Esbeckie metody walki z księżmi w PRL

Po zakończeniu II wojny
światowej został narzucony Polsce zbrodniczy system komunistyczny, oparty
na kłamstwie i przemocy. Na wzór sowieckiego NKWD opracowano
cały system
represji, który funkcjonował do roku 1954 jako Ministerstwo Bezpieczeństwa
Publicznego, zwane popularnie w Polsce UB. Po śmierci Józefa Stalina zostało
ono przemienione
w Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, przy którym powstał tzw. Komitet ds. Bezpieczeństwa
Publicznego, zaś po wydarzeniach roku 1956 powołano do życia Służbę Bezpieczeństwa.

Według księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, "największym przeciwnikiem
dla Służby Bezpieczeństwa i dla systemu komunistycznego był Kościół katolicki.
Bo była to organizacja niezależna, żyjąca według Ewangelii, według własnych
zasad, sprzecznych z komunizmem. Kościół był oazą polskości, oazą patriotyzmu".
Dlatego też starano się wszelkimi dostępnymi środkami uderzać w niego, by doprowadzić
do jego zewnętrznego i wewnętrznego rozbicia.

Wydział IV
Służba Bezpieczeństwa składała się z kilku wydziałów, z których każdy miał
swoje specjalne zadania. Warto je tutaj wymienić. Wydział I odpowiedzialny
był za wywiad, wydział II – za kontrwywiad, wydział III – za rozpracowywanie
opozycji. W czasach "Solidarności" ten ostatni podzielono na dwie
części: wydział III zajmujący się sensu stricto opozycją, czyli ruchami niepodległościowymi,
tworzącymi się różnego rodzaju komitetami, np. obrony robotników, oraz wydział
III A odpowiedzialny za uczelnie i środowiska akademickie i studenckie. Wydział
IV, powołany do życia w 1962 roku, miał się zajmować wyłącznie walką z Kościołem.
Powstał on przy wszystkich komendach wojewódzkich. Jednocześnie przy każdym
powiecie powołano także w komendach wojewódzkich tzw. pion IV do walki z
Kościołem lokalnym, a więc z konkretnymi parafiami i księżmi. Za czasów "Solidarności" powstał
jeszcze wydział V, czyli Związki Zawodowe, mający na celu walkę z samą "Solidarnością",
oraz wydział VI, tzw. wiejski, kontrolujący rolników indywidualnych.
Poza wymienionymi wydziałami istniały też specjalne wydziały techniczne: sekcja
A zajmująca się szyframi, wydział B – daleko posuniętą inwigilacją ludzi, czyli
śledzeniem ich non stop od godz. 6.00 do 22.00, wydział T – podsłuchami telefonicznymi,
oraz wydział W – kontrolą korespondencji. Koperty otwierano w taki sposób,
żeby nikt nie mógł tego poznać. Wyciągano list, jeżeli był to ważny dokument,
przepisywano go na maszynie lub fotografowano, po czym z powrotem wkładano
do koperty i zaklejano. Przy poszczególnych wydziałach, także wydziale IV,
istniał tzw. fundusz operacyjny. Były to pieniądze nieewidencjonowane, przekazywane
z budżetu państwa na opłacanie np. wynagrodzenia dla tajnych współpracowników,
prezenty, koszty ponoszone w związku z inwigilacją. Służba Bezpieczeństwa była
więc swoistym, doskonale zakonspirowanym państwem w państwie, które rządziło
się własnymi pokrętnymi zasadami i miało przy tym wielką, niekontrolowaną swobodę.
– To, co mnie najbardziej zdziwiło, to potworna biurokracja. Ogromna część
dokumentów była pisana ręcznie, ale później, już z biegiem lat – na maszynie.
Dziwiło mnie, do jakiego stopnia wytwarzano nieprawdopodobną ilość makulatury.
Wiele dokumentów było w kilku kopiach. Często spotykałem informację, że dany
dokument jest w sześciu kopiach, czyli szedł do różnych teczek. I tu jest klucz
do odpowiedzi, dlaczego tyle się ich zachowało. Właśnie dlatego, że było tyle
kopii. Jeżeli zniszczono oryginały, zniszczono pewne teczki operacyjne czy
teczki ewidencyjne danego księdza, to jednak kopie znajdowały się w innych
dokumentach – podkreślał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

