fot. PAP/Adam Warżawa

[KOMENTARZ] Piłka nożna. Kolejny oklep w oczekiwaniu na eliminacje

Pięć meczów i zaledwie dwa remisy. Bilans nędzny, choć podobno mogliśmy się go spodziewać po tym, jakie priorytety wyznaczył PZPN. Nikt chyba jednak nie przypuszczał, że w parze z fatalnymi wynikami przyjdzie tak znaczący regres w samej grze. Z drużyny z ostatnich czterech lat nie został już niemal kamień na kamieniu.


Nowy selekcjoner na dzień dobry został obdarzony olbrzymim kredytem zaufania. Zbigniew Boniek uznał, że najważniejsze są eliminacje do Euro 2020, więc spotkania w Lidze Narodów będą okazją do eksperymentów. Graliśmy więc bez skrzydłowych i ze skrzydłowymi, z trójką środkowych pomocników i na dwóch napastników, z solidnym na papierze środkiem pomocy Krychowiak-Zieliński-Klich i nieco słabszym na papierze Szymański-Góralski-Linetty. Żadna z prób nie zdała egzaminu. Żadna nie okazuje się dobrym rozwiązaniem. Ani na teraz, ani na dłuższą metę.

W meczu z Czechami naszym najsłabszym punktem była zdecydowanie linia obrony. Wychowankowie Lecha, którzy we czwórkę mieli być w czwartkowy wieczór zaporą nie do przejścia, okazali się elektryczni i bojaźliwi. Marcin Kamiński nie wykazuje jakiejkolwiek agresywności w walce o piłkę. Można by powiedzieć, że jest stoperem eleganckim, bezkonfliktowym, ale w zderzeniu z głodnymi gry i goli ofensywnymi piłkarzami z Czech, choćby Patrikiem Schickiem, nie miało szans się to obronić.

Jan Bednarek nie gra regularnie w lidze, stąd nie może dziwić, że przychodzą chwile wielkiej dekoncentracji. Tak, jak w 52. minucie, kiedy dał zabrać sobie piłkę w polu karnym i straciliśmy gola. Z kolei Bartosz Bereszyński to jednak prawy, a nie lewy defensor. Na lewej stronie nie radził sobie już tak dobrze, bo zdarzyło się nawet stracić futbolówkę w okolicy szesnastki. Z prawej strony rywalom nie sprostał natomiast ostatni z kwartetu Tomasz Kędziora.

Plusem, już nie po raz pierwszy od powrotu do kadry, zapisał się Mateusz Klich. Trzy strzały na bramkę, z czego jeden, który powinien wpaść obligatoryjnie, sporo biegania i chęć do gry wystarczyła, by do spółki z Przemysławem Frankowskim (który również wyróżnił się pozytywnie) przyćmić resztę kadrowiczów. A skoro skrzydłowy z Ekstraklasy jest jednym z najlepszych na boisku, mając wokół siebie zawodników Napoli, Bayernu czy innych zespołów zagranicznych lig, robi grę naszej reprezentacji, to… wiedz, że coś się dzieje.

Niestety, niekoniecznie dobrego. Bo o ile celem są eliminacje do Euro, i to w nich miałby przyjść szczyt formy kadrowiczów za kadencji Jerzego Brzęczka, to wypadałoby wylać po zespół jakieś fundamenty. Ale tych dzisiaj próżno szukać. Plan taktyczny selekcjonera – o ile takowy jest – wygląda na niezbyt skuteczny bez względu na klasę i aktualną formę rywala.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że skoro nie mieliśmy robić sobie nadziei na dobre wyniki przez pół roku, to za pięć dni obejrzymy jeszcze jedno manto i możemy spędzić zimę w oczekiwaniu na eliminacje, bo tam podobno będzie lepiej…

Wojciech Heron/Sport.RIRM

drukuj