fot. M. Marek

Mikrofon dla Jezusa

Z José Luisem Restánem, wydawcą i dyrektorem programów religijnych rozgłośni Episkopatu Hiszpanii Cadena COPE, rozmawia Beata Falkowska.

Media są dziś jednym z narzędzi niesienia Dobrej Nowiny. Jak Państwo głoszą Jezusa w radiu, w którym Pan pracuje?

– Po pierwsze, czynimy to poprzez odniesienie do całej rzeczywistości, jaka rodzi się z doświadczenia chrześcijańskiego życia oraz doktryny społecznej Kościoła. Jesteśmy radiem o profilu ogólnym, które zajmuje się polityką, gospodarką, kulturą, rozrywką i sportem. Część naszego programu poświęcamy życiu Kościoła, postrzeganemu jako główny podmiot naszego życia społecznego. Mamy również audycję, którą nadajemy cztery razy w tygodniu i w której COPE zajmuje oficjalne stanowisko wobec bieżących wydarzeń, oceniając je z perspektywy katolickiej nauki społecznej. Oczywiście w wielu momentach naszych audycji wyznajemy otwarcie przed mikrofonami radia naszą wiarę w Jezusa Chrystusa, ale najważniejsze jest to, aby nasi słuchacze dostrzegali, że życie wiarą czyni nas zdolnymi do rozumienia i chronienia tego, co rzeczywiście ludzkie we wszelkich obszarach aktywności.

Jak długo jest Pan związany z radiem?

– Pracuję w COPE od 1990 roku, czyli prawie 23 lata. Zacząłem jako redaktor specjalizujący się w informacjach dotyczących Kościoła. Później poznałem inne działy naszego radia: dział informacji gospodarczych i społecznych, dział zajmujący się sądownictwem… W 2000 roku zostałem mianowany dyrektorem programów religijnych, a od 2006 roku jestem dyrektorem wydawcą.

Czy może Pan z punktu widzenia praktyka, człowieka zaangażowanego w media, powiedzieć, czy i dlaczego media są narzędziem potrzebnym w dziele ewangelizowania współczesnego świata?

– Czy nam się to podoba, czy nie globalna komunikacja jest jednym z wymiarów współczesnej kultury. Media kreują naszą mentalność – ku dobru lub ku złu – w sposób oczywisty przyjmują rolę edukacyjną. Nie możemy obyć się bez nich, nie możemy ich ignorować, myśląc o ewangelizacji kultury. Nie oznacza to jednak przyjęcia założenia, że media mogą „rozwiązać” problemy ewangelizacji. W świecie mediów musimy nauczyć się pewnej skromności. Kościół natomiast powinien doceniać, stymulować i rozumieć media, ale nie może pozwolić sobie na podporządkowanie się im. W gruncie rzeczy ewangelizowanie polega na przekazywaniu Dobrej Nowiny od osoby do osoby. Media mogą przygotowywać, budzić, wspomagać, towarzyszyć, ale nigdy nie mogą zastąpić osobowego spotkania człowieka z człowiekiem.

Czy katolickie środki komunikowania się to także sposób na dotarcie do osób przebywających na obrzeżach Kościoła?

– To zależy od charakteru, typu obecności, jaką oferują. Jak powiedziałem na początku, w rozgłośni COPE mówimy o wszystkim, nic z tego, co ludzkie, nie jest nam obce. Oczywiście tego rodzaju postawa niesie ze sobą również pewne zagrożenia. Jak mawia Papież Franciszek, jeśli wychodzisz z domu, może zdarzyć ci się wypadek, ale jeżeli nie podejmiemy tego ryzyka, rzeczywistość wiary jawi się jako oddzielona od życia oraz interesuje jedynie tych, którzy są już przekonani. Sądzę, że media katolickie powinny mieć charakter misyjny, a to zakłada, że muszą brać pod uwagę sytuację tych, do których chcemy dotrzeć. A pamiętajmy, że wielu odeszło od wiary, nie znają jej, a nawet ją odrzucają. Wobec tego wyzwania nie możemy pozostać obojętni.

Media katolickie to przestrzeń świadectwa, głoszenia katechezy, modlitwy, prawdziwej informacji o świecie. Jak Państwo rozkładają te akcenty w radiu? Co powinno być najważniejsze dla twórców katolickich środków przekazu?

– Kładziemy nacisk na informację, analizę, ale również na rozrywkę, która jest jednym z tych czynników, które mają największy wpływ na współczesną kulturę. Nie chciałbym i nie powinienem mówić o tym, co poszczególne media katolickie powinny czynić, jest bowiem wiele pracy, którą można wykonywać na różne, komplementarne sposoby. Chciałbym jednak dodać, że to właśnie hiszpańscy biskupi zdecydowali w latach 80. XX wieku, że COPE będzie radiem katolickim, ale utrzymującym się z reklam i mającym charakter ogólny. Te trzy wyznaczniki zawarte są w naszym DNA. Jesteśmy katolikami z powołania i z tożsamości. Nadajemy reklamy, ponieważ nikt inny nas nie utrzymuje i nie wspiera. Zarabiamy na życie, prowadząc radio. Program ma charakter ogólny, ponieważ odnosimy się do wszystkich problemów. Nie jesteśmy radiem stricte religijnym. Z tego powodu kierujemy naszą aktywność na obecność katolickiej rozgłośni w społeczeństwie bardzo zsekularyzowanym, w społeczeństwie, które bardzo dobrze znamy i kochamy, choć równocześnie znamy jego ciemne strony.

Wydaje się, że bardzo ważne jest budowanie wspólnoty z odbiorcami, by nie tylko mówić, ale i słuchać? Czy to bycie z ludźmi powinno być ważne dla twórców katolickich mediów?