"Dialog operacyjny"
Podstawową metodą walki z księżmi, która miała na celu pozyskanie danego kapłana
dla zbrodniczych celów Służby Bezpieczeństwa, był tzw. dialog operacyjny.
Według terminologii esbeckiej było to "próbowanie człowieka", czy
coś powie i czy może klasyfikować się on jako "tw", czyli tajny
współpracownik. Starano się z takim księdzem umawiać w nieoficjalnych miejscach,
tj. w kawiarniach, hotelach, prywatnych mieszkaniach, by początkowo przez
drobne, zdawałoby się nieistotne przysługi, wciągnąć go w sieć wzajemnych
powiązań. Na początku takiej współpracy nie oczekiwano od osoby duchownej
podpisywania jakichkolwiek dokumentów ani zgody, by był on tajnym współpracownikiem.
Zwycięsko wychodził z tej trudnej próby tylko taki ksiądz, który od razu
kategorycznie odmawiał jakichkolwiek kontaktów i rozmów ze Służbą Bezpieczeństwa.
– Znam księży – mówił ks. Isakowicz-Zaleski – którzy wybudowali wspaniałe
kościoły, ale nie dali się zwerbować. To nie jest usprawiedliwienie, że ktoś
budował kościół czy chciał wyjechać na jakieś studia za granicę, i dlatego
szedł na jakąś współpracę.
Metoda dialogu operacyjnego była prosta, szczególnie wyraźna w latach 70. i
80. ubiegłego wieku, kiedy proponowano danemu kapłanowi np. uzyskanie paszportu
i wyjazd za granicę na studia jedynie za napisanie jednego sprawozdania…
Ten, kto je napisał, wpadał w pułapkę bez wyjścia, ponieważ na tym nie kończyły
się kontakty z SB. Różnymi metodami wyciągała ona z duchownego kolejne informacje.
– Wiele dokumentów, które przeglądnąłem do tej pory, świadczą o tym, że tajni
współpracownicy na początku byli przekonani, że oni tego diabła oszukają. To
tak jak pan Twardowski w poemacie "Pani Twardowska" próbował z diabłem
pertraktować, ale w końcu ten diabeł dopadł go w karczmie Rzym. Tutaj też tak
było, że zaczynało się niewinnie od drobnych spraw, od jakichś drobnych informacji,
ale później taki człowiek wchodził już coraz głębiej w tę współpracę i później
było mu bardzo trudno się wycofać – zaznaczył ks. Isakowicz-Zaleski.

