fot. M. Borawski

Wielkie idee dla wielkiej Polski

Naród polski do wolności urodzony, wolności przyuczony, woli przyjść na hak ostatni [umrzeć w mękach – przyp. R.K.], niż karki swe swobodne, od wielu set laty, jarzmu tureckiemu podać” – mówił przed wezyrem Stanisław Żórawiński, kasztelan bełski, poseł z oblężonego przez przeważające siły turecko-tatarskie Chocimia w 1621 roku. Pan kasztelan wyraził w ten sposób przed satrapą wartość, której Polska była obrończynią – wolność. Oraz – w kontekście sytuacji: wojsko polsko-litewskie w sojuszu z Kozakami broniło Chocimia, bramy do Rzeczypospolitej, bramy do chrześcijańskiej Europy – wskazał na drugą, nie mniej ważną: wiarę chrześcijańską.

Później był drugi, już bezapelacyjnie zwycięski dla nas, Chocim i wiktoria wiedeńska. A jeszcze później: Cud nad Wisłą. A już zupełnie niedawno cudowny rok 1980. Za każdym razem byliśmy murem broniącym Europę przed barbarzyństwem cywilizacji śmierci, kultem niewoli.

U źródeł wielkiej Polski

Byliśmy wielcy, kiedy nieśliśmy sąsiadom te dwie potężne idee: wiarę i wolność. Chrystianizacja Litwy, przeprowadzona w duchu nauk głoszonych w Konstancji przez księdza Pawła Włodkowica, a nie krzyżackiej praxis; władztwo Jagiellonów budowane w Europie Środkowo-Wschodniej: Polska, Litwa, dzisiejsza Białoruś, Ukraina, w Czechach i na Węgrzech oraz Chorwacji, z poszanowaniem praw i jestestwa narodów, wynikającym z polskiej myśli i praktyki politycznej; Unia z Litwą, na zasadzie wolni z wolnymi, równi z równymi; próba podobnej unii z Moskwą na początku XVII w.; Akademia Wileńska utworzona przez króla Stefana z myślą niesienia wiary katolickiej do Skandynawii, a kultury łacińskiej na Wschód (łącznie z Chinami).

Za panowania monarchów elekcyjnych: Władysława IV oraz Jana III Sobieskiego, byliśmy natchnieniem i nadzieją dla podbitych przez islam chrześcijańskich narodów Bałkanów, w których pamięci zapisał się nasz Warneńczyk – syn Władysława Jagiełły. Z nadzieją patrzyły na nas ludy Europy, gdy w powstaniach narodowych, podejmowanych również za wolność naszą i waszą, naruszaliśmy ówczesną „europejską politykę spójności”, gwarantowaną przez dyktat mocarstw: Rosji, Prus, Austrii.

Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela

„Niebezpieczny i prowokacyjny dokument” – miał powiedzieć Leonid Breżniew, przywódca komunistów sowieckich i rządzących w Polsce z bolszewickiego nadania członków tzw. PZPR (tzw., bo przypomnijmy, co wówczas mówiono o „przewodniej sile”: nie jest ona ani polską, ani zjednoczoną, ani partią, ani robotniczą) – o „Posłaniu do ludzi pracy Europy Wschodniej” uchwalonym 8 września 1981 r. na I Krajowym Zjeździe Delegatów NSZZ „Solidarność”.

„Delegaci zebrani w Gdańsku na I Zjeździe ’S’ przesyłają robotnikom Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Węgier i wszystkich narodów ZSRR pozdrowienia i wyrazy poparcia […].

Naszym celem jest walka o poprawę bytu wszystkich ludzi pracy. Popieramy tych z Was, którzy zdecydowali się wejść na trudną drogę walki o wolny ruch związkowy. Wierzymy, że już niedługo wasi i nasi przedstawiciele będą mogli spotkać się w celu wymiany związkowych doświadczeń”.

W tamtym czasie domagać się wolnych związków dla ludzi pracujących w państwach deptanych przez komunistów było – dla funkcjonariuszy reżimów skupionych w tzw. Układzie Warszawskim – tym, czym dziś dla urzędników brukselskich oraz ich lokalnych pomagierów postulat nieskrępowanej manifestacji wiary chrześcijańskiej w krajach Unii Europejskiej albo swobodne wyrażanie opinii odnośnie do skali deprawacji i dewiacji rozsiewanych przez, hm… „osoby radosne”; a dla redaktorów mainstreamowych gazet, dajmy na to, lustracja i dekomunizacja.

Nic przeto dziwnego, że histerię, jaką rozpętali wówczas rodzimi dziennikarze propagandyści – z niejakim Rakowskim na czele – można jedynie porównać do tego, co działo się w III RP, gdy ci sami propagandyści oraz ich uczniowie, ogarnięci wścieklizną, zaczęli rzucać gromy na rząd Jana Olszewskiego za ujawnienie agentury esbeckiej w szeregach polityków oraz na Jarosława Kaczyńskiego za taką samą próbę, którą chciał przeprowadzić w odniesieniu do ludzi uważających się za elity.

Nie dziwi nic

Przedstawiciele narodów-adresatów „Posłania” nie spotkali się z jego nadawcami ani wówczas, ani po latach. W ogóle się nie spotkali. Po 1989 r. poprawą bytu ludzi pracy zajęli się macherzy polityczni, piewcy „europejskiej normalności”. Ludzi głoszących idee zawarte w dokumencie przyjętym przez I Zjazd „Solidarności”, w pookrągłostołowym rozdaniu, zabrakło. Do rangi symbolu urasta fakt, że pan Henryk Siciński, pomysłodawca „Posłania”, nie odegrał znaczącej roli po 1989 r., a pan Bogusław Śliwa, współredaktor tekstu, zmarł na emigracji w Sztokholmie w 1989 roku.

