fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk

[KOMENTARZ] Ekstraklasa. W Poznaniu zaczynają mieć dosyć – frekwencja i forma mocno pikują

Przeciętnie, słabo lub bardzo słabo. To właśnie tak ostatnimi czasy spisuje się Lech Poznań. To odbija się na frekwencji. Na stadionie przy Bułgarskiej niecałe 10 tys. fanów oglądało na żywo zwycięstwo z Koroną Kielce, nieco ponad 8 tys. remis z Piastem Gliwice, a nieznacznie ponad 13 tys. blamaż 2:5 z Wisłą Kraków. Wyjątkiem w ostatnim czasie była jedynie Miedź Legnica. Wtedy zmobilizowało się ponad 20 tys. kibiców.


Idąc na stadion przy Bułgarskiej przed meczem z Lechią dało się usłyszeć coś, co mogło nieco zadziwić. Oto bowiem z trybun dobiegało gromkie „BKS!”. Można więc było przez chwilę mieć wątpliwości, czy aby na pewno w Poznaniu Lech podejmował Lechię. Goście szybko zresztą zorientowali się, że mogą w tym aspekcie stworzyć przewagę i wydatnie pomóc swoim pupilom. Już pierwsze „gramy u siebie” zostało wynagrodzone im w najlepszy możliwy sposób, bo golem Flavio Paixao. Trafienie Portugalczyka wystarczyło natomiast do zgarnięcia kompletu punktów przez przyjezdnych.

Lech zaczyna mieć natomiast coraz większy problem. Frekwencja leci na łeb na szyję, podobnie jak styl Kolejorza. Posada trenera na lata, którego klub chciał sobie wychować, w osobie Ivana Djurdjevicia, to już przeszłość. Głosy o dymisji były słyszalne od dawna. Pytanie, gdzie leży problem i jak go rozwiązać?

Transfery Portugalczyków – Joao Amarala i Pedro Tiby – poza kilkoma występami na początku sezonu się nie spłacają. Choć do spółki z Maciejem Gajosem tworzą na papierze świetny środek pola, to nie przekładają tego w żaden sposób na murawę. Dziś nie widać po zawodnikach nawet charakteru, który miał zaszczepić w nich twardy nieustępliwy przed laty na murawie Djurdjević.

– Atakowaliśmy bez wiary i bez ikry, a Lechia to zespół bardzo wyrachowany, który czekał na nasz błąd. Chcieliśmy zmienić coś w ataku, ale się nie udało – przyznał były szkoleniowiec Lecha.

Gdyby nie fakt, że tabela Ekstraklasy jest mocno spłaszczona, pewnie już dawno poznalibyśmy nazwisko nowego szkoleniowca. W innych europejskich ligach różnica między liderem a siódmą drużyną wynosi kilkanaście punktów. Lech jest w o tyle dobrej sytuacji, jak na kryzys formy, że do zajmującej pierwsze miejsce Lechii traci tylko osiem oczek. Przy najlepszym układzie na odrobienie strat wystarczą więc zaledwie trzy kolejki. Jak wyjść z takiego dołka pokazała już zresztą Legia Warszawa, która po nieco słabszym początku sezonu wspięła się na drugą lokatę.

Sytuacja nie jest zatem beznadziejna. Poprawy gry nie było jednak widać. Dwa groźne strzały przy tak kreatywnych zawodnikach jak Darko Jevtić, Kamil Jóźwiak, Joao Amaral to zdecydowanie zbyt mało.

Pod koniec meczu kibice, i tak niezbyt licznie zebrani, dali wyraz temu, że ich cierpliwość zaczyna mieć swoje granice. Z trybun do uszu zawodników dobiegł standardowy tekst o hańbieniu barw. Apetyty fanów są rozbudzone jak co roku. Przy Bułgarskie oczekuje się trofeów. Najpierw trzeba jednak ponownie dobić do ligowej czołówki.

Wojciech Heron/Sport.RIRM

drukuj