Stuprocentowa inwigilacja i szantaż
Tak księża, zakonnicy, jak i klerycy byli wówczas w Polsce jedyną grupą społeczną,
która była objęta stuprocentową inwigilacją. Wszyscy oni mieli zakładane
specjalne teczki, tzw. teoki, czyli teczki ewidencji operacyjnej na księdza,
w których zapisywano informacje związane z daną osobą. Obok podstawowych
urzędowych danych personalnych umieszczano w niej dane gromadzone z podsłuchu,
jak również od tajnych współpracowników. Esbeków interesowało dosłownie wszystko:
zainteresowania księdza, co lubi, a czego nie, jakie je potrawy, czy pali
i używa alkoholu, czy ma prawo jazdy, czy dobrze układa mu się współpraca
z innymi kapłanami itd. Dzięki tym informacjom tworzono portret psychologiczny
danego księdza, by wiedzieć, w jaki sposób w przyszłości można próbować go
zwerbować we własne szeregi lub prowadzić przeciwko niemu odpowiednie działania.
Bardzo pieczołowicie przeglądano korespondencję takiego kapłana, jego kontakty
z zagranicą, kolegami czy przyjaciółmi, badano, czy ma on dobre układy ze
swoim biskupem, czy jest przez niego doceniany. Żadna inna grupa społeczna
nie miała podobnych teczek. Oprócz "teoków" zakładano również "teopy",
czyli teczki ewidencji operacyjnej na parafię, w których pieczołowicie zapisywano
każdą informację na temat życia danej parafii. Były również tzw. teczki obiektowe
– odnotowywano w nich dane odnoszące się do wybranego seminarium, klasztoru,
sanktuarium czy jakiegoś stowarzyszenia katolickiego lub ruchu oazowego,
takiego jak np. ruch sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego.
Bardzo wielu kleryków było w wojsku, gdzie następowało pierwsze rozpracowywanie
danej osoby, na którą pisano odpowiednie raporty. Te jednostki podlegały wyłącznie
GZP, czyli Głównemu Zarządowi Politycznemu, bo nie chodziło tu przecież o wojsko,
ale o politykę, uświadamianie kleryków, żeby byli lojalnymi obywatelami PRL.
Chciano spowodować, aby kandydat do stanu duchownego wystąpił z seminarium
i podjął współpracę z SB na podstawie szantażu. – Co ciekawe, każdy ksiądz
miał numer rejestracyjny, tak jak samochód. Pięć cyfr według pewnego klucza.
Od chwili wstąpienia do seminarium aż do naturalnej śmierci szły za nim te
numery. To jest tak jakby obecny PESEL. Więc często po samych numerach można
dojść, jakiego księdza dotyczy ta sprawa. (…) Najbardziej rozpracowywany
był "odcinek watykański", który w tych teczkach oznacza tylko jedno
– dostęp do Papieża. Dla SB wszystko, co dotyczyło Ojca Świętego, było ważne,
nawet to, co jadł na kolację, co powiedział, jakie są nastroje, jakie plotki
krążą po Watykanie, czy planowana jest jakaś pielgrzymka zagraniczna – mówił
ks. Isakowicz-Zaleski.
Trzeba także przypomnieć, że władze komunistyczne, które zerwały konkordat
po zakończeniu II wojny światowej, rościły sobie prawo do decydowania, kto
może być biskupem czy nawet zwykłym proboszczem. Dochodziło do takich paradoksów,
że księża mianowani przez swoich biskupów proboszczami musieli być dopuszczeni
do tzw. ślubowania. Jeżeli dany ksiądz podpadł władzy komunistycznej, to odmawiano
mu prawa bycia biskupem czy proboszczem.
Kościół zwalczano również od strony administracyjnej czy fiskalnej. Zabierano
budynki, likwidowano małe seminaria, próbowano zamykać niektóre klasztory żeńskie,
na księży nakładano podatki. Kościołowi zabrano również "Caritas",
który został przejęty przez władze państwowe i tzw. księży patriotów, którzy
ściśle współpracowali z komunistami. Poza tym nauczanie religii zostało usunięte
ze szkół, a księża nie otrzymywali jako katecheci żadnego wynagrodzenia.

