fot. PAP

Walczyli o wolną Polskę, walczyli o przyszłość

Dyskusja, która toczy się wokół Powstania Warszawskiego – w moim przekonaniu – w wielu momentach zatraca się, dlatego że bardzo często podejmowane są próby ocen zbyt daleko idących, niezwykle krytycznych, a wręcz miażdżących samą koncepcję i przebieg Powstania, nieuwzględniających specyfiki i realiów tamtych czasów.

Z dystansu 70 lat, będąc uzbrojonym w określoną wiedzę historyczną i polityczną, bardzo często ocenia się te wydarzenia w sposób niesprawiedliwy, wobec samych uczestników powstania. Powstanie Warszawskie nie było przypadkiem.  Warto podkreślić, że na jego wybuch złożyło się bardzo wiele czynników. Niektórzy historycy, starający się o popularność i sprzedaż wysokonakładowych książek, tracą kontakt z wiedzą  źródłową, i w mało rzetelny sposób oceniają sytuację z tamtego okresu.

Powstanie Warszawskie w kontekście historycznym było procesem złożonym  i mimo ogromnej literatury, która na ten temat powstała, warto zwrócić uwagę na fakt, że nie bierze się pod uwagę okoliczności, których było niesłychanie wiele. Nie jestem historykiem zajmującym się tematyką Powstania Warszawskiego, ale mam tą wrażliwość i rozumiem jaką  wielkość i wagę historyczną ma to wydarzenie, dla jeszcze żyjących 4 tys. jego uczestników.

Ktoś, kiedyś zadał pytanie: czy Powstanie Warszawskie mogło nie wybuchnąć? W sensie militarnym można rozważać: czy była szansa na podjęcie walki z Niemcami? Czy niewielka ilość uzbrojenia dla 40 tys. żołnierzy Armii Krajowej w Warszawie była wystarczająca? – Nie. Czy była wystarczająca ilość zrzutów dla warszawskiego okręgu AK? – Nie. One były realizowane w toku samego Powstania, tylko część powstańców docierała, bo większość niestety trafiała na tereny zajęte przez Niemców. Jednak błąd polegał na tym, że np. w Poznaniu zrzutów dla partyzantów w Jugosławii był niewielki procent.Spotkałem się równieżze statystką, że w stosunku do zrzutów dla Jugosławii, Armia Krajowa w 1944 roku otrzymała od 8 proc. wielkości tamtych zrzutów, więc były one nieporównywalne. Ludzie pod niemiecką okupacją dusili się. W momencie, kiedy pękał front, była nadzieja na rozstrzygnięcie, z resztą działy się różne dziwne rzeczy. Z jednej strony, naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski zalecał, aby w ramach koncepcji powstania powszechnego bez szczególnych warunków nie wywoływać powstania w Warszawie, przede wszystkim z uwagi na konsekwencje. Jego rozkazy wysyłane z Włoch (przebywał na wizytacji oddziałów II Korpusu gen. Władysława Andersa), krótko po zwycięskich walkach i zdobyciu bazy przeładunkowej jego rozkazy były blokowane przez Sztab Główny. Teraz coraz częściej mówi się na ten temat, pojawiają się nowe publikacje, bardzo sensowne biografie naczelnego wodza, pokazujące te niesłychanie ważne elementy, które złożyły się na wybuch Powstania Warszawskiego. Na pewno Stanisław Mikołajczyk, który zamierzał prowadzić wbrew woli prezydenta Raczkiewicza rozmowy ze Stalinem w Moskwie – dla niego Powstanie było tym elementem wspomagającym rozmowy z Rosjanami. Nie było tak w rzeczywistości. Po prostu został zmuszony do rozmów z komunistami, co później skutkowało tym, iż wszedł do rządu, będącego połączeniem fikcji środowisk politycznych z komunistami. Skończyło się tak, jak się musiało skończyć. Ten argument nie sprawdził się. Stalin określił Powstanie Warszawskie jako dywersję, konsekwentnie blokował pomoc dla Powstania. Zrzuty, które szły ze strony Armii Czerwonej, to zrzucane bez spadochronów skrzynki z amunicją. Najczęściej roztrzaskiwały się przy zetknięciu z warszawskim brukiem. Czy uderzenie wydzielonych oddziałów Pierwszej Armii Wojska Polskiego Berlinga z ogromnymi stratami do przedarcia się na Płytę Czerniakowską, to były gesty, które o niczym już nie mogły przesądzić? Mało tego przed samym wybuchem Powstania Niemców ogarnęła panika. Przez Warszawę przechodziły oddziały miejskie, mocno zdemoralizowane. To mogło przekonywać zwolenników Powstania, dowództwa okręgu warszawskiego i płk gen. Niedźwiadka o słuszności decyzji podjęcia walki. Jednak też nie obyło się bez dużego chaosu dlatego, że ogłoszono – bodaj 28 lipca – mobilizację oddziałów Armii Krajowej, przerzut broni na wyznaczone punkty zbiórek itd. Potem wycofywano się z tej decyzji, powrócono 1 sierpnia do godziny „W”, na godzinę 17.00. Jednak to nie było sprzyjające. Wielu powstańców do swoich punktów nie dotarło, wiele magazynów zostało odciętych. Był to więc taki splot wypadków utrudniających realizację tego powstania.