Dlatego również nie dziwi, że w Polsce, skąd wyszedł ruch wolnościowy, liczba niedożywionych dzieci „ludzi pracy” zbliża się do miliona. A większość rodzin, nie mając żadnych oszczędności, żyje praktycznie z dnia na dzień. Podobnych „zwycięstw” doświadczają obecnie pracownicy w państwach-adresatach „Posłania”. Choć nie wiem, czy już dochowali się nadętego buca z establishmentu, który u nas wysyła niedożywione dzieci „na szczaw”. Może nie – wszak tam nie było słynnej opozycji demokratycznej. U nas zaś była i wydała również takich synów, jak wspomniany osobnik. Albo inny, o którym bezpieczniej nie wspominać, bo silny wpływami i nagromadzonymi w III RP pieniędzmi ściga adwersarzy pozwami sądowymi, bluzgając na nich w kilkusettysięcznym nakładzie swej gazety.

Los Polski, czyli znów barany na czele lwów

Z takimi ludźmi na czele weszliśmy w wiek XXI. W czas o zmasakrowanym obliczu. Swoisty świat à rebours, w którym liberałowie cieszą się, że coraz bardziej ograniczana jest – przez regulacje i podwyższanie podatków – wolność gospodarcza oraz – poprzez nakładanie kagańca politpoprawności, norm i standardów europejskich, bo tak się dziś określa kajdany cenzury – wolność wyrażania poglądów. Tak zwani chrześcijanie demokratyczni wprowadzają legalizację aborcji, eutanazji i ustawy o związkach jednopłciowych, a socjaliści żyją, jak (dawniej) na burżujów przystało. W naszym kraju Umiłowani Przywódcy oraz przedstawiciele tzw. głównego nurtu mają podobne pomysły: przystosować się do większości, utrzymać na powierzchni brudnej wody, jaką stała się Unia Europejska. Sprzedać się za sowity jurgielt. Oto ambicje dzisiejszych samozwańczych elit – dulszczyzny nowego stulecia. Jeżeli nie powstaniemy z kolan dla wielkich idei, zostaniemy zamknięci w klatkach – my dla (dzikich) zwierząt, oni – w złotych.

Niedawno publikatory poinformowały, że na Wyspach Brytyjskich podniósł się rumor, iż należy ograniczyć napływ emigrantów, zwłaszcza z Polski – jesteśmy tam największą z mniejszości przybyłych do Anglii w poszukiwaniu chleba po 2004 r. – gdyż staliśmy się konkurencją dla Brytyjczyków w niskopłatnych zawodach. Zwróćmy uwagę – polska młodzież, energiczna, chętna do ciężkiej pracy, legitymująca się często wyższym wykształceniem, nie stanowi zagrożenia dla przyszłych angielskich prawników, lekarzy, naukowców, konstruktorów, menedżerów, ale dla typowych niewykwalifikowanych pracowników. Bo któż inny z tuziemców podejmie tam nieskomplikowaną, a ciężką i niewdzięczną pracę za stawkę minimum: na zmywaku, w szklarni, magazynie? Bo taką rolę, na poły niewolniczą, wyznaczono nam w sytych państwach Zachodu. Łaskawie dopuszczono do konkurencji na rynku pracy z ichnią tanią siłą roboczą. A i to – jak się okazuje – zaczęto uznawać za „dar” udzielony ponad „zasługi”.

Polacy, jeżeli chcą przetrwać jako Naród, godny wolnych protoplastów, nie mogą zapomnieć, jakie partie zgotowały nam ten los – kto mówił, że w Unii będzie jak w raju: ciepło, bezchmurne niebo, ożywczy wiaterek. A jeżeli deszcz, to – pieniędzy. Wszystkim tym politykom oraz partiom, z których wyrastają im nogi, Polacy, zwłaszcza młodzi, zmuszeni pracować znacznie poniżej swych kompetencji; nieważne: u obcych czy u swoich – powinni podziękować. Nie wiem, czy grzecznie, ale na pewno: stanowczo.

Wolni z wolnymi, równi z równymi

Polacy, jak wykazuje historia, mają dane im od przodków szlachetne zobowiązanie, wiano i drogowskaz na drogę życia, szczególnie przydatny w poplątanych czasach. Problem jest z przywództwem – dopóki barany stoją na czele lwów, będziemy widzami kolejnych przedstawień z udziałem przewodników przeciwstawnych stad – kto kogo bardziej spektakularnie wykiwa. Musimy się obudzić, zorganizować i wyłonić własne przywództwo, które byłoby zdolne podjąć zadania najambitniejsze. Idee największe. Z korzyścią dla nas i dla adresatów „Posłania” z 1981 roku.

Oczywiście wszelkiej maści Azjaci, neobolszewicy, genderyści, krótko mówiąc: współcześni bigoci, podniosą jazgot, że wariactwo, że mesjanizm, że skansen XIX-wieczny, że tandetna i pachnie naftaliną, a tu trzeba norm europejskich przestrzegać, pani Merkel się kłaniać, znać respekt przed Putinem carem, bo skończymy jak prezydent Lech Kaczyński.

Niech plotą farmazony dzisiejsi filistrzy, którzy nie są w stanie wyjść poza ramy swoich-nieswoich myśli-niemyśli. Cóż oni mogą dać twórczego światu? Związki homoseksualne? Radość z ustawienia się?

Mamy sobie i naszym braciom do zaoferowania dwie wartości: wolność i wiarę, czyli ten etos, w którym wszystkie na świecie narody czują się najlepiej. Mogą się rozwijać. Mogą żyć po swojemu. A przecież o zwycięstwo cywilizacji życia nam chodzi.

Dr Robert Kościelny historyk

drukuj