– Ważne jest, aby wiedzieć, co ludzie myślą, co czują, czego potrzebują. Nie znaczy to jednak, że mamy zawsze czynić to, czego się domagają, czy unikać tematów niewygodnych. Ale oznacza, że nasza misja jest dialogiem. Przesłania, jakie wysyłamy, nie kierujemy do kogoś nieokreślonego, ale do konkretnych ludzi mających swoje wątpliwości i życiowe problemy. Trzeba również przyjąć, że czasem nasza postawa jako nadawcy może powodować niechęć, nawet wśród osób, które zasadniczo nas cenią. Najważniejsze jest, abyśmy byli zdolni do komunikowania argumentów oraz emocji, które poruszą umysły i serca ludzi. Z tego powodu, na przykład, rozwinęliśmy temat sieci społecznych, interesujące przedsięwzięcie, którym należy mądrze zarządzać.

Katolickim mediom także może grozić sekularyzacja, np. poprzez chęć dostosowania się do wymagań współczesnej kultury. Jak nie zatracić smaku ewangelicznej soli, jednocześnie nie alienując się ze świata?

– Oczywiście istnieje tego rodzaju zagrożenie. Żywa obecność w określonej rzeczywistości historycznej, bez ukrywania się czy różnych form samoobrony, zawsze wiąże się z jakimś niebezpieczeństwem. Takie jest ryzyko wynikające z wiary, która jest życiem, a nie samą tylko doktryną. Problemy rozwiązuje się, przyjmując, że tylko Jezus Chrystus głoszony przez Kościół stanowi prawdziwą odpowiedź na wyzwania prawdy, sprawiedliwości i piękna ludzkiego serca. Kluczem jest żywa przynależność do Kościoła, ciągłe odradzanie się w nim. Wszystko to jednak nie zmusza nas do wycofywania się ze świata. Właśnie ten świat stanowi pole naszej aktywności. Naszym zadaniem nie jest jednak obrona fortecy, ale wychodzenie na spotkanie z ludźmi i świadczenie przed nimi o Chrystusie. Jeśli kochamy Chrystusa, jeżeli przyjmujemy Go w łączności z Kościołem, nie uciekamy ze świata, któremu przyniósł On zbawienie. Jeżeli jednak żyjemy w tym świecie bez zakorzenienia w Kościele, przyjmiemy w końcu jego sposób myślenia.

Co powiedziałby Pan katolikom – sceptykom, którzy nie widzą sensu głoszenia Dobrej Nowiny w tak zsekularyzowanym świecie, stracili misyjnego ducha, ograniczają się do narzekań i obrony tego, co jest?

– Powiedziałbym, że istnieją dwa powody, aby zachować optymizm, albo lepiej to ujmując, trwać w nadziei. Pierwszy dotyczy natury ontologicznej: człowiek jest dobrze uformowany, ponieważ stworzył go sam Bóg. Z tego powodu serce człowieka nie znajduje ukontentowania w niczym, co nie nosi znamion Nieskończonego. Człowiek może zagubić się, szaleć, a nawet bluźnić, nigdy jednak nie przestaje mieć nadziei. To jest właśnie ta podstawa. Oczywiście, my sami musimy to zrozumieć, aby nie okazało się, że to my właśnie jesteśmy owymi sceptykami.

A drugi powód?

– Drugi powód wynika z faktu, że chrześcijaństwo jest Prawdą. To znaczy, że Chrystus ukrzyżowany i zmartwychwstały jest prawdą człowieka, prawdą świata. A ta Prawda, która stała się Ciałem, umiłowała nas i pozostaje w historii ludzkości w mistycznym ciele Kościoła. W dłuższej perspektywie Prawda nie może przegrać, owszem, przez pewien czas można Ją ignorować, odrzucać, w końcu jednak odnosi zwycięstwo. Podobnie Kościół w pewnych okresach może ponosić „klęski”, a Pan posługuje się owymi „klęskami” w celach edukacyjnych. W sensie ogólnym jednak Kościół nigdy nie przegra, ponieważ zależy od Tego, który już pokonał śmierć. Wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w postawach świętych. Bez względu na to, jak wysuszona wydaje się skóra Kościoła, zawsze pojawia się nowe ewangeliczne żniwo… Jeżeli dostrzegamy tę rzeczywistość, jeżeli ją miłujemy, jakże możemy ograniczać się do narzekań? Żyjąc w ten sposób, utracilibyśmy to, co najlepsze.

Może Pan podzielić się z nami jakimiś szczególnie pięknymi momentami ze swojej pracy w Radiu? Coś było dla Państwa szczególną radością?

– Byłaby to niekończąca się opowieść. Pamiętam na przykład podróż Jana Pawła II na Kubę, która stała się dla mnie zawodowym chrztem. Takimi szczególnymi wydarzeniami były odejście Papieża Polaka, wybór Benedykta XVI, godziny spędzone na żywo przy mikrofonie. Nie odczuwaliśmy jednak zmęczenia. Towarzyszyły nam tak wielkie emocje i pragnienie opowiadania o wielkich wydarzeniach, które rozgrywały się na naszych oczach. Wszystko to powróciło wraz z ustąpieniem Benedykta XVI oraz wyborem Franciszka. Uważam, że przekazywanie treści papieskich wystąpień było najważniejszym i najpiękniejszym doświadczeniem, jakie przyszło mi przeżyć w ostatnich latach. Oprócz tego jednak wiele radości daje mi przybliżanie bijącego serca Kościoła, obrona godności człowieka, ukazywanie świadectw miłości, a czasem również podejmowanie trudnych, twardych debat dla obrony prawdy i sprawiedliwości. Wszystko to, choć wiele kosztuje, stanowi źródło nieustannej radości.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

drukuj