniżyć stopy, w ciągu 6-9
miesięcy nastąpi gospodarczy boom, ruszą inwestycje. Po raz pierwszy to nie
my, lecz NBP musiał się bronić, bo złotówka stała się za mocna. W końcu Rada
Polityki Pieniężnej musiała obniżyć stopy!

Układ chce euro
Poprzedni SLD-owski rząd ustalił program konwergencji, którego zwieńczeniem
miało być przystąpienie Polski do strefy euro już za 3 lata. Deficyt budżetowy
miał wynosić zaledwie 1,5 proc., co musiałoby się wiązać z drastycznymi cięciami
wydatków budżetu.
Program ten zakwestionował niemal nazajutrz po wyborach prezydent, a w ślad
za nim minister Lubińska, która oświadczyła, że dla niej priorytetem będzie
rozwój gospodarki, a nie euro. Układ odpowiedział falą ataków w liberalnych
mediach i inspirowaniem negatywnych sygnałów z Brukseli. Próbowano naciskać
na rząd, by wyznaczył datę wejścia do eurostrefy, choć traktat akcesyjny nie
nakłada na nas takiego obowiązku.
– Problem zamyka się w pytaniu: czy mamy mieć własną politykę finansową, czy
też nie. O podaży euro nie my będziemy decydowali. Jeśli w Polsce będzie kryzys
gospodarczy, nikt się tym nie przejmie – argumentuje rządowy ekspert.

Potrzebny jest duch odkrywcy
Minister Zyta Gilowska, była wiceprzewodnicząca PO, przyszła do MF z bagażem
własnych doświadczeń, znajomości, układów towarzyskich, których znaczenia
PiS zapewne nie docenił. Jarosław Kaczyński (bo to on zaprosił panią profesor
do rządu) sądzi – co typowe dla prawnika – że wystarczy oczyścić gospodarkę
z "układów", a sama zacznie się kręcić. Do tego zaś wystarczy mieć wpływ
na służby specjalne i tzw. resorty siłowe.
Prezes PiS może się jednak przeliczyć! Jest duże niebezpieczeństwo, że IV RP
poślizgnie się właśnie na finansach. Jeśli Polska ma być państwem solidarnym,
trzeba odwrócić liberalną logikę zarządzania finansami, do tego zaś potrzebny
jest w ministerstwie człowiek o duszy Kolumba, gotów na radykalne zmiany i
niełatwo dający się przestraszyć. Minister Gilowska, aczkolwiek nie sposób
odmówić jej kompetencji, siły charakteru, dobrej woli, a także wdzięku i umiejętności
prezentacji w mediach, do roli Kolumba zdecydowanie się nie nadaje.
– To nie jest nawet kwestia jej przekonań, lecz ludzi, którymi się otacza –
uważa jeden z dawnych współpracowników pani minister. – Otoczenie nią steruje.
A wywodzi się ono wprost z Platformy. W żadnej innej sferze przynależność ludzi
PO do tzw. układu nie jest tak widoczna, jak w dziedzinie finansów.
Osoby z gabinetu politycznego Teresy Lubińskiej minister Gilowska zwolniła
z dnia na dzień. W rządzie nie ma dziś także miejsca dla czołowych ekspertów
PiS, którzy negocjowali z PO kwestie finansowe. Na cztery osoby z gabinetu
politycznego Gilowskiej dwie związane są z Platformą. Sprawy finansów wróciły
w utarte koleiny. Otoczenie utwierdza panią minister, że tak właśnie być powinno.

Małgorzata
Goss

drukuj