fot. PAP/Jan Karwowski

[WYWIAD] Z. Smółka: Każdy dzień w moim życiu był walką o lepszy byt

Są piłkarze, którzy kiedy podziękowałem im po zakończeniu kontraktu (bo się nie rozwijali i nie pracowali tak, jakbym sobie tego życzył) po prostu się obrażali. Kiedy wychodzili po rozmowie, to nie podali mi ręki. A po dwóch latach – jak już dojrzeli – pisali do mnie, że przepraszają i że zrozumieli tę sytuację i to, o co mi chodziło – zaznaczył Zbigniew Smółka, który słowo „praca” odmienia przez wszystkie przypadki, więc to nie przypadek, że Arka w końcu zdołała połączyć styl, jakiego wymaga trener, z dobrymi wynikami. Dlaczego trzyma zespół twardą ręką i nie odejdzie od swojej filozofii? Za kim chętnie skoczy w ogień? W jaki sposób dotyka go bandytyzm na stadionach i czy posiadł najważniejszą trenerską umiejętność? Zapraszamy!


W tym sezonie udało się rozpocząć pracę na piłkarskim szczycie w Polsce, w Ekstraklasie. Dlaczego wcześniej nie udało się osiągnąć topowej pozycji wśród bramkarzy, na boisku. Czego Panu zabrakło?

Widocznie za mało było talentu. A tak naprawdę to w młodych latach czasu i wyborów, bo pasja pasją, ona była całe życie, ale nie zawsze człowiek mógł sobie pozwolić, żeby profesjonalnie do tego podchodzić. Była ciężka praca, ciężkie wychowanie, biedna rodzina i były tak zwane priorytety.

W jaki sposób zatem dzieciak z małej wioski pod Sobótką przebił się do tego wielkiego świata? Gdzie znalazł motywację do tego, by ciągle stawiać kolejne kroki?

Pasja, determinacja, zaangażowanie, pracowitość, rozwój własnej osobowości, podglądanie najlepszych na świecie. To wychowanie z domu, które zawsze powodowało, że każdy dzień w moim życiu to była walka o lepszy byt. Zawsze, kiedy dzieliliśmy się z moim rodzeństwem we czwórkę pomarańczą na święta, pomyślałem, że moje dzieci będą wybierały między pomarańczami a mandarynkami. Ta determinacja powodowała, że człowiek robił wszystko, żeby było lepiej. Uważam, że na tym to polega, żeby zostawić po sobie swoim potomkom lepsze życie.

Po co Panu piłka, skoro ma Pan firmę, rodzinę i mógłby Pan bez niej w sumie spokojnie żyć?

Cały czas mam rodzinę, pomagam przy biznesie. Jest to biznes spokojny, stabilny. Kiedyś on był większy i trudniejszy. W pewnym momencie stwierdziłem, że nie chcę, żeby taki był. Każdy mógłby zadać sobie pytanie: po co mi pasja? Jedni lubią łowić ryby, inni wychodzić z psem na spacer, a ja kocham piłkę. Cieszę się, że mogę wykonywać tak wspaniały zawód. Nigdy nie myślałem, że dotrę tak wysoko. Cieszę się, że udało mi się uzyskać wszystkie kwalifikacje i otrzymałem szansę w Ekstraklasie. Mam nadzieję, że nie zawiodę i zawsze mogę obiecać uczciwość i pracowitość.

Jak trudne jest przy tym wszystkim budowanie relacji w rodzinie?

Na pewno to doskwiera. Wieczory są bardzo smutne. Staram się co tydzień jechać do dzieci, do żony, oni przyjeżdżają również do mnie. To też kwestia tego, że szanują moją pasję. Wiele rozmawialiśmy o tym przy pierwszym wyjeździe gdzieś dalej. Że jeżeli chcemy być w tej pasji gdzieś wyżej, na topie, to powinniśmy podjąć trudną decyzję. Wielu ludzi pracuje w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, widzą się raz na miesiąc, dwa miesiące i też żyją. Do tego zmusza życie. To jest zawód, który w tej chwili daje utrzymanie mojej rodzinie i tak to traktujemy.

