fot. PAP/EPA

[KOMENTARZ] FIFA World Cup 2018. Zadbajmy o rozegranie, to zagramy dobry mecz

„Balonik pękł”, „Cionek do Brazylii”, „Nawałka się skończył”. Lawina krytyki, jaka spadła na reprezentację po meczu z Senegalem była zatrważająca. Niewątpliwie zagraliśmy piach. Oczywiście, rywal z Afryki był do ogrania, bo tak jak my nie grał nic. Można się znęcać, narzekać, denerwować, bo każdy spodziewał się, że w końcu odpalimy na mundialu. Ale czy tak, jak podsumował Dariusz Szpakowski, papierowy faworyt przegrał? Niekoniecznie.


Przed meczem z Senegalem wszyscy byli pewni – o czym świadczyły między innymi statystyki zakładów bukmacherskich na zwycięstwo Polski (ponad 90 proc. na wygraną) – że biało-czerwoni bez problemów przejadą się po rywalu, a w kolejnych spotkaniach przypieczętują awans z grupy. Wiele osób myślami wybiegało już do wyboru wygodniejszego rywala w 1/8 finału. Belgia, Anglia? Hmm… z kim byłoby nam łatwiej? Kto bardziej nam pasuje?

Tymczasem starcie z nie byle ogórkami – tak, tak, w składzie Senegalu nie grają anonimowi piłkarze – było dla wielu niczym solidny gong w głowę.

Fakt, Polacy zagrali fatalnie, źle, katastrofalnie, bez pomysłu itd., itp. Określenia można byłoby mnożyć w nieskończoność. Ale czy faktycznie byliśmy aż tak zdecydowanym faworytem? Rzut oka na pierwszą jedenastkę Senegalu wystarczy, by stwierdzić, że chyba nie:

Jedenastka na mecz z Polską (źródło: transfermarkt.pl)

Na jedenastu piłkarzy czterech gra w Anglii. Sadio Mane raczej nikomu przedstawiać nie trzeba, bo większość niedzielnych kibiców finał Ligi Mistrzów jednak oglądało. Idrissa Gueye z Evertonu zagrał w środku pola przeszło 1000 minut więcej od Grzegorza Krychowiaka, którego zespół spadł z ligi. Jasne, poleciał z niej też Mame Diouf, ale on również załapał się na 1000 minut więcej. Tylko nieco mniej po boiskach biegał Alfred N’Diaye, którego Wolverhampton awansowało do Premier League (Hull z Kamilem Grosickim nie).

Pozostali, poza bramkarzem klubu z Gwinei i prawym obrońcą z belgijskiego Eupen, odgrywają znaczące role w takich klubach jak Napoli, Hannover, Stade Rennes czy Girondins Bordeaux.

Do tego dochodzą warunki fizyczne. Centymetry i kilogramy Senegalczyków dawały im wyraźną przewagę w powietrzu. Trzeba było zatem zagrać w inny sposób niż ten, który zaserwowali nam Polacy – nieco bardziej kombinacyjnie, zaskakująco. Tylko jak zrobić to z brakiem umiejętności wyprowadzenia piłki z obrony? Okazało się, że się nie da…

Liczba celnych podań jasno pokazuje, gdzie toczyła się gra. Piłką częściej operowali Polacy (61 proc. posiadania). Problem w tym, że robili to w obronie. Zarówno Michał Pazdan, jak i Thiago Cionek, nabijali kolejne zagrania w poprzek boiska, najczęściej między sobą i po kilkukrotnym jej poprawianiu przy nodze. Wyprowadzenie piłki nieznacznie zdynamizował Jan Bednarek, który szybciej decydował się na oddanie futbolówki.