Na co liczono? Jeżeli na pomoc Armii Czerwonej, to nie było na co liczyć, chociaż radiostacje polskojęzyczne pod nadzorem NKWD wzywały mieszkańców Warszawy do Powstania. Takie momenty były. Działalność radiostacji „Kościuszko” była tutaj jednoznaczna: „Zbliża się Armia Czerwona. Warszawiacy chwyćcie za broń” itd.

Można by się zapytać, czy nie było to w jakiś sposób prowokacją. Z drugiej strony, rozbicie poglądów w sztabie AK, gdzie ścierały się różne poglądy. Obok Okulickiego były osoby ze stref wywiadów, które w ogóle nie widziały czołgów sowieckich na Pradze, które uważały, że jest to przedwczesne. Jednak to ogromne napięcie spowodowane było jeszcze decyzją gubernatora Warszawy, który wezwał pod największymi rygorami do budowy umocnień 100 tys.  mężczyzn i kobiet. Można było założyć, że niewykonanie tego rozkazu pociągnie za sobą niewiarygodne konsekwencje dla mieszkańców Warszawy.

Czy to mogło się stać? Czy mieli takie instrumenty? Tak, mieli. Wydarzenia pokazują, że do Warszawy zaczęto ściągać oddziały i to pogotowie było widoczne. Jeszcze przed 1 sierpnia zdarzały się drobne starcia. Powstańcy w wysokich butach, pomimo temperatury, chodzili w płaszczach. Rzucało się w oczy, że coś się dzieje. Niemcy byli świadomi, że powstanie wybuchnie i byli do tego przygotowani, co pokazały pierwsze godziny i dni powstania.

Gdybyśmy byli wtedy w Warszawie, w tej atmosferze, pod naciskiem tych wszystkich elementów, których część choćby wymieniłem, to to, że powstanie wybuchło, nie powinno nikogo dziwić. Jeżeli jest decyzja sztabu AK do powstania, do godziny „W”, to pojawia się pytanie: czy zdawano sobie sprawę z konsekwencji? Myślę, że niektórzy tak. Liczono na pomoc dla powstania, która była jednak iluzoryczna. Mówiliśmy o „pomocy” ze strony sowieckiej, dalej, po wielkich naciskach, z bazy lotniczej Brindisi we Włoszech nadleciały polskie i alianckie załogi ze zrzutami.

Wielkim problemem była kwestia odpowiedzialności. Na przykład w Krakowie, gdzie – jak wiadomo – naciski do powstania były, ale ono tam nie wybuchło,  dzięki temu uniknięto w ten sposób ogromnych strat przede wszystkim w ludności cywilnej. Warto zaznaczyć, z 40 tys. powstańców zginęło 16 tys. –  takie są szacunki. Jeśli chodzi o ludność cywilną, to podawano astronomiczne liczby, sięgające nawet do ćwierć miliona. Myślę, że nielicząc minimum, uwzględniając takie rzezie jak w pierwszych dniach sierpnia na Woli, są to zbrodnie bezprzykładne, gdzie dziennie ginęło po kilkanaście tysięcy ludzi, to minimum 100 tys. cywilów.

Zniszczono centrum polityczne państwa. Zniszczono centrum kulturalne, zginął kwiat młodzieży – roczników, które urodziły się, wykształciły w II RP w ogromnym patriotyzmie, dynamizmie, niezwykle zdolnych ludzi, którzy tworzyli dla wolnej Polski wspaniałe dzieła. Widać to było w gospodarce, przemyśle, niezwykłym, dynamicznym rozwoju. Ten ośrodek został zmarnowany. Powstańcy od samego początku liczyli, że na podstawie aktów alianckich będą korzystali z tzw. praw kombatanckich. Oznacza to, że zostaną uznani za walczącą armię aliantów. To się stało dopiero pod koniec sierpnia. Ilu powstańców zostało rozstrzelanych – wskazują na to przekazy. Masakra wychodzących z kanałów – bestialstwo było tutaj bezprzykładne. Nie dysponuję liczbami, żeby poddać to ocenie. Można powiedzieć, że był to dramat, że to powstanie w takich a nie innych warunkach wynikło. Jednak kalkulacja polityczna może tu w jakimś sensie służyć usprawiedliwieniom. Popatrzmy na taką rzecz: hamowaliśmy bolszewizm i udało nam się to zrobić w roku 1920. Zatrzymaliśmy Armię Czerwoną w marszu na zachód Europy i daliśmy jej wytchnienie na 25 lat. Ponownie nad Wisłą zatrzymana została ofensywa sowiecka. Czy ze względów politycznych? Tego nie wiem, to pokarzą badania, ponieważ już pewne hipotezy zostały sformułowane.

Front zatrzymał się co najmniej na pół roku. Gdyby Rosjanie nie zatrzymali się na Warszawie, gdyby poszli dalej, to czy zatrzymali by się na Łabie? A może zatrzymali by się na Renie? Wątpię, bo doktryna leninowsko-stalinowska mówiła krótko, że tam, gdzie stanie stopa żołnierza Armii Czerwonej, tam jest zasięg rewolucyjnego państwa sowieckiego.

prof. zw. dr hab. Bogusław Polaka, (Instytut Polityki Społecznej i Stosunków Międzynarodowych Politechniki Koszalińskiej)

 

RIRM

drukuj