Na co przeznacza Pan „złote” i „srebrne” godziny, o których mówił Pan, że podczas nich należy odciąć się od piłki?

Chciałbym dojść do momentu, w którym będę mógł je na coś przeznaczać. Na dzisiaj wszystkie chcę poświęcać mojej rodzinie, bo mi jej brakuje. Kiedy wracam po spotkaniu do domu wyłączam się od innych spraw. Natomiast mówiąc o „srebrnej” i „złotej” godzinie w życiu trenera – „srebrna” powinna być przeznaczana na ciągły rozwój, czytanie, podglądanie innych, analizowanie swojej pracy, a „złota” jest czasem wyłącznie dla siebie, na odpoczynek psychiczny, obejrzenie filmu, przeczytanie książki.

Od czasu paciorkowca zmieniło się postrzeganie czasu, który należy poświęcić zdrowiu. Czy piłka jest tak wielką pasją, wręcz obsesją, że te aspekty przysłania?

Wygląda to nadal bardzo różnie, aczkolwiek zdrowie jest najważniejsze. Na pewno człowiek ma w takiej sytuacji wiele przemyśleń i dojrzewa.

Do jakich wniosków Pan doszedł?

Że człowiek nie żyje tylko dla siebie. To są myśli, które mam jadąc samochodem na trasie, na której mógłbym jechać 200 km/h, a mimo wszystko jadę wolniej, bo wiem, że jadę do żony, do dzieci. Wiem, że nie jestem tylko dla siebie. Muszę być bardziej odpowiedzialnym, rozważnym, bo jeżeli jest się kochanym i się kocha, to należy o tym myśleć.

Tę miłość wobec Pańskich dzieci okazuje Pana ojciec, który jest przez Pana chwalony za to, jak odnajduje się w roli dziadka. Pan wspominał, że tego nie miał. Za kilka, kilkanaście lat Pana dzieci będę mogły powiedzieć, że zostały przez swojego ojca obdarzone miłością?

Zawsze są na pierwszym miejscu. Kiedy wyjeżdżałem po raz pierwszy z domu, one to rozumiały. Najtrudniej ma najstarsze dziecko, które nie ma rodzeństwa, któremu trzeba poświęcić czas. Kiedy ja wyjechałem po raz pierwszy, mój syn miał 19 lat. Był już dojrzałym, dobrze wychowanym i odpowiedzialnym człowiekiem. Kontakt z dziećmi mam bardzo dobry. One to rozumieją, to są moi najwięksi kibice. Gdybym zrezygnował albo pracował gdzieś niżej, bliżej domu, to myślę, że byłyby przeciwnikami takiej sytuacji, bo bardzo mi kibicują. Przeżywają każde spotkanie równie mocno jak ja.

Jaki był dla Pana?

Mój ojciec wychowywał nas twardą ręką. Sytuacja wyglądała tak, że najpierw były obowiązki w gospodarstwie, pomoc w domu, nauka, a potem czas na relaks. Jeżeli to wszystko nie było wykonane, to tego relaksu nie było. Jeżeli ja zrobiłem inaczej, to bardzo mocno to skarcił. Nie mam do niego żalu, bo jestem bardzo dobrze wychowanym człowiekiem i każdy potrzebuje dojrzeć w odpowiednim wieku. Cieszę się, że jako dziadek jest kochany, a jako ojciec był surowy, bo być może ja tego właśnie potrzebowałem.

Któryś z piłkarzy powiedział Panu, że Pańskie podejście do pracy i życia, Pana zasady dały mu coś więcej niż tylko podnoszenie swoich umiejętności piłkarskich?

Było bardzo wiele sytuacji, kiedy piłkarz docenił moją pomoc i zaangażowanie. Chociaż jest z tym różnie. Są piłkarze, którzy kiedy podziękowałem im po zakończeniu kontraktu, bo się nie rozwijali i nie pracowali tak, jakbym sobie tego życzył, po prostu się obrażali. Kiedy wychodzili po rozmowie, to nie podali mi ręki. A po dwóch latach – jak już dojrzeli – pisali do mnie, że przepraszają i że zrozumieli tę sytuację i to, o co mi chodziło. To jest kwestia tego, żeby mieć czyste sumienie i zrobić wszystko, żeby im pomóc. Raz się udaje, raz nie. Ale to jest tak naprawdę tylko i wyłącznie ich wybór. Ja chcę im pokazać lepszą drogę.

Po meczu w Gdyni z Górnikiem Zabrze na konferencji prasowej powiedział Pan, że Bóg wynagradza pracę, ale wy za mało pracowaliście, więc straciliście punkty. Doświadcza Pan realnie tego, że ta nagroda za pracę od niego przychodzi?

Uważam, że zawsze pracowitość się obroni. Człowiek żyje po to, żeby żyć coraz lepiej bądź żeby jego dzieci żyły coraz lepiej. Jeżeli ciężko pracuje, to życie się poprawia. Bóg wynagradza ludzi pracowitych, ludzi uczciwych, bo oni zmieniają ten świat na lepsze. Ludzie nieuczciwi, ludzie leniwi powodują, że jest nam wszystkim gorzej. Był mecz, po którym powiedziałem, że Bóg nas wynagrodził za pracowitość i zaangażowanie, a był też mecz, gdzie tego zaangażowania brakowało. Ja zawsze szczerze opisuję dane spotkanie zaraz na konferencji. Moi piłkarze wiedzą, że jestem człowiekiem szczerym, impulsywnym i uważam, że pierwszą analizą meczu jest konferencja prasowa. Nie będę ściemniał, ukrywał, że było dobrze, jeżeli tak nie było. Oczywiście później moi zawodnicy to zrozumieli. Powiem tak – obecnie treningi w porównaniu do pierwszego miesiąca w Arce Gdynia – nie wiem, czy piłkarze mają tego świadomość – naprawdę wyglądają dużo lepiej, jest tam dużo więcej zaangażowania i naprawdę dochodzimy do takiego momentu, że ten trening mnie zadowala.

Podglądanie najlepszych na stażach, na których Pan bywał nie trwa zbyt długo. Czego był Pan w stanie się nauczyć przez te kilka dni, jakie braki uzupełnić?

Można nauczyć się wiele z obserwacji zachowań topowych piłkarzy, rozmów z trenerami. Z każdej rozmowy można wynieść jedną czy dwie rzeczy, a potem to jakoś scalić. Ale uważam, że trzeba mieć swoją osobowość. Trzeba być sobą, trzeba być osobą szczerą. Opieram się zawsze na tej filozofii, że ma być tak, jak ja sobie zaplanowałem. Przy tym dużo ciężkiej pracy, dużo pokory. Tak naprawdę to wszystko mnie zweryfikuje. Szansa, jaką otrzymałem od Arki – wejścia na salony – to tak naprawdę szansa, a nie sukces. Natomiast chciałbym, żeby tę szansę zamienić w sukces i być w Ekstraklasie jak najdłużej.

Boi się Pan, że tej szansy nie wykorzysta?

Ja nie mam czasu na momenty bojaźni. W tej pracy liczy się przede wszystkim pewność siebie, pokora, ciężka praca, wyciąganie wniosków, codzienna obserwacja. Przede wszystkim liczy się jednak pracowitość. Mnie interesują zawodnicy, którzy to doceniają, chcą się poprawiać, pracować. Ja oczywiście daję kilka szans, natomiast eliminuję zawodników, którzy są leniwi, którzy są niezdeterminowani, marnują swój talent. Nie powinniśmy marnować czasu na gonienie na siłę tych, którzy podjęli inne decyzje. Jeżeli ktoś oszukuje, nie bierze przykładu z najlepszych, pracowitych i nie poprawia siebie z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, okienkiem, rundą czy nie wyciąga wniosków z meczu, to przychodzi granica, po której przekroczeniu nie chce mi się dalej walczyć z tymi ludźmi i koncentruję się na tych, którzy to rozumieją.

Grupa ludzi, których ma Pan na tę chwilę w Arce, jest taką, która to rozumie i do tego dąży?

Zawsze powtarzam, że każdy trener potrzebuje trzech okienek transferowych. Te okienka potrzebne są, żeby wzmacniać drużynę, ale też po to, żeby dokonać korekt. Muszę po pół roku posprzątać szatnię, ”odzielić ziarno od plew” i skoncentrować się na tych, którzy chcą z nami być i chcą się rozwijać. Na pewno w tym kierunku będę szedł, bo piłkarz, który nie daje mi sygnału do tego, że chce ciężko pracować, nie będzie dłużej ze mną współpracował.

Oprócz tych zasad często podkreśla Pan, że oczekuje też dominacji na boisku, utrzymywania się przy piłce. Na jakich pozycjach potrzeba wzmocnień, by gra Arki szła właśnie w tym kierunku.

Po zakończeniu rundy będę rozmawiał indywidualnie z zawodnikami, z którymi chcę dalej współpracować i chciałbym, żeby zostali ze mną dłużej. Chciałbym porozmawiać również z zawodnikami, z którymi nie wiążę swojej przyszłości i którzy nie zachowują się fair wobec sztabu, kibiców i całej szatni. Widocznie chcą podążać swoją drogą. Przyjdzie weryfikacja rundy. Wracając do stylu, ja przede wszystkim chciałbym budować w mentalności zawodnika ciągłe dążenie do doskonałości, własny rozwój i rozwój własnego sumienia poprzez ciężką pracę i ci, którzy to zrozumieją będą się rozwijać i na pewno zostaną z nami. A w miejsce tych, którzy wybiorą inną drogę, będę szukał zastępców.

Styl Arki od przejęcia przez Pana sterów i tak nieco już się zmienił, ale nie zawsze idzie to w parze z punktami. Jeżeli ten styl będzie dobry, ale w dalszym ciągu nieefektywny, to Pan od niego odejdzie?

Zawsze mam wybór, żeby być efektywnym. Brak stylu, pasji i zaangażowania może przynosić wynik tylko chwilowo. Jeśli zawodnicy będą się rozwijali, to te wyniki przyjdą i ja jestem w takim przekonaniu i z tej drogi na pewno nie zejdę. Jeżeli będą chcieli z niej zejść moi pracodawcy, to będą musieli wymienić trenera.

W tej grze dobrze odnajduje się Mateusz Młyński. Jaki jest Pana pomysł na rozwój tego zawodnika?

Mateusz jest jednym z najmłodszych, którzy występują w Ekstraklasie i dostają swoje minuty. Trzeba podejść do tego bardzo ostrożnie. U młodych piłkarzy ta forma jest bardzo niestabilna i ja muszę bardzo spokojnie, odpowiednio prowadzać Mateusza. Jeśli dalej będzie zachowywał się tak, jak teraz, to będę go w tym sezonie sukcesywnie wprowadzał, a w kolejnym jest w stanie stać się zawodnikiem pierwszej jedenastki z bardzo silną pozycją w drużynie. Tak musi wyglądać ta droga – krok po kroku, bez szału, wariacji, pchania na siłę. Każdym treningiem musi udowadniać, że się rozwija, bo to jest póki co kandydat na piłkarza.

 

Jaką rolę ma w kombinacyjnej grze do odegrania Aleksandar Kolev? Jest najbardziej krytykowanym piłkarzem Arki. Zarzuca mu się, że nijak nie pasuje do stylu, który Pan preferuje.

W tym kraju polityków i trenerów jest bardzo wielu, natomiast my budowaliśmy zespół na wizję i budżet Arki Gdynia. Każdy chciałby mieć w drużynie takich napastników jak Sobiech, Paixao. Nas stać na dzisiaj na Koleva, który jest bardzo pracowity w defensywie, cały czas pressuje linię obrony, dużo walczy. Podobnym typem jest Rafał Siemaszko, obecny zmiennik Alka. Takich napastników jest w Ekstraklasie wielu, pozostaje tylko kwestia tego, w której rundzie strzelają. Ja wierzę w jego umiejętności. Gdyby chciał przyjść Zlatan Ibrahimović, to pewnie musiałbym Alkowi powiedzieć, że usiądzie na ławce, ale na razie Zlatan Ibrahimović do Arki nie chce przyjść. Mamy Koleva i będziemy Kolevem grali, natomiast wiadomo, że w przyszłości, kiedy klub będzie się rozwijał, ja chciałbym mieć trzech równorzędnych napastników i do tego będziemy zmierzali.

Po incydencie w meczu z Pogonią Szczecin nadal może Pan podtrzymać swoje zdanie o tym, że Luka Zarandia dojrzewa? Duszenie rywala na boisku nie do końca na to wskazuje.

Gdyby ktoś dokładnie się przyjrzał sytuacjom takim, gdzie jest wysoka adrenalina i piętnaście osób, które skaczą sobie do gardeł, to w momencie jak Luka chwycił za szyję zawodnika Pogoni, w tym momencie zawodnik Pogoni trzymał za szyję Helstrupa. Trzeba dokładnie się temu przyjrzeć. Sport to są emocje. Luka za to przeprosił. W historii sportu były naprawdę dużo gorsze sytuacje. Ja cenię ludzi impulsywnych, którzy mają charakter. Myślę, że Luka sobie po meczu z tym piłkarzem wszystko wyjaśnił. Dobrze, że nic wielkiego się nie stało i sędzia wytrzymał ten moment, bo na jego miejscu postąpiłbym tak samo. Nie robiłbym z tego tak naprawdę nic wielkiego.

Wspomniał Pan, że dobrze by było, żeby piłkarze mówili Panu w twarz, jeżeli dane zajęcia im się nie podobają. Ktoś się na to kiedyś odważył?

Lubię takich piłkarzy, którzy przyjdą i zapytają, dlaczego jedna czy druga rzecz była w treningu obecna. Tutaj są na przykład takie sytuacje, że są prowadzone za długie rozgrzewki, że jest za dużo motoryki, a za mało piłki. Rozmawiamy o tym. Chciałbym, żeby intelekt piłkarza był na wysokim poziomie, ponieważ on musi mieć świadomość tego, co robimy. Pokazujemy im progresy w wielu kwestiach, które oni wykonują. Na początku takich pytań i dywagacji było wiele. Natomiast teraz jest ich coraz mniej. Piłkarze rozumieją, że daje to efekty. Jako trenerzy musimy przy obranej drodze – jeżeli ona nie daje efektów – umieć ją zmienić, umieć coś skorygować, coś zaimpulsować, żeby trening nie był nudny, powtarzalny, żeby piłkarze przychodzili do pracy. Uważam, że w każdej dziedzinie tak jest.

 

Jak trzymać „pod prądem” całą kadrę – tych trzydziestu zawodników – i sprawić, żeby każdy czuł się potrzebny i był gotowy w stu procentach przed każdym meczem?

To jest najtrudniejsze. Piłkarz potrafi spóźnić się na zajęcia i nie szanuje naszego czasu, nie szanuje nas wszystkich. 35 osób na niego czeka. Wtedy muszę być bardzo konsekwentny, bo on popełnia błąd. Jeżeli ja w życiu popełniam błędy, to za nie płacę. Mamy regulamin karania. Mamy też regulamin nagradzania i wielu piłkarzy czy rada drużyny tę szatnię trzymają. Atmosfera w szatni jest dobra, ale muszę być konsekwentny w pewnych kwestiach, gdzie ktoś popełnia błędy i nie daje tyle, ile bym chciał i nie szanuje swoich kolegów, ich czasu. Uważam, że bardzo ważne jest, żeby trzymać dyscyplinę, ale nie oznacza to, że jest to dla mnie łatwe.

Piłkarze rozumieją przekaz, że jeżeli „oszukujesz mnie, kolegów, to okradasz nasze dzieci”?

To jest bardzo dosadny cytat. Wszyscy pracujemy po to, żeby nakarmić nasze dzieci i żeby one miały lepiej. A jeżeli zarabiamy pieniądze, a jeden piłkarz coś zaniedba i wyjdzie z nami na boisko, to cała drużyna na tym traci, bo to jest sport drużynowy i ja to tak dosadnie wytłumaczyłem. Jeżeli jest nas jedenastu, a ktoś na boisku nas oszukuje, bo się nie wyspał, nie odpoczął, nie podszedł odpowiednio do pracy, to przez małe ogniwo, mały detal, możemy przegrać spotkanie, czyli możemy nie przynieść premii do domu, nie zarobić pieniędzy. Można więc tak powiedzieć.

Gdzie jest Pana sufit jako trenera, gdzie chciałby Pan dojść w swojej karierze trenerskiej?

Nie myślę o tym. Chciałbym dać z siebie wszystko i chciałbym, żeby wielu piłkarzy się rozwinęło. Chciałbym też, żebyśmy my, jako drużyna, się rozwijali, żebym ja rozwijał się jako trener. Nie można o tym myśleć. Spełniłem swoje marzenia, jestem w Ekstraklasie. Kolejne marzenia idą jeszcze wyżej. Każdy z nas musi te marzenia mieć. Chciałbym jak najdłużej utrzymać się w Ekstraklasie, chciałbym naprawdę zawalczyć – przy takiej przebudowie zespołu i budżecie, jaki ma na dzisiaj Arka Gdynia – do końca o pierwszą ósemkę, co będzie trudne. O to się będziemy starać. Myślę, że po każdym okienku i w każdej nowej rundzie trzeba będzie zadać to pytanie na nowo, bo każdego dnia, kiedy rano się budzimy, te marzenia stają się inne, stają się większe i tak naprawdę nikt nie ma sufitu i szczytu marzeń. To jest tak, jak wchodzi się po schodach na wysoki wieżowiec. Jeżeli się zatrzymamy, to tak jakbyśmy spadali w dół, bo inni pójdą wyżej. Cały czas musimy zmierzać do przodu.

Polscy trenerzy są bardzo pracowici, spędzają w klubie czas od rana do wieczora, jeżdżą na staże, często inwestują w to własne pieniądze. Dlaczego nie mogą więc przebić się do którejś z silniejszych lig?

Niech Pan popatrzy na to, co działo się u nas w sporcie przez ostatnie 40 lat, a co działo się w ligach zachodnich. Wszystko rozbija się o ekonomię, pieniądze, wartość. W piłce są tendencje. Jeżeli dzisiaj we Włoszech jest tendencja na polskich piłkarzy – tanich, a bardzo solidnych – to coraz więcej ich tam wyjeżdża. Jeżeli była tendencja na bramkarzy, to coraz więcej bramkarzy do najlepszych lig trafiało. Tendencji na trenerów nie ma, dlatego że nasz futbol nie jest uznawany w Europie i na świecie jako futbol wybitny. Ale myślę już, że taki trener jak Adam Nawałka miał oferty z zagranicy i ktoś tę drogę otworzy. Wcześniej był przecież trener Henryk Kasperczak. Mielibyśmy problem, jakby u nas było tak jak w „leniwym narodzie” – jak ich nazywam – czyli w Wielkiej Brytanii, gdzie chyba w Premiership pracuje jeden albo dwóch angielskich trenerów. Także tym moglibyśmy się przejmować. Natomiast uważam, że my, jako trenerzy, my, jako kraj, i szkoła trenerów, nazwiska trenerów i sukcesy wcześniejszych naszych trenerów, którzy zdobywali sukcesy na MŚ, którzy odnosili sukcesy w pucharach, nie mamy się czego wstydzić, jeżeli chodzi o warsztat.

Jeżdżąc po stażach mogę pewne rzeczy porównać. Natomiast jakość infrastruktury, jakość pracy to jest coś zupełnie innego. Musimy rozwinąć infrastrukturę. To wszystko musi za tym pójść, bo nie wystarczą piękne stadiony. Infrastruktura biurowa i boiskowa jest ograniczona i nie ma szans jej porównywać do tej na Zachodzie. U nas zaczyna się mokra jesień, ciężko trenujemy, także po każdym treningu boisko będzie coraz gorsze i tym należy się przejmować, że w tych kwestiach nie możemy się porównywać do trenerów, którzy pracują nawet w niższych ligach na Zachodzie. Jak tam się pojedzie i widzimy dziesięć boisk, to można pozazdrościć. Tym powinniśmy się zająć, niezależnością finansową trenerów, którzy pracują z młodzieżą, niezależnością trenerów, którzy oddają się tej pasji w całości i infrastrukturą, żeby więcej inwestować w infrastrukturę, w boiska, młodzież, aniżeli chociażby branie piłkarzy i płacenie bardzo dużych pieniędzy piłkarzom, którzy w tych silnych ligach nie są w stanie nawet załapać się do tej szerokiej kadry drużyny. Myślę, że ja – gdybym mógł decydować – to w piłce szedłbym za wszelką cenę w poprawę infrastruktury, a będziemy mieli wtedy dużo lepszych piłkarzy. I do wyższych wynagrodzeń dla trenerów młodzieży.

Ile czasu może to zająć, żeby zrozumieć, że trzeba zainwestować w infrastrukturę?

Ile czasu może też zająć, żeby wyrzucić ze stadionów bandytyzm, żeby poprawić infrastrukturę itd.? Uważam, że pomału idzie to w dobrym kierunku. Pamiętajmy, ile lat jesteśmy krajem niezależnym. Nie jesteśmy niewolnikiem żadnego narodu, tylko krajem, gdzie możemy wszystko. Przez ostatnie lata bardzo dużo stało się w naszym kraju i rozwinęliśmy się infrastrukturalnie, stadionowo i gospodarczo. Naprawdę nie mamy co narzekać. Możemy w tygodniu niepodległościowym być dumni z tego, że jesteśmy Polakami. Jak ponad 20 lat temu musiałem wyjeżdżać i ciężko pracować gdzieś tam jak niewolnik, tak teraz myślę, że nawet będąc młodym pracowitym człowiekiem nie musiałbym wyjeżdżać, bo są stworzone świetne warunki do rozwoju. Myślę, że już niedługo w Polsce będzie problem z tym, żeby znaleźć pracownika do pracy. Naprawdę u nas w tej chwili powstaje dobry kraj, duży dobry związek piłkarski, dużo dobrych stadionów, akademii. Można by było troszeczkę docisnąć i przyspieszyć rozwój infrastruktury, ale w każdym mieście – również w Gdyni – o tym myślą i dobrze się to rozwija.

Ten bandytyzm w jakiś sposób Pana dotyka?

Dotyka to nas, ludzi, którzy są w piłce, na każdym kroku. Zadymiamy te stadiony, dochodzi do różnych takich sytuacji, są kary. Przez to teraz nie mam nawet dopingu na wyjazdach, nie mam pomocy kibiców tych, którzy chcieliby przyjść i kulturalnie nas dopingować. Uważam, że trzeba oddzielić bandytów od kibiców. To przede wszystkim trzeba zrobić, bo często bandyci jeszcze zarabiają na tych prawdziwych kibicach. Przez bandytów ten prawdziwy kibic traci, tracą też piłkarze, trenerzy, media i cała nasza piłka, cały wizerunek naszego futbolu. Moglibyśmy się lepiej rozwijać, gdyby takich sytuacji i bandyckich zachowań nie było. Musimy to ostrzej tępić i na samej górze trzeba na to naciskać. To jest kraj prawa. Gdybym ja w policjanta rzucił na ulicy kamieniem to dostałbym pewnie 2 lata więzienia. Mając maskę na twarzy mogę na stadionie rzucać w policję, czym tylko chcę i nie ląduję w więzieniu. Dlatego dla mnie to jest chore i musimy z tym skończyć.

Posiadł Pan najważniejszą umiejętność trenera, czyli sprawienie, żeby piłkarze poszli za nim w ogień?

Każdego dnia staram się to robić. Po kilku miesiącach w danym klubie rozumiem, że będę dbał o tych, którzy to zrobią. Czyli razem do tego ognia wejdziemy i mam nadzieję, że w Arce również to się uda. Widzę po zachowaniach na treningach, po podejściu do życia, że większość piłkarzy – prawie wszyscy – w ten ogień idą. Tych, którzy nie pójdą, po prostu wymienimy. Być może za innym trenerem pójdą, być może w innym środowisku się odnajdą. Nigdy w 100 proc. się to nie uda, ale każdego dnia swoją ciężką pracą musimy sprawić, żeby pracą uzyskiwać szacunek u piłkarzy, aby oni za nami podążali.

Rozmawiał Wojciech Heron/Sport.RIRM

drukuj