fot. PAP/Andrzej Grygiel

[KOMENTARZ] Ekstraklasa. Końca kryzysu w Sosnowcu nie widać

Trener Zagłębia Sosnowiec Valdas Ivanauskas mówił, że ze sporym optymizmem podchodził do meczu z Zagłębiem Lubin. Jak się jednak na boisku okazało, wcześniejszy remis w Gliwicach był tylko „wypadkiem” przy pracy. Beniaminek bowiem znów zawiódł na całej linii i bliżej mu do I ligi, niż utrzymania się w Lotto Ekstraklasie.


Mecze Zagłębia Sosnowiec są niemalże gwarantem tego, że podczas spotkania padnie przynajmniej trzy bramki. Przypadków, w których ta reguła się nie sprawdzała, można by policzyć u palców jednej ręki i to osoby, która nie za dobrze radziła sobie z grą w „rosyjską ruletkę”. Zagłębie i ich rywale jedynie trzykrotnie nie przebili bariery powyżej 2,5 gola. Niestety, dużo częściej piłka lądowała – i lądować będzie jeśli nic się nie zmieni – w siatce Sosnowiczan, których nie ogląda się z wielką przyjemnością. Wręcz przeciwnie, przyglądanie się poczynaniom podopiecznych Valdasa Ivanauskasa jest tak nużące, że momentami wolałoby się włączyć „Modę na sukces”.

O grze piłkarzy z Sosnowca chciałoby się powiedzieć coś dobrego, ale na razie nie ma ku temu podstaw. Weźmy pod lupę mecz z Zagłębiem Lubin, gdzie zawodziło wszystko. Gospodarze na początku spotkania wyglądali, jakby przyszli pooglądać przeciwnika, który nota bene prezentował się dobrze jedynie przez kilkanaście minut. Kiedy przyjezdni kontrolowali grę, przetrzymywali piłkę i spokojnie budowali akcje, Sosnowiczanie ograniczali się zaledwie do fauli i słabego pressingu. Tak, nawet z elementem wywarcia presji na rywalu były problemy. Przykładem niech będzie sytuacja z początku spotkania. Piłka została wycofana do Dominika Hładuna. Bramkarz podał do Bartosza Kopacza, który przyjął futbolówkę, rozejrzał się i odegrał do golkipera. Dopiero po tych kilkunastu sekundach Vamara Sanogo postanowił ruszyć w stronę zawodnika mającego piłkę. Z tym, że ta już była w środkowej strefie boiska.

Miedziowi dość szybko spuścili z tonu, a gospodarze nie potrafili tego zupełnie wykorzystać. Oczywiście przeprowadzili kilka akcji, zdobyli nawet bramkę, ale w drugiej połowie gra tak im się nie kleiła, że należy ją jak najszybciej zapomnieć. W czym więc tkwi problem Sosnowiczan? Mentalności, braku charakteru i/lub braku umiejętności? Wydaje się, że wszystkiego po trochu. Zresztą o problemach z mentalnością mówił niedługo po przyjściu do klubu Valdas Ivanauskas. Wydaje się więc, że w tej kwestii nic się nie zmieniło. Na problem radzenia sobie z presją zwrócił też uwagę Szymon Pawłowski.

– Przede wszystkim musimy radzić sobie z presją przed pierwszym gwizdkiem i w tych pierwszych minutach, kiedy to – tak jak w niedzielę – losy meczu się rozstrzygnęły – powiedział po meczu Szymon Pawłowski, pomocnik Zagłębia Sosnowiec.

Zagłębie co prawda ma w swoim składzie właśnie Szymona Pawłowskiego. Z dobrej strony pokazuje się również Konrad Wrzesiński, ale to za mało, żeby próbować o cokolwiek powalczyć. Pokazały to wcześniejsze spotkania, pokazał i mecz z Miedziowymi.

– Nie wiem, co się dzieje. Przez pierwsze 20 minut to wyglądało, jakby grali zupełnie inni zawodnicy, jak nie my z treningu. Tak się grać nie da, tak się ligi nie utrzyma i trzeba sobie powiedzieć wprost – gramy o utrzymanie. A z taką grą na pewno nam się to nie uda – przyznał Dawid Kudła, bramkarz Zagłębia Sosnowiec.

Bezradność i brak pomysłu na grę dobrze obrazuje sytuacja z pierwszej połowy. Lubinianie sfaulowali blisko środkowej linii boiska. Większość zawodników gospodarzy skierowała się więc pod pole karne rywali, oczekując na dobrą wrzutkę ze stałego fragmentu gry. Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych. Wziął krótki rozbieg, po czym wycofał piłkę do bramkarza. Spotkało się to z wyraźną dezaprobatą ze strony kibiców, którzy szyderczo przyklasnęli obrońcy.

Co do samych fanów, to zastanawiający jest fakt, że w mieście liczącym około 200 tys. mieszkańców, na mecze przychodzi zaledwie garstka ludzi, od których i tak zawodnicy otrzymują znikome wsparcie. Przykładowo, kiedy spiker wyczytywał nazwiska piłkarzy, na trybunach panowała cisza. Spokój ten został przerwany dopiero po bramce na 0:2, ale okrzyki kibiców nie były, lekko mówiąc, motywujące. Spokój został nieco zakłócony w 36. minucie po drugiej dobrej akcji Sosnowiczan. Pierwsza przyniosła bramkę, natomiast kolejna dała zaledwie rzut rożny. Fani stali się głośniejsi, zaczęli doping, który jednak nie robił dużego wrażenia.

Przed Valdasem Ivanauskasem postawiono zadanie, aby trener przygotował zespół na wiosnę. Jak powiedział w wywiadzie dla „Weszło” prezes klubu Marcin Jaroszewski, w Sosnowcu nie przykłada się obecnie zbyt wielkiej uwagi na wyniki, z nadzieją na znaczą poprawę po przerwie zimowej. Wydaje się jednak, że na poprawę liczyć zbytnio nie ma co. Jeżeli jednak Litwin dotrze w końcu do głów zawodników, ściągnie dobrych obrońców i utrzyma się w Ekstraklasie, wtedy będzie można powiedzieć, że osiągnął wynik ponad stan.

Mateusz Rzepecki/Sport.RIRM

drukuj