"Kompmateriały"
Służba Bezpieczeństwa zbierała informacje o słabościach danych księży, by znaleźć
na nich tzw. kompmateriały, czyli materiały kompromitujące ich. Chodziło
tu głównie o trzy sprawy. Pierwszą z nich była kwestia, czy dany ksiądz używa
lub nadużywa alkoholu, czy nie spowodował po jego spożyciu wypadku samochodowego.
W latach 80. istniała specjalna instrukcja zalecająca, by każdy wypadek samochodowy
z udziałem księdza był odnotowany przez SB, nawet jeśli to ksiądz był poszkodowanym,
a nie sprawcą. Drobna stłuczka czy nieważny dokument rejestracyjny samochodu
były pretekstem do wszczęcia rozmów z danym kapłanem i w konsekwencji prowadzenia
z nim wspomnianego już "dialogu operacyjnego". – To jest klasyczny
przypadek, jeżeli ksiądz po spożyciu alkoholu spowodował wypadek, najczęściej
od razu proponowano współpracę, bo to była kompromitacja, grożono kolegium,
odebraniem dowodu osobistego na dwa lata itd. – stwierdza ks. Isakowicz-Zaleski.
Druga sprawa to celibat i jego ewentualne złamanie. Wiele było jednak takich
sytuacji, które były ewidentnymi prowokacjami. – Znam sytuacje – mówił ks.
Isakowicz-Zaleski – że były one prowokowane. Mam do wglądu teczkę takiej pani,
która miała pseudonim "Nunek". Została zwerbowana przez SB, żeby
nawiązywać kontakty z księżmi w różnych parafiach. Działo się to w okolicy
Suchej Beskidzkiej. Wysyłano ją do różnych księży pod różnym pretekstem po
to, żeby spróbować ich skompromitować, czyli po prostu sfabrykować materiały,
którymi można by było tego księdza oskarżyć przed biskupem, że narusza zasadę
celibatu. To były ewidentne prowokacje, na szczęście w wielu wypadkach nieudane.
Trzecią kwestią były wszelkiego rodzaju problemy materialne danego księdza.
Esbecy interesowali się tym, czy prowadzi on zbyt rozrzutny tryb życia, czy
jeździ dobrym samochodem i czy często udaje się za granicę. W przypadku, kiedy
zdarzyło się, że jakiś kapłan prowadził działalność gospodarczą, za wszelką
cenę starano się mu wytknąć nieuczciwości materialne. Co ciekawe, gdy było
włamanie na którąś plebanię czy do kościoła, istniało rozporządzenie, by śledztwo
prowadził nie oficer śledczy MO, lecz SB. Władze komunistyczne liczyły na to,
że ich człowiek może znaleźć przy okazji jakieś kompromitujące materiały na
danego księdza. Gdy ich jednak nie znaleziono, wówczas fingowano te włamania,
a sami esbecy podkładali materiały kompromitujące kapłana.

Kwestia paszportów
Z chwilą obrania na Papieża naszego rodaka Jana Pawła II pojawiła się możliwość
wyjazdów za granicę na pielgrzymki i studia teologiczne. Wielu duchownych
chciało z tej okazji skorzystać. Jednak każdy ksiądz, który otrzymał paszport,
był przez SB "próbowany", czy nie uda się im go pozyskać dla własnych
celów. Również w Rzymie zaczęły się tzw. kombinacje operacyjne, czyli kolejne
prowokacje, mające na celu złamanie danego kapłana. – Każdy ksiądz, kleryk,
siostra zakonna, przede wszystkim z Krakowa, bo wiadomo, Ojciec Święty był
z Krakowa, jeżeli jechał do Włoch, od razu był kontrolowany przez Służbę
Bezpieczeństwa. Do dziś zachowały się dokumenty tzw. Pierwszego Inspektoratu
w Krakowie (Pierwszy Inspektorat to jest przedłużenie wywiadu), gdzie wszyscy,
którzy występowali o wyjazd do Rzymu, nawet jeżeli jechali na zwykłą pielgrzymkę
parodniową z wiernymi, od razu byli rozpracowywani jako potencjalni kandydaci
– zwracał uwagę ks. Isakowicz-Zaleski. Niestety, właśnie wówczas, w czasach "Solidarności",
najwięcej duchownych zaplątało się w rozmaite układy ze Służbą Bezpieczeństwa.
Jeżeli w celu pozyskania paszportu zgodzili się oni na rozmowy nieoficjalne
poza urzędem, w kawiarni, restauracji czy mieszkaniu prywatnym, zazwyczaj
byli wciągani do współpracy z SB. Później byli oni w rozmaity sposób szantażowani
i trudno im było wyplątać się z tego układu. Na szczęście, jednak nie wszyscy
księża, którzy dostali paszport i wyjechali na studia za granicę, podjęli
współpracę z SB.

Tajni współpracownicy
Istniało kilka kategorii informatorów. Pierwszą stanowiła kategoria "ko",
czyli kontakt operacyjny. Była to osoba świecka bądź ksiądz, z którą zaczęto
rozmawiać np. przy wydaniu wspomnianego wyżej paszportu. – Kontakt operacyjny
to było takie próbowanie człowieka, czy on coś mówi, czy nie mówi, czy jest
chętny do rozmowy, czy nie – zaznaczał ks. Isakowicz-Zaleski. Drugą grupę tworzyli "ktw",
czyli kandydaci na tajnych współpracowników. Byli to ludzie, na których zaczęto
przygotowywać już odpowiednie materiały i rozważano możliwość współpracy z
nimi. Ostatnią kategorię tworzyli "tw", czyli w pełni świadomi swoich
czynów tajni współpracownicy. W przypadku księży, kiedy zostawali współpracownikami,
nie żądano od nich pisemnego zobowiązania. Często wystarczała rozmowa ustna,
nierzadko nagrywana na magnetofon. Jako dowód pozostawał więc stenogram z rozmowy.
Nie oczekiwano także, by księża podpisywali donosy ani pisemnie potwierdzali
wypłatę, jeśli takową pobierali. Tajni współpracownicy spotykali się z funkcjonariuszami
SB najczęściej w tzw. mk, czyli mieszkaniach konspiracyjnych.
Trzeba jednak zaznaczyć, że na współpracę ze Służbami Bezpieczeństwa szło bardzo
niewielu księży. Według obliczeń ks. Isakowicza-Zaleskiego, w Polsce był to
niewielki procent, około 8, z tym że w niektórych diecezjach nawet 5 czy 4
proc. duchownych decydowało się na współpracę, a wśród sióstr zakonnych jeszcze
mniej. Jeżeli byli agenci, to często byli nimi ludzie świeccy związani z Kościołem,
np. organista czy uczestnik oazy albo duszpasterstwa akademickiego.

Świadectwo trwania przy Chrystusie
Byli i tacy księża, którzy po pewnym czasie opamiętali się i zerwali współpracę
z SB. Udali się oni do swojego biskupa czy przełożonego zakonnego, powiedzieli,
że byli szantażowani, podali powód szantażu i zrywali ten szatański układ.
Wymagało to trudnego mocowania się z własnym sumieniem i wiele odwagi. Przykładem
może być tutaj ks. Józef Gorzelany, który w latach 50. zaplątał się w ruch
księży patriotów. W latach 60. powiedział jednak o tym nowemu biskupowi krakowskiemu
Karolowi Wojtyle, który mianował go proboszczem budującej się parafii w Bieńczycach.
Ksiądz Gorzelany, który zerwał współpracę z SB, pomimo że był później przedmiotem
różnych represji, wybudował wspaniały kościół w Bieńczycach.
Zdecydowana jednak większość kapłanów kategorycznie odmawiała wszelkich rozmów
i spotkań z funkcjonariuszami SB. – Znam przypadki, że niektórych osiem, dziewięć
lat próbowano werbować. Są piękne świadectwa księży, którzy kategorycznie w
pewnym momencie mówili, że nie będą się spotykali, nie będą rozmawiali, rezygnują
z paszportu czy wyjazdu za granicę na studia, i nie szli na tę współpracę.
Obraz Kościoła w archiwach IPN jest bardzo pozytywny, bo Kościół nie dał się
rozbić ani od wewnątrz, ani od zewnątrz – podkreślał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.
Wśród księży biskupów, którzy wówczas jako zwykli księża kategorycznie odrzucili
wszelką współpracę z SB, należy wymienić m.in. ks. bp. Jana Szkodonia, który
w tamtych czasach, mimo że wyjeżdżał za granicę, odmawiał rozmów, ograniczając
je wyłącznie do formalnych. Zaznaczał, że jeżeli nie dadzą mu paszportu, to
trudno. Był on sklasyfikowany jako kandydat na tajnego współpracownika, lecz
dzięki swej niezłomnej postawie nigdy nim nie został. Podobnie było z ks. bp.
Wacławem Świerzawskim, który w tamtych latach tak kategorycznie odpowiadał
funkcjonariuszom SB, że sklasyfikowano go od razu jako "wroga ludu",
nienadającego się do werbunku.
Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski informuje, iż kapłanom, którzy sprzeciwiali
się władzy komunistycznej, dawano pseudonimy, ale jako pseudonimy operacji
przeciwko nim. – Na przykład nieżyjący mój przyjaciel, śp. ks. Kazimierz Jancarz,
kapelan "Solidarnośći", współtwórca duszpasterstwa ludzi pracy w
Mistrzejowicach, był solą w oku dla władz komunistycznych. Aż 14 funkcjonariuszy
SB zajmowało się jego sprawą. Nadano mu kryptonim "Kurier", pod którym
przez kilka lat była prowadzona akcja przeciwko niemu. Z kolei przeciwko też
już nieżyjącemu śp. ks. Adolfowi Chojnackiemu, wspaniałemu kapłanowi, patriocie,
były prowadzone dwie akcje operacyjne: "Szerszeń" i "Adwokat".
Obie miały na celu usunięcie ks. Adolfa z parafii w Bieżanowie, druga była
już zamachem na jego życie. Natomiast przeciwko mojej skromnej osobie była
prowadzona akcja operacyjna o haśle "Jonasz" – stwierdził ks. Isakowicz-Zaleski.

Nierozliczone zbrodnie
– Mówi się o tajnych współpracownikach, tylko tajni współpracownicy powstali
dlatego, że był system, który niszczył, zwalczał, szantażował, zbierał te
materiały kompromitujące, wykorzystywał ludzkie słabości. Tutaj nie możemy
zapominać, że w Polsce po 1989 roku nie było dekomunizacji. De facto wszyscy
funkcjonariusze, w tym wydziału IV (wydział IV został rozwiązany 1 listopada
1989 r., ale znalazłem materiały, że w sposób nielegalny i nieoficialny działał
do połowy lat 90., a więc praktycznie kiedy istniał już rząd Tadeusza Mazowieckiego),
żaden funkcjonariusz z racji pełnienia służby w SB nie został pociągnięty
do jakiejkolwiek odpowiedzialności – podkreślał ks. Isakowicz-Zaleski. Nie
nastąpiło także ujawnienie akt. Służba Bezpieczeństwa, która popełniała wiele
zbrodni, czuła się zupełnie bezkarna. Do dzisiaj jej funkcjonariusze nie
zostali rozliczeni ze swoich win i mają się zupełnie dobrze, pobierając wysokie
emerytury, tzw. mundurowe, odpowiednie do swojego oficerskiego stopnia. Wielu
z nich prowadzi dziś własne interesy; wielu też z racji swoich różnych powiązań
jest odpowiedzialnych za głośne w latach 90. afery gospodarcze. – To jest
pewien klan, żeby nie powiedzieć mafia, która przede wszystkim czuje się
bezkarna – dodał ks. Isakowicz-Zaleski.

oprac. Piotr Czartoryski-Sziler

Tekst opracowano na podstawie Rozmów niedokończonych w Radiu Maryja z 17 lipca
br. pt. "Antykościelna działalność Wydziału IV Służby Bezpieczeństwa" z
udziałem księdza kanonika Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego.

drukuj