Liczba celnych podań w meczu Polska – Senegal (źródło: whoscored.com)

Brak umiejętności rozpoczynania akcji zmuszał do głębokiego cofnięcia się Piotra Zielińskiego. Kiedy „Zielu” rozegrał futbolówkę ze strefy obronnej nie mógł na czas znaleźć się pod polem karnym rywali, co przełożyło się na sporą krytykę po meczu. Tylko ile miałoby trwać wyprowadzenie akcji, gdyby tego nie robił?

Zieliński nie mógł nadążyć za akcją, kiedy wyprowadzał piłkę z obrony (źródło: TVP Sport)

To tylko jedna z wielu takich sytuacji. Konsekwencje szły zatem lawinowo. Brak odpowiedniego rozegrania niósł za sobą konieczność grania długich podań na potężnie zbudowanych obrońców lub posłanie do boju niezbyt dużej liczby zawodników, co oczywiście przełożyło się na brak groźnych sytuacji. Jeśli dorzucić do tego mało produktywne skrzydła – mamy komplet.

Sam Zieliński starał się być pod grą w pierwszej części gry. Owszem, w drugiej przygasł już zdecydowanie, ale gra na „ósemce” wiązała się z większą odpowiedzialnością w defensywie i mniejszą możliwością popełnienia błędu z przodu, bo po stracie powstałaby wyrwa, którą trzeba byłoby łatać.

Leżącego nie należy kopać. Niby prawda. Ale co na murawie do 73. minuty robił Arkadiusz Milik? Odpowiedź na to pytanie zna tylko Adam Nawałka. Milik wyglądał jak dziecko we mgle, o ile nie gorzej… Przy swoich fatalnych zagraniach miał jeszcze na tyle odwagi, by zwracać kolegom uwagę na ich błędy i mieć do nich pretensje.

Bramki jak padały, każdy widział. Każdy też wie, że nie Senegal wygrał ten mecz, ale Polska go przegrała. A raczej zwyczajnie poległa. Próżno winić Thiago Cionka, kazać się pakować i wracać do Brazylii. Gdyby zdarzyło się to innemu zawodnikowi, reakcje pewnie nie byłyby tak ostre. Jednocześnie pozostałe interwencje w obronie nie wyglądały na o wiele pewniejsze.

Największym rozczarowaniem był chyba Łukasz Piszczek. Czołowy piłkarz Bundesligi, najlepszy prawy obrońca w historii reprezentacji Polski szybko opadł z sił. Nie był tym samym Piszczkiem, który przebojowo włącza się do akcji ofensywnych i biega od pola karnego do pola karnego, zwyczajnie nie dał rady. Być może to efekty problemów z biodrem. Jeśli tak, to należałoby się jednak zastanowić, czy powinien być pierwszym wyborem.

Na plus, jako jedyny, zapisał się Michał Pazdan. Owszem, w defensywie był jak Pazdan z Euro 2016, a nie ten z Legii. Za to w szczególności odpowiada i z tego zadania wywiązał się dobrze. Pytanie tylko, czy piłkarzowi, który jeszcze nie tak dawno aspirował do wyjazdu do zagranicznego klubu, przystoi takie rozgrywanie akcji w każdej sytuacji grać na alibi do najbliższego piłkarza.

Wydaje się zatem, że niezbędny jest powrót Kamila Glika. Co prawda, nasz najlepszy obrońca odczuwa jeszcze skutki kontuzji, ale – jak mówi – jest do dyspozycji trenera.

Potrzeba też zdecydowanie lepiej zorganizować środek pola, który będzie w stanie dostarczyć Robertowi Lewandowskiemu nieco lepszą piłkę niż tę na walkę z dwoma obrońcami. Zagęszczenie środka pola wydaje się więc nieodzowne, szczególnie w perspektywie powstrzymania Jamesa Rodrigueza.

Jedno jest pewne. Jeśli wrócimy na wyższy poziom, na którym grać zdecydowanie potrafimy, możemy wygrać oba mecze i zastanawiać się, czy lepiej byłoby zmierzyć się z Belgią, czy jednak z Anglią.

Wojciech Heron/Sport.RIRM